Serce rodzica. Opowieść
Dziękuję za wsparcie, za kciuki, za zaangażowanie i komentarze pod opowieściami, za obserwację i OGROMNE podziękowania za wpłaty ode mnie i moich pięciu kotów Felka, Mruczka, Pimka, Bąbla i Kluseczki.
Podsyłajcie, proszę, te historie, które wam się podobają, znajomym i rodzinie to też cieszy autora!
Co taka z rana markotna jesteś? Ani się nie uśmiechasz, chodź jeść, śniadanie gotowe.
Mąż wlazł do kuchni przecierając oczy, wolna sobota wreszcie.
Na patelni skwierczała jajecznica z boczkiem, żona przelewała herbatę do szklanki. Huknęła mu na talerz większą część jajecznicy i dołożyła pajdę chleba. Jedz, weź widelec!
Nie rozumiem, coś nie tak zrobiłem, Heleno? zapytał łagodnie Zdzisław.
Zrobiliśmy, oboje zrobiliśmy źle, dzieci nie tak wychowaliśmy Helena Zawadzka usiadła obok i też zaczęła jeść, bez entuzjazmu.
Córka i syn wyrośli, sobie od ust odejmowaliśmy, gdy dorastali, takie czasy wtedy były. Martwiliśmy się o nich, a kto o nas się martwi, choćby słowem? Ciągle mają problemy, a to życie ich nudzi, a to im pieniędzy ciągle brakuje. I Zosia, i Wojtek wciąż to samo narzekanie.
Skąd ci się to wzięło?
Zdzisław już skończył jajecznicę i z przyjemnością smarował masłem świeżą kromkę chleba, na wierzch kładł domową konfiturę.
Tobie to dobrze, bo wszystko do mnie piszą, do matki. Wojtek chciał wczoraj z rodziną pójść na kręgle, prosił, żebym mu pożyczyła do pierwszego. Złość mnie wzięła, nie dałam. Był obrażony, a zaraz wcześniej Zosia dzwoniła znowu z karierą piosenkarki jej nie wyszło, więc humor okropny. Przesada przecież, lubi śpiewać to śpiewaj sobie dla przyjemności, ale do pracy też trzeba chodzić! Ale ona chce na tym zarabiać, a nie wychodzi jej. Nie każdemu to dane, najwyższy czas to zrozumieć i pójść do normalnej pracy! I jeszcze, przecież kiedyś z Wojtkiem przyjaźnili się w dzieciństwie, a teraz nawet nie rozmawiają ze sobą!
Helena Zawadzka odsunęła od siebie przestudzoną jajecznicę i upiła łyk herbaty.
Nie przejmuj się tak, wszystko się ułoży, sami byliśmy kiedyś młodzi, przypomnij sobie próbował ją wesprzeć Zdzisław, ale tylko bardziej ją to rozdrażniło.
Co ty opowiadasz, Zdzisiu, przypomnij sobie! Żyliśmy skromnie i cieszyliśmy się z byle czego! Jak się Wojtuś urodził radość. Wózek i łóżeczko dała mi sąsiadka, siostra podarowała pajacyki i pieluchy po swoim synu. Wszystko było używane, ale jak nowe, dzieci szybko wyrastają! I szczęśliwi byliśmy. A jak kupiliśmy malucha, byliśmy dumni jak pawie. Garaż postawiliśmy pod blokiem, czuliśmy się bogaczami! A nasze dzieci, jak nie były za granicą, to według nich już życie stracone. Czy tego ich uczyliśmy?
Takie czasy, Helenko, pokus wokół więcej, młodzi są, zobaczysz, zrozumieją.
Ech, oby nie za późno. Przepadną w pogoni za bogactwem, a życie mija jak sen, Zdzisławie. Jak spojrzę w lustro czy to ja, babcia już. Ty dziadek…
Rozmowę przerwał dzwonek telefonu, to Wojtek.
No i znowu coś westchnęła Helena, sięgając po telefon. W trakcie rozmowy jej oczy zrobiły się okrągłe, poderwała się.
Zdzisiu, ubieraj się natychmiast, Wojtek nasz w szpitalu, sąsiad z sali dzwoni!
Co się stało?! Zdzisław też zerwał się z krzesła i zaczął się w pośpiechu ubierać.
Nie do końca zrozumiałam… szlifierką w rękę, tarcza pękła, chyba przyszywają mu dłoń, byleby wszystko się dobrze skończyło. Tylko tego brakuje, żeby został bez ręki, no chodź, jedziemy.
Oboje w pośpiechu się ubrali jeszcze nie starzy, ale już nie młodzi z oczami błyszczącymi od niepokoju.
I pobiegli, zostawiając wszystko, do szpitala do syna
W biegu zadzwoniła Zosia Mamo, wpadnę do was na obiad, dobrze?
Wpadaj, córciu, chyba już wrócimy Helena odpowiedziała z trudem, już zadyszana, i nie czekając na odpowiedź, popędziła za Zdzisławem na przystanek.
W szpitalu od razu ich uspokojono, dłoń udało się uratować, ale do syna jeszcze nie zostali wpuszczeni.
Jak nie wpuszczacie, czekam tu i nie wyjdę Helena siadła w holu, Zdzisław tuż obok.
Nagle do szpitala wbiegła Zosia i rzuciła się do nich:
Mamo, co wy tacy zmartwieni? Skończyło się dobrze, Wojtek został wczoraj na zleceniu, komuś auto naprawiał. Coś się nie odkręcało, odciął śruby przejechał się po ręce. Oprzytomniał, zaszyli mu wszystko, palce się ruszają, mamo, spokojnie, dobrze jest!
Skąd wiesz? wydusiła Helena.
Z Wojtkiem zawsze piszemy, i z jego żoną, Iwoną, też rozmawiamy. Pomagamy sobie, a co?
Myśleliśmy, że już się nie kontaktujecie zupełnie, nigdy nic nie mówicie tłumaczył Zdzisław.
Tato, wy tak zawsze dzielni, wszystko sami, nie chcemy dokładać wam zmartwień uśmiechnęła się Zosia. A poza tym, młodo wyglądacie, wasz czas, żyjcie dla siebie.
Ty sobie to wymyśliłaś, już myślałam, że macie nas za nic uśmiechnęła się kwaśno Helena.
Więc wiesz, mamo, wasze pokolenie to twardzi ludzie. Staramy się być jak wy, choć nie zawsze nam wychodzi, tato. Ale bardzo się staramy, naprawdę.
Rodzice uśmiechnęli się, spojrzenia już mniej pełne troski.
Mamo, tato, chciałam wam powiedzieć dostałam pracę. A na dodatek śpiewać mnie zapraszają, ostatnio i do przedszkola, a wczoraj w domu seniora śpiewałam. Klaskali, wiecie? Jedna pani nawet się rozpłakała, bo córka jej jest znaną wokalistką ale ciągle w trasie, matkę zostawiła. To straszne…
Zosia nagle ich mocno przytuliła A my z Wojtkiem was bardzo kochamy, nie myślcie…
Wtedy pielęgniarka pozwoliła zajrzeć na chwilę do syna. Helena ledwie się nie popłakała, lecz Wojtek spokojnie powiedział:
Mamo, już po wszystkim, nie martwcie się. Tato, mówiłeś, jak w garażu osy cię pogryzły, aż wylądowałeś w szpitalu, prawie nie umarłeś, a jednak wyszedłeś. Bywa różnie. Jak tylko mnie wypuszczą, przyjdźcie do nas na Sylwestra. Znowu zamęt i mało się widujemy, co? Zosia chce was z kimś poznać, jeszcze nie zdążyła wam powiedzieć…
Do domu Helena i Zdzisław wracali powoli, spacerkiem.
Nie starzy, ale i nie młodzi, rodzice.
Ach, to rodzicielskie serce, zawsze o dzieciach. Zawsze się wydaje, że cudze dzieci takie zwyczajne, a chce się, by własne były lepsze, żeby żyły dobrze, by słuchały rodziców.
A one idą swoją drogą jakakolwiek by była. A przecież to nasze dobre dzieci… nasze właśnie…

