**Siostry**
Helena wstała o świcie, przygotowała śniadanie, spakowała mężowi jedzenie na drogę i dopiero wtedy poszła go obudzić.
– Halusiu, po co tak dużo? Wrócę przecież jutro – powiedział mąż, widząc wypchaną torbę.
– Dwa dni to jednak dwa dni. Nie będziesz miał czasu gotować, więc sobie podgrzejesz. Nie marudź. Poza jedzeniem dałam ci też ciepłe rzeczy. Noce już chłodne. Pij herbatę, póki gorąca – machnęła ręką Helena.
Mąż zjadł solidne śniadanie, ubrał się, wziął torbę.
– Jadę, a ty się połóż, prześpij się – rzucił, wychodząc z mieszkania.
Helena zamknęła za nim drzwi, wróciła do kuchni i wyjrzała przez okno. Wiedziała, że na środku podwórka Włodek się odwróci i pomacha. Rzeczywiście, mąż zatrzymał się, spojrzał na dom i uniósł rękę. Pomachała w odpowiedzi. Helena uśmiechnęła się w duchu: *„Jak młodzi małżonkowie”*. Zrobiło jej się ciepło na sercu.
Od kiedy przeszła na emeryturę, zawsze tak żegnała męża – czy to do pracy, czy na działkę. Żyli razem już dwadzieścia sześć lat. Niewiele jak na ich wiek – oboje mieli za sobą wcześniejsze związki.
Helena nie lubiła zostawać sama. Pojechałaby z mężem, ale obiecała córce, że dziś posiedzi z wnukiem. Westchnęła. Nie miała ochoty spać. Ale co robić? Za wcześnie na sprzątanie. Nie włączy przecież odkurzacza o szóstej rano. W bloku słychać każdy szmer, a ludzie w weekend lubią pospać.
Z braku lepszego zajęcia Helena położyła się na łóżku w samym szlafroku. Leżała i myślała o tym i owym, aż niepostrzeżenie zasnęła.
Nawet śniło jej się coś. U babci na wsi był kiedyś duży, kudłaty pies – Burek. We śnie podbiegł do Heleny, merdając radośnie ogonem. *„Burek, skąd ty się wziąłeś?”* – spytała, wyciągając rękę, by go pogłaskać. Ale Burek nagle warknął i pokazał zęby. Helena cofnęła dłoń, nie rozumiejąc, dlaczego pies nie chce się dać pogłaskać…
Drgnęła i otworzyła oczy. W pokoju było pusto – żadnego Burka nie było i być nie mogło. Pies zdechł ze starości, gdy Helena miała czternaście lat. Spojrzała na zegarek – spała ledwie dziesięć minut. Przymknęła powieki. *„Umarli w snach to do niepogody, a psy – do krewnych”* – pomyślała, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Któż to mógł być o takiej porze?
Helena usiadła, wsunęła stopy w kapcie i podeszła do przedpokoju. Dzwonek zabrzmiał ponownie, jakby ktoś się spieszył.
– Idę już, idę – burknęła i otworzyła.
Na progu stała osoba, na którą najmniej miała ochotę. Pierwsza myśl – najlepsza. Później żałowała, że nie zatrzasnęła drzwi od razu. To była jej młodsza siostra. Serce zabiło jak ptak złapany w sidła.
– Cześć, siostrzyczko! – powiedziała Irena, przeciągając ostatnie słowo i uśmiechając się szeroko.
Jej wystające przednie zęby od razu rzucały się w oczy. *„Mówią, że proroczych snów nie ma”* – pomyślała Helena, przypominając sobie warknięcie Burka. Nieprzyjemna myśl. Wizyta siostry po latach rozłąki nie wróżyła nic dobrego.
Miały różnych ojców i dziesięć lat różnicy. Ojciec Heleny zginął w wypadku, trzy lata później matka wyszła ponownie za mąż i urodziła Irenę. Siostry nie przypominały się ani wyglądem, ani charakterem. Helena – krągła, niska, o delikatnych rysach i spokojnym usposobieniu. Irena – wysoka, chuda, z długą twarzą i tymi wiecznie widocznym przednimi zębami.
– Co, tak stoisz w progu? Nie zaprosisz do środka? – spytała Irena.
Helena nadal mogła zatrzasnąć drzwi. Ale to przecież siostra, choć nieproszona i niechciana.
– Wejdź – powiedziała, rozsuwając drzwi szerzej.
Irena weszła, zrzuciła buty na wysokich obcasach, poprawiła przed lustrem fryzurę i odwróciła się do Heleny.
– Nie spodziewałaś się? A ja tu jestem. – Irena sięgnęła po kapcie Włodka, ale Helena podsunęła jej gościnne klapki. Były za małe, ale innych nie miała.
– No, pokazuj, jak żyjesz – Irena przeszła do pokoju, rozglądając się bystrym wzrokiem i notując każdy szczegół.
– U ciebie to pańskie apartamenty! Meble importowane, remont… – Irena spojrzała na siostrę.
Na ułamek sekundy Helena dostrzegła w jej oczach zazdrość i złość. Ale w następnej chwili Irena znów się uśmiechała, odsłaniając nierówne zęby. A Helena znów przypomniała sobie sen.
– No, to się rozumiem. Dobrze wyszłaś za mąż. A mąż gdzie?
– Na działce – niechętnie odparła Helena.
– I działkę macie? No, to się dorobiliście – przeciągnęła Irena tonem, który wyraźnie mówił: *„No, no, zobaczymy”*.
– Po co przyjechałaś? – spytała Helena, tracąc cierpliwość.
– Stęskniłam się. Poza nami dwiema nie mamy już nikogo. Jesteśmy tylko sobie – odparła Irena, nie odwracając się i przyglądając zdjęciu córki z wnukiem. – A to kto? Twoja córka?
Helena nie odpowiedziała.
– A ja sama. Z Michałem szybko się rozstaliśmy. Po nim jeszcze dwa razy wychodziłam za mąż. I wiesz co? Tamci dwaj wcale się od niego nie różnili. Szkoda było zmieniać – zwierzyła się Irena.
– Tamtych też komuś odebrałaś? – warknęła Helena, nie mogąc się powstrzymać.
– A ty się zmieniłaś, jadowita z ciebie została. Kto stare wspomina, temu oko wypada – Irena znów się uśmiechnęła, pokazując nierówne zęby. – Nie przyjechałam się kłócić.
– To po co? Z sentymentu postanowiłaś wpaść, a przy okazji spróbować znowu mi coś zabrać? – Helena puściła hamulec emocjom.
– Jaka złośnica. A ile córce lat? – Irena zignorowała jej sarkazm.
– Dwadzieścia osiem.
– Więc wyszłaś za mąż dwa lata później. Śpieszyłaś się z dzieckiem, żeby ci narzeczonego nie zabrali? – Irena zaśmiałaHelena w końcu wybaczyła Irenie, ale w tym krótkim czasie, jaki im pozostał, nie zdążyły odbudować siostrzanej więzi, którą młodsza z nich zmarnowała tak wiele lat temu.



