Sekrety cioci Basi

Cioci Łucji

My, kiedyśmy byli małymi, nazywaliśmy ją wśród nas wróżka. Niska, pulchna, zawsze wychodziła na podwórko z białym pudlem przy smyczy i wyciągała nam słodkie cukierki z kolorowego woreczka. Gdyby takich ludzi było więcej, świat rozświetlałby się niczym wiosenny poranek, bo same są źródłem słońca.

Zabawy w piaskownicy, chowanego, wypuszczanie małych łódek w kałużach tak jak śpiewał kiedyś Andrzej Zaucha: Graliśmy w piratów i dzielnych żeglarzy. Patrząc wstecz na dzieciństwo, zawsze widzę podwórko tonące w słońcu, pełne klocków, puzzli i samochodzików. Byliśmy jednością jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. Wtedy nie czytało się w gazetach nagłówków typu Nastolatki wytępiły kotka czy Psa spalono przy życiu. Dobro unosiło się w powietrzu. Jasne, zdarzały się trudne osoby, ale każdy je kształcił rówieśnicy i dorośli. Nikt nie mógł zostawić po sobie złego śladu.

Mieliśmy też ciocią Łucję. Niewysoka, ledwo wyższa od dziecka, z bujną falowaną fryzurą i kwiecistymi sukienkami, zawsze w żywych barwach. Uwielbiała kolorowe koraliki. Codziennie wychodziła na podwórko ze swoim kręconym, białym szczeniakiem o imieniu Kropka. Gdy rzucaliśmy samochodziki, samoloty i lalki, podbiegaliśmy do niej razem. Ciocia Łucja była jak dobry duch starego dwupiętrowego kamieniczki. Młodzi rodzice zostawiali nam ją na chwilę, kiedy musieli iść do pracy. Odbierała nas z przedszkoli, opowiadając po drodze ciekawe historie. Umiała wyśmienicie robić na drutach. Wszyscy wędrowaliśmy w kolorowych czapkach, szalikach i skarpetkach od cioci Łucji dziś nazwalibyśmy je markowymi.

Nie była naszą prawdziwą ciocią, ale tak ją wołaliśmy. Jej krewniaki mieszkali w odległej Białorusi i wysyłali jej paczki pełne cukierków. W tamtych latach było ich mało; dziś każdy może kupić, co tylko zechce.

Ciocia Łucja rozdawała nam wszystko. Siadała obok, a my nieśmiało wyciągając ręce przyjmowaliśmy wielobarwne papierki, smakowite cukierki, niepowtarzalne i wyrafinowane. Dziś nie wolno przyjmować od nieznajomych mogą zrobić krzywdę ale ciocia Łucja nie była obca, była naszą.

Dlaczego tak rozdajesz? pytała sąsiadka z drugiego wejścia, cienka i surowa. Ich rodzice i tak mają co jeść, a ty ledwo wiążesz koniec z końcem. Twój mąż choruje, potrzebuje lekarstw. Schowaj te cukierki na później!

Z uszami przyklejonymi do ściany, podeszliśmy z Olą naszą przyjaciółką. Nie zrozumieliśmy wszystkiego, ale słowa utkwiły w pamięci. Ciocia Łucja odpowiedziała:

Ziin, co ty kombinujesz? To dzieci, maleństwa. W tej biedzie ich rodzice nie kupią cukierków, a my dostajemy je od rodziny. Niech smakują, niech czują radość. Nie mam zamiaru ich gromadzić. Trzeba się dzielić! Patrz, jak ich oczka się błyszczą, przytulają mnie. Pachnie szczęściem, morzem, mlekiem i arbuzem. Boże, jakie są urocze! Szkoda, że nie mamy własnych dzieci ani wnucząt. Przynajmniej w tym podwórku mam was, swoją rodzinę szarpała dłonią chusteczkę i dodała.

Głupia! wtrąciła sąsiadka. Nie dam im nic! Nie moje! Ty, Łucjo, jesteś naiwną!

Wyskoczyliśmy z krzaków, w których się chowaliśmy.

Ola, Aniu! Chodźcie tu, co tam robicie? Mam jabłko! wołała ciocia Łucja, podając czerwone jabłko.

Ciociu Łucjo, co to naiwna i głupia? wykrzyknęła Ola.

Sąsiadka na chwilę przybrała poważny wyraz, po czym się uśmiechnęła.

Słyszałam Małe dziewczynki. Zróbcie, jakbyście nic nie słyszały. Pamiętajcie: że słowa złe nie wpuszczajcie do serca, od razu je wypuszczajcie. Kciuk w górę, dmuchnijcie i niech znikną. Ludzie są różni, ale dobrych zawsze więcej! Kocham was!

Pewnego dnia ciocia Łucja dwa dni nie pojawiła się w podwórku. Pierwszego dnia pytaliśmy matki, patrząc w stronę jej wejścia: Gdzie jest ciocia Łucja? Może odpoczywa, może choruje. Nie niepokojcie jej! odpowiedziały.

Drugiego dnia nie czekaliśmy dłużej, zebraliśmy ośmioro cztery dziewczynki i czterech chłopców i wyruszyliśmy w małą delegację. Wiedzieliśmy, gdzie mieszkała.

Nie szliśmy z pustymi rękami. Kacper narysował niebo i słońce, Sławek przyniósł ulubiony flamaster, Ania i Darek z plasteliny uformowali kołobrzeg, Ola przyniosła doniczkowy kwiatek, a bliźniacy Kasia i Paweł słoik domowego dżemu. Ja przyniosłem naleśniki, które nasza mama smażyła z mistrzowską lekkością złociste, rozpływające się w ustach, z masłem i nutą rodzynek. Mama położyła je w koszyku.

Zanieście to cioci Łucji, bo ona nas zawsze karmiła rzekła, potrącając mnie po warkoczach.

Weszliśmy przez drzwi, które pamiętam jakby jutro. Półmetra wysoko, starą, skrzypiącą. Zapukaliśmy. Ciocia Łucja nie otworzyła od razu. Stała w prostym szlafroku, z koczkiem, blada, trzymając się za bok. Gdy nas zobaczyła, rozkwitła.

Ojej, dzieciaki! Skąd przybywacie? przywitała nas, całując i wciągając do pokoju.

Dom był skromny: dwa łóżka, kolorowe firanki, podniszczony stół, kredens, starą telewizję i mnóstwo ręcznie dzianych rzeczy. Z łóżka wstał starszy, karochi mężczyzna i nieśmiało się uśmiechnął.

To mój mąż, Władek. Jest chory, nie może wyjść. Ja też trochę słabiej się czuję. Ale już wam rozdaję cukierki! zawołała ciocia Łucja.

Możemy pomóc! Pójdziemy na zakupy, odkurzymy, wyniesiemy śmieci. Zrobimy wszystko! rzekł najśmielszy z nas, Kacper.

Nie, kochani, usiądźcie na moim łóżku poprowadziła nas ciocia.

Jana, zawsze skromna, położyła na stole swój kołobrzeg. Reszta podążyła za nią.

Potem czytaliśmy wiersze, śpiewaliśmy piosenki, jedliśmy cukierki. Widzieliśmy, jak bladość znikła z twarzy cioci i jej męża, jak ich oczy znów rozbłysły. Ciocia nawet spróbowała z nami zatańczyć w kręgu.

Na pożegnanie szepnęła mi przy uchu:

Zapytaj mamusi o przepis na naleśniki. Są tak pyszne! Nie umiem ich zrobić, zawsze się przypalają.

Zapiszę go na kartce. Ciocia żartowała później, że i tak nie wyjdą tak dobrze.

Moja mama zaczęła ją częściej zapraszać. Ciocia przynosiła swoje puchate kapcie, myła ręce, podziwiała je, zakładała i siadła na małym krześle w kuchni. Jej nóżki nie dosięgały podłogi, a gdy jadła naleśniki z masą kajmakową, łapała się palcami, potem się wstydziła i prosiła o ręcznik. Opowiadała, że jej mąż od dawna nie może chodzić, a ona cieszy się, że może mu pomagać i bawić się z nami.

Ciocia Łucja kochała wszystkie zwierzęta. Rano i wieczorem nosiła wiaderko i karmiła jedzenie i makaronem psy, które spotykała na ulicy. Nie było wtedy schronisk, a dwa szczury z podwórka cieszyły się, gdy dostawały posiłek.

Złota kobieta, zawsze daje siebie innym! mówiła moja mama, rozmawiając z tatą.

Złota? To taka złocista, jak bombki na choince? A ciocia Łucja ma jasną skórę! zadziwiałam się.

Mama przytuliła mnie i wyjaśniła, że złoty człowiek to po prostu bardzo dobry człowiek.

Pamiętam, jak ciocia szła do domu z wiaderkiem. Na drodze stanęły dwie surowe kobiety.

Nie karm już te psy, przygniataj dzieci! Nie masz pieniędzy, a tu rozdajesz cukierki? wykrzyczały. Nie siedź z nami na ławce, nie przyciągaj przedszkolaków!

Ciocia Łucja, trzymając wiaderko, szepnęła:

Żywy człowiek cierpi, rodzina w żałobie. Dzieci są małe, niech się bawią i śmieją. Cisza przeraża, ale niech nie przemija.

Jedna z kobiet krzyknęła:

Nie dotykaj mojego chłopca!

Wtedy usłyszałem huk. To byli chłopcy: Kacper i reszta. Kobiety odpuściły. Stałem w kręgu wokół cioci i razem wykrzyknęliśmy:

Nie krzywdźcie jej! Nie mówcie złych rzeczy! Bo inaczej macie nas po stronie! Ciocia Łucja nasza!

Kobiety się wycofały, mrucząc o małym złośliwym. Ciocia objęła nas mocno.

Nie byliśmy zbójcami, po prostu jednym za wszystkich i wszyscy za jednym. Dziecięcymi sercami poczuliśmy, że cioci Łucji wyrządzono krzywdę. Tak dziś nadal krzywdzą wielu dobrych ludzi tych, co karmią ptaszki, rozdają jedzenie bezdomnym, oddają ostatnie grosze, choć sami nie mają co kupić. Są wrażliwi, współczujący, bardzo dobrzy. Nazywają ich niektórzy szaleńcami.

Teraz ceniona jest siła, śmiałość, bezczelność. Szanują, boją się, a tych, co nie potrafią się bronić, gnębią, dręczą, wtrącają się w życie. Nie rozumieją, po co ktoś wydaje ostatnie pieniądze na drugiego, gdy sam nie ma na chleb. Lepiej zatrzymać je dla siebie. I tak ludzie idą po głowach innych, nie zauważając łez, bólu, robiąc podłe psoty i ciesząc się z cudzych nieszczęść.

Świat milczy, planeta płacze, bo równowaga harmonii zostaje zachwiana. Musimy żyć w zgodzie!

Rok po tym, ciocia Łucja wyjechała z miasta. Mąż zmarł, a krewni przywiezli ją do siebie. Płakaliśmy razem na podwórzu. Przed wyjazdem podzieliła się z nami wafelkami, płacząc, całując każdego. Dała dużą kartonikę z papierkami. Kazała nam zrobić sekrety brać papier, kwiatek, kawałek szklanej butelki i zakopywać w ziemi, potem odkopywać ręką. Było pięknie.

Podarowała nam też wspólne zdjęcie, które mieliśmy trzymać na zmianę.

Wrócę za rok, sprawdzę, czy wszystko w porządku! machnęła, odchodząc w zachód.

Ciocia niosła walizkę, większą od siebie, a za nią biegł jej pudel.

Ciocia Łucja już nie wróciła. Pilnie strzegliśmy sekretów, ale nie było już komu ich pokazać. Nikt nie dawał nam cukierków ani nie wołał dzieciaczki. Dorastaliśmy, uczyliśmy się, pracowaliśmy, śmialiśmy się. Czasem jednak w sercu przyszedł cień i łzy wpadły, gdy wspominaliśmy ciocię Łucję

Spotkaliśmy się po raz ostatni rok temu w dawnym podwórku. Inny Inno, już dyrektorem banku, Olga tłumaczką międzynarodową, reszta rozeszła się po świecie, a dom już nie istnieje na jego miejscu stoi blok. Inny, w drogiej garniturze, pod nieufnym wzrokiem przechodniów, usiadł na kolanach i zaczął kopać ziemię.

Czego szukasz? zapytaliśmy Olę.

Sekretów cioci Łucji. Tyle lat minęło, a wciąż tęsknię. Gdzie ona? Czy żyje? Szukam w urzędach, a ona jest przed moimi oczami, podaje mi cukierka. Żona z zagranicy przywozi masę słodyczy, a ja ich nie jem. Chcę tego jednego, z dzieciństwa, najpyszniejszego. Mam zdjęcie wciąż je mam westchnął.

To prawda, była dobra. wyszeptała Olga.

Pamiętacie, jak mówiła, że nawet dorosły powinien w sercu być dzieckiem i cieszyć się wszystkim? Bo gdy tego nie robisz, elfy się gniewają, a życie jest nudne dodałem.

Cioci Łucji, które krzyczały na nas, nie były w porządku. Dorosliśmy, ale wciąż ją pamiętamy i nigdy nie zapomnimy. Gdy kiedyś będzie ciężko i serce będzie drżeć, słyszę jej głos:

Nie smuć się, kochanie. Zjedz cukierka. Wszystko będzie dobrze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 4 =

Sekrety cioci Basi