Siedem powodów do odejścia

**Siedem powodów, by odejść**

— Wystarczy! Mam dość! — Wanda cisnęła ścierkę do zlewu, rozpryskując wodę po całej kuchni. — Nie wytrzymuję więcej! Słyszysz, Jerzy? Nie wytrzymuję!

Mąż uniósł wzrok znad gazety i zmarszczył brwi.

— Co znowu? Nerwy? Napij się waleriany.

— „Napij się waleriany”! — przedrzeźniła go, ręce opierając na biodrach. — Trzydzieści lat to samo! „Wandziu, napij się waleriany. Wandziu, nie krzycz. Wandziu, gdzie obiad?” A ja kim dla ciebie jestem? Służącą?

Jerzy złożył gazetę i ciężko westchnął. Emerytura nie służy kobietom, myślał. Przestają pracować i szukają sobie problemów.

— Wandziu — powiedział z nadmierną oficjalnością — o co chodzi? Wytłumacz się.

— O co chodzi? — Zaśmiała się, ale śmiech miał posmak goryczy. — O nic, Jurek. Po prostu coś zrozumiałam. Późno, ale jednak.

Wanda wytarła ręce w fartuch, zdjęła go i powiesiła na haczyku. Ruchy miała powolne, przemyślane. Jerzy zaniepokoił się — żona tak się zachowywała, gdy podejmowała ważne decyzje.

— Usiądź — powiedziała. — Porozmawiamy.

— O czym? — Próbował wrócić do gazety. — Może na początek herbatę? Obiecałaś dziś schabowego…

— Schabowy — powtórzyła i pokręciła głową. — Oczywiście, schabowy. A wiesz, kiedy ostatnio zrobiłam coś dla siebie? Nie dla ciebie, nie dla dzieci, nie dla wnuków. Dla siebie?

Jerzy się zmieszał. Takie pytania zawsze wprawiały go w zakłopotanie. Po co robić coś dla siebie, skoro jest rodzina, dom, obowiązki?

— Nie rozumiem, o co ci chodzi.

— Nie rozumiesz — skinęła głową. — Właśnie. I nigdy nie rozumiałeś. Pamiętasz, jak się poznaliśmy?

— Na potańcówce w domu kultury — odpowiedział mechanicznie.

— Tak. Miałam dziewiętnaście lat. Chciałam iść na filologię polską. Pamiętasz?

Jerzy ledwie coś tam pamiętał, ale wtedy wydawało mu się to dziewczęcym widzimisię. Po co kobiecie studia, skoro może dobrze wyjść za mąż?

— No pamiętam. I co z tego?

— To, że nie poszłam. Bo powiedziałeś: „Po co ci studia, skoro będziemy razem? Będą dzieci, dom do prowadzenia”. I posłuchałam. Powód pierwszy.

Wanda podeszła do okna, patrząc na podwórko, gdzie dzieci sąsiadów grały w piłkę. Tak samo słoneczny dzień był wtedy, gdy pierwszy raz pomyślała, że życie ją omija.

— Potem urodziła się Kasia — kontynuowała, nie odwracając się. — Chciałam wrócić do pracy, gdy skończyła rok. Do biblioteki. Zawsze kochałam książki. A ty powiedziałeś: „Co za głupoty? Kto zajmie się dzieckiem? Zostaniesz w domu”.

— I słusznie! — oburzył się. — Dziecko bez matki to jak sierota!

— Słusznie — zgodziła się. — Powód drugi. Potem urodził się Tomek. Potem twoja matka do nas wprowadziła się, pamiętasz? Chora, słaba. I kto się nią opiekował? Kto prał, kupował leki, woził do lekarza?

— Ty. Ale to naturalne, mężczyzna w pracy…

— Naturalne. Powód trzeci. — Odwróciła się, patrząc na niego jak na obcego. — A kiedy ja zachorowałam? Pamiętasz, miałam zapalenie płuc?

Jerzy podrapał się po głowie. Słabo pamiętał — żona faktycznie leżała chora, ale wtedy miał ważny projekt w pracy…

— No pamiętam.

— Kto mnie pielęgnował? Kto wzywał lekarza? Kto kupował leki?

Zapadła cisza. Jerzy przypomniał sobie: zaglądał wtedy do sypialni tylko na chwilę, pytał, jak się czuje, i wracał do telewizora. Żona radziła sobie sama.

— Ja sama — odpowiedziała za niego. — Sama wlokłam się do apteki, sama dzwoniłam po doktora. A ty nawet herbaty nie przyniosłeś. Powód czwarty.

Usiadła naprzeciwko niego, ręce złożyła na kolanach. Jerzy nagle zauważył, że schudła. I że przybyło jej siwych włosów. Kiedy to się stało?

— I co dalej? — spytał ciszej.

— Dalej przyszły wnuki. Kasi Michał, Tomka Olek. I gdzie je zostawiano, gdy rodzice pracowali? U mnie. Kto odrabiał z nimi lekcje, karmił, prowadził do szkoły?

— No… babcie są od tego.

— Babcie. Słusznie. A dziadkowie w tym czasie? — Uśmiechnęła się gorzko. — O, dziadkowie w garażu z kumplami. Albo na rybach. Bo „ja tyle lat harowałem, teraz odpocznę”. Powód piąty.

Jerzy zaniemówił. Rozmowa zmierzała ku czemuś nieprzyjemnemu.

— Wandziu, może dość już? Czego chcesz?

— Nic nie chcA gdy po latach spotkali się znów w tej samej kuchni, gdzie wszystko się zaczęło, uśmiechnęli się do siebie nie jak starzy małżonkowie, ale jak dwoje ludzi, którzy dopiero teraz, po latach, naprawdę się poznali.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

12 + szesnaście =

Siedem powodów do odejścia