— Koniec! Dość! — Krystyna cisnęła ścierkę do zlewu tak, że krople wody rozprysły się po całej kuchni. — Nie mogę już! Słyszysz, Stanisławie? Nie mogę!
Mąż podniósł wzrok znad gazety, niechętnie zmarszczył czoło.
— Co się znów stało? Nerwy? Napij się melisy.
— Napij się melisy! — przedrzeźniła go Krystyna, ręce opierając na biodrach. — Trzydzieści lat to samo! „Napij się melisy, Krysiu. Nie krzycz, Krysiu. Gdzie obiad, Krysiu?” A ja dla ciebie kim jestem? Służącą?
Stanisław złożył gazetę, ciężko westchnął. „Na emeryturze wszystkie baby zwariują” — pomyślał. Przestają pracować i wymyślają sobie problemy.
— Krystyno Marianno — powiedział z przesadną oficjalnością — co się stało? Wytłumacz się.
— Stało? — Zaśmiała się, ale śmiech był nienaturalny, pełen goryczy. — Nic się nie stało, Stachu. Po prostu coś zrozumiałam. Późno, ale zrozumiałam.
Krystyna otarła ręce o fartuch, zdjęła go i powiesiła na haczyku. Jej ruchy były powolne, przemyślane. Stanisław zaniepokoił się — żona tak zachowywała się tylko wtedy, gdy podejmowała ważne decyzje.
— Usiądź — powiedziała. — Porozmawiamy.
— O czym? — Próbował wrócić do gazety. — Może lepiej herbatę wypijemy? Obiecałaś schabowego na kolację…
— Schabowego — powtórzyła Krystyna i pokręciła głową. — Oczywiście, schabowy. A wiesz, Stachu, kiedy ostatnio zrobiłam coś dla siebie? Nie dla ciebie, nie dla dzieci, nie dla wnuków. Dla siebie?
Stanisław zmieszał się. Takie pytania zawsze go zaskakiwały. Po co zrobić coś dla siebie, skoro jest rodzina, dom, obowiązki?
— Nie rozumiem, o co ci chodzi.
— Nie rozumiesz — powiedziała, potakując. — Właśnie. I nigdy nie zrozumiałeś. Pamiętasz, jak się poznaliśmy?
— Na potańcówce w domu kultury — odpowiedział automatycznie.
— Tak. Miałam dziewiętnaście lat. Chciałam iść na studia, na polonistykę. Pamiętasz?
Stanisław ledwo coś sobie przypomniał, ale wtedy wydawało mu się to dziewczęcym marzeniem. Po co kobiecie wyższe wykształcenie, skoro może dobrze wyjść za mąż?
— No pamiętam. I co z tego?
— To, że nie poszłam. Bo ty powiedziałeś: „Po co ci studia, skoro się pobierzemy? Będą dzieci, dom do prowadzenia”. I posłuchałam. Pierwszy powód.
Krystyna podeszła do okna, spojrzała na podwórko, gdzie sąsiedzkie dzieci grały w piłkę. Tak samo słoneczny dzień był wtedy, gdy po raz pierwszy pomyślała, że życie ją omija.
— Potem urodziła się Agnieszka — ciągnęła, nie odwracając się. — Chciałam wrócić do pracy, kiedy skończyła rok. Do biblioteki. Zawsze kochałam książki. A ty powiedziałeś: „Co za bzdury? Kto zostanie z dzieckiem? Zajmij się domem”.
— I słusznie! — oburzył się. — Dziecko bez matki to jak sierota!
— Słusznie — zgodziła się. — Drugi powód. Potem urodził się Marek. Potem twoja matka do nas wprowadziła, pamiętasz? Chora, słaba. I kto się nią opiekował? Kto prał, kupował leki, woził do lekarzy?
— Ty. Ale to normalne, mężczyzna pracuje…
— Normalne. Trzeci powód. — Odwróciła się, spojrzała na niego uważnie, jakby widziała go pierwszy raz. — A gdy ja zachorowałam? Pamiętasz, miałam zapalenie płuc?
Stanisław podrapał się po głowie. Coś tam pamiętał, żona faktycznie leżała chora, ale on wtedy miał nawał w pracy, szef naciskał…
— Pamiętam.
— Kto się mną opiekował, gdy gorączka sięgała czterdziestu stopni? Kto wzywał lekarza? Kto kupował leki?
Zapadła cisza. Stanisław przypomniał sobie, że tylko czasem zaglądał do sypialni, pytał, jak się czuje, i wracał przed telewizor. Żona radziła sobie sama.
— Ja sama — odpowiedziała za niego. — Sama wlokłam się do apteki, sama dzwoniłam po doktora. A ty nawet herbaty nie przyniosłeś. Czwarty powód.
Usiadła przy stole, naprzeciw niego. Ręce spoczęły na kolanach, plecy wyprostowała. Stanisław nagle zauważył, że żona schudła. I przybyło jej siwych włosów. Kiedy to się stało?
— I co dalej? — spytał ciszej.
— Dalej przyszły wnuki. Agnieszczyńska Ola, Markowy Kacper. I do kogo je wożono, gdy rodzice pracowali? Do mnie. Kto odrabiał z nimi lekcje, karmił, odprowadzał do szkoły?
— No… babcie od tego są.
— Babcie. Słusznie. A dziadkowie? — Uśmiechnęła się gorzko. — Dziadkowie siedzą w garażu z kolegami. Albo na rybach. Albo gapiają się w telewizor. Bo „całe życie harowałem, teraz odpocznę”.
Stanisław niespokojnie przesiadł się na krześle. Rozmowa zmierzała w niebezpiecznym kStanisław w milczeniu przytulił swoją żonę, w końcu rozumiejąc, że miłość to nie tylko obowiązki, ale też codzienne wybory i uważność na drugiego człowieka.



