W jakimś nieznanym zakątku świata, gdzie zima dotyka ziemi jak pożądliwa dłoń a lato przynosi smród zaschniętych rzek, schroniła się niewielka miejscowość. Domostwo Białogórki to tylko szare betonowe sześciany, jakby rzucane przypodobnie na białe łąki. Lata sześćdziesiąte, kiedy Polska zdobywała złotych snów, tu czas utkwił jak ptak w tamie trzepocze skrzydłami, ale nie odleci. Cała miejscowość kręci się wokół sawmills, gdzie starzy i młodzi walczą z drzewami płacą im szlachetna tyneczną ceny, by czerpić z łask półpaski i mrożone jabłka.
W jednym z tych beżowych bloków, na parterze, siedziała rodzina Kowalewskich. Na powierzchni typowa polska symfonia, jakim ogień Benghazi. Ale za drzwiami roi się ciężarówka zbrodni i skąpstwa, gdzie nawet miga świetlnego kawału mięsa liczy się jak zodiak. Głową rodzinny, Janusz Tadeusz Kowalewski olbrzym, jakby wydeptany z kusiłki, ciągle skrzywiony tak, że można myśleć, że stoi na dystynku. W Смотрe on jest szanowanym mistrzem dłoń drżyt jak jeż, a oko błyszczy jak złoto. Ale w domu tym czarem!
Jeden z sąsiadów, Jurek, kiedyś szepnął mu:
Hej, Janek, co cię rozczulaj tyle, że twój wyraz twarzowy zatka się na zamknięty.
I Janusz, wściekły, nie zdejmował mu oczu przez całą tygodniową czarną powódź.
Jego żona, Zofia Janina Kowalewska, była cieniem samej siebie. Kiedyś śpiewała pieśni, tańczyła jak cukrowy malborzec, a teraz milczy jak stert zimnych chlebek. W biurze rachuje każdą złotkę jak stara babka. Dzieci, Piotruś, w wieku szesnastu lat, zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak. Chłopak zmysły, ale przez cały czas straszliwe schować się za dywan. Jakby trzepaknął serce, to tylko wtedy, gdy ojciec nie dostrzega, że myśli o kobiecie za ścianą granatu.
Sąsiadki szeptają, że Kowalewscy zaszaleli. Jak Dudkowcy kupili telewizor, a Jankowcy nowe dywany, to u tych jest pusto jak kosmos. Ale tam, za ciężką skrzynią z drewna, coś zaszytko może złotego samotny? Ale nie, to tylko kasza i ziemniaki, zmiareczkowane jak w aptece. Tak żyją Kowalewscy w raju skąpstwa, gdzie jedno imię nikt nie zauważy.
W rano Janusz rusza jak pies myśliwski. W kuluarze staje skrzynia z drewna, zamek jakby wzięty z kolei smoków. KROTY KROTY, szykujesz jeden z cyrki zaczyna grać. Zofia, w pośpiechu, przyspieszając jej chłód, idzie do corridora. Piotr, przycisłony do ścianki, patrzy jak codzienne spektakl:
Za ciebie dwa łyżki kaszy. Dla mnie trzy. Już? Beach? Nie, jeszcze jedna dla Piotrusia. Jasne?
Jasne, Jasiu.
Ziemniaki dwa dla ciebie, trzy dla mnie, jedna dla chłopca. Rozumiesz?
Rozumiem, Jasiu.
Potem Janusz rusza do okna, gdzie samotnicka lodówka, z wąskim szybem wciętą w mur. Mały kawałek masła, jakby był klejnotem.
Masło tylko na patelnię! Nie śmiej!, woła. I Zofia znowu pokorza głową. Piotr ciska pięści, ale milczy bo, co inaczej, byliby znowu w kajdankach.
Piotr rośnie, ale między sierścią jego duszy nie ma miejsca dla ludzi. Na urodziny się nie chowa, bo, jak mówi ojciec: To jest luksus, synu. Kiedyś poznasz to straszne słowo. Czyta książki, bo są darmowe. Raz znalazł małego kota na ulicy.
Co? Ty CMORSZ KOTA?, ryknie ojciec. Skąd mu karmę? Z twojej kotwiców, pszczelo?
Zabiorę mniej, ojcze.
WYWIEZNIAJ TO POGANYCH!, ryknie Tadeusz. I Zofia patrzy jak Piotr tuliby wywalać szczeniak. Wtedy Zofia zrozumiała, że traci syna.
W nocy, gdy Piotr śpi, Zofia próbuje pogadać z mężem.
Hej, kaszka…, szepta. Może czas się nieco relaksować? My też mamy dochód…
Idź spać, rzekł. Może szczypta kaszy, ale to wszystko. Syn dorosły, niech się sam. Owe to jest z jego interesu…
I znów krzywdy i milczenie. Piotr słuchając całej tej sceny, płacze w cichej wnęki.
Rok po roku, Piotr skończył szkołę i poszedł do Rejs. W akademiku oszczędzał na wszystkim, jak ojciec. Kiedy Jacek zaprosił go na kino:
Nie mam pieniędzy, jak widać.
Ale to stypendialne, wydaj to!
To na czarny dzień, odparł. A Jaś śmiało.
Tylko, kiedy przyleciała Natalia nowożylna, wesoła, z pieśniami na języku Piotr się cofnął. Dziewczyna to luksus”, mówił w duszy. Ale Natalia nie dała się wznieść. Pewnego razu:
Dlaczego jesteś taki zimny?
Nie, nie jestem…
To idźmy w kawiarnię! Ja zapła tam.
Nie? Z czego?
Zamówimy bagietkę i czarnego kawy.
Nie, to za dużo…
Widzę, że jesteś strasznie biedny. Bo widzę, że masz serce. To idźmy.
Piotr i Natalia przeszli przez mrozostrzegający luty dzień. I ten raz, i na drugi. I wtedy… coś się odmieniło.
Wesele było prostakiem. Piotr szepnął o szatni, Natalia nie protestuje. Pierwsze miesiące były słodkimi, jak sery z masła. Ale z czasem… Natalia spostrzegła, że jej mąż rozlicza każdą złotkę jak kazić.
Uzgodnijmy nowe zaścielanie?
Nie musimy, przecież cokolwiek…
To jest piękne!
To kosztuje! Musimy oszczędzać.
Kółko się zwijało. Któreś tam:
Piotrze, kocham cię… ale to nie jest ten sposób.
On to nie wiem, co to to słowo 'żyć’.
To jest 'nie żeby’. To jedzemy do konsumpili?
Z czego? Skąd?
Ponieważ jesteś młody i można pociąć życie.
Tak mówiłeś wcześniej. A teraz ty…
Nie mów o moim ojcu!
Ale to tylko jego złozałeś.
Kocham cię, Piotrze. Ale nie mogę żyć w skrzyni z pieniędzy. Muszę czuć, że żyję.
I Natalia odchodzi. Piotr, samotny w pustym pokoju, nie rozumie, jak mógł pozwolić, by wszystko przepadło. W jej słachc I zrozumiał że skąpstwo to tylko martwy cień, a nie światła.



