**Droga do szczęścia**
Szedłem dziś z pracy pieszo. Daleko, ale wieczór był ciepły, cichy, bez wiatru. W takie wieczory nie żałowałem, że nie mam samochodu. Szedłem, ciesząc się ciepłem i zbliżającym się latem.
Całe życie mieszkałem z rodzicami w centrum miasta, przyzwyczaiłem się do zgiełku i hałasu. Ale niedawno przeprowadziłem się na przedmieścia, do dzielnicy typowo mieszkalnej. Wracałem do domu i od razu kładłem się spać, żeby rano znów ruszyć do pracy, do tętniącego życiem centrum.
Przez okno mojego pokoju zaglądała nocami ciekawska księżycowa poświata. Nie zasłaniały jej ani drzewa, ani inne budynki – nawet gęstych zasłon jeszcze nie miałem. Mieszkałem na dwunastym piętrze w nowym bloku, z widokiem na pole i daleki las na horyzoncie. Pierwsze noce budziłem się w środku nocy, patrzyłem na pokój zalany niebieskim światłem i nie wiedziałem, gdzie jestem. Dopiero po chwili przypominałem sobie i zasypiałem z powrotem.
***
Jeszcze dwa lata temu nie wiedziałem, że istnieją mieszkania komunalne. Nie takie jak za dawnych czasów, gdzie jedna kuchenka służyła dziesięciu lokatorom. Ale mieszkanie z obcym człowiekiem, dzielenie z nim łazienki i kuchni – to nie było przyjemne.
Dorastałem w zwyczajnej rodzinie, w dwupokojowym mieszkaniu w centrum, z wysokimi sufitami i długim, wąskim przedpokojem prowadzącym do malutkiej kuchni. Mama pracowała jako przedszkolanka, tata był kierowcą autobusu. Nie żyliśmy wystawnie, ale na wakacje nad morze zawsze było nas stać.
Wszystko runęło jednego dnia. Tata nie złamał przepisów – ruszył na zielonym świetle. Nagle na jezdnię wbiegła kobieta z walizką na kółkach. Tata zahamował, ale czy da się zatrzymać autobus w miejscu? Kobieta odbiła się jak piłka, zmarła w drodze do szpitala.
Okazało się, że spieszyła się na pociąg. Zięć obiecał ją podwieźć samochodem, ale zmienił plany. Pokłócili się, więc w złości pobiegła na dworzec. Myślała, że zdąży… Pociąg przecież na nikogo nie czeka.
Ten sam zięć potem na sądzie krzyczał, że pijany kierowca zabił jego ukochaną teściową, i domagał się surowej kary. Owszem, poprzedniego dnia cały zakład żegnał kolegę na emeryturę, pili – ale rano badania nie wykazały u taty śladów alkoholu. Nigdy nie był amatorem drinków. A jednak w aktach pojawiły się wyniki badań z przekroczoną dopuszczalną normą.
Żeby nie pogrążać kolegów, tata przyznał, że wypił na urodzinach żoninej przyjaciółki. Uratował innych, a sam trafił do więzienia. Mama płakała, załamywała się. Pieniędzy było mało. Pensja przedszkolanki niewielka. Ogłosiłem, że po liceum nie pójdę na studia, zacznę pracować.
— Aha, do wojska ci się zachciało? Brakowało mi tylko, żeby i z tobą coś się stało! — szlochała mama.
Żeby ją uspokoić, obiecałem kontynuować naukę. Tuż przed maturą tata zmarł w więzieniu na zawał. Dotrzymałem słowa – poszedłem na studia. Dwa lata później mama wyszła ponownie za mąż i wyprowadziła się. Zostałem sam w naszym mieszkaniu. Opłacała czynsz, dawała mi pieniądze, byle tylko się uczył. Mogła sobie na to pozwolić – nowy mąż był urzędnikiem, i to wysokiej rangi. Choć prawdę mówiąc, szybko wyleciało mi z głowy, gdzie dokładnie pracuje.
Koledzy ze studiów dowiedzieli się, że mam wolne mieszkanie, i od razu zaczęli organizować u mnie imprezy. Gościnny gospodarz pozwalał im nawet zostawać na noc.
Na początku podobało mi się takie życie, ale w końcu ciągłe hałaśliwe towarzystwo zaczęło mnie męczyć. Budziłem się i widziałem zupełnie obcych chłopaków i dziewczyny.
Sąsiedzi donieśli mamie. Przyjechała wczesnym rankiem, żeby mnie zastać w domu. Nagle w przedpokoju stanęła przed nią zupełnie naga dziewczyna. Bez skrępowania minęła mamę i poszła do łazienki.
Oczywiście, mama urządziła awanturę, wyrzuciła wszystkich, a mnie zagroziła, że jeśli nie skończę z pijatykami, przestanie dawać pieniądze.
Przez dwa tygodnie w mieszkaniu panowała cisza. A potem koledzy namówili mnie na kolejną imprezę – niby czyjeś urodziny. Zachowywali się względnie cicho, ale pili mocno.
Rano obudziłem się w łóżku nie sam. Obok spała naga dziewczyna, przykryta do połowy kołdrą. Leżała na brzuchu, twarzą do ściany, a na poduszce rozsypały się jej rude włosy. W naszej grupie tylko Małgosia Kowalska miała taki kolor.
Ostrożnie wysunąłem się z łóżka, żeby jej nie obudzić. Nic nie pamiętałem, ale pomyślałem, że gdyby między nami coś było, pewnie nie założyłbym potem bokserów.
Obejrzałem całe mieszkanie – poza nami nikogo nie było. Wziąłem prysznic, zaparzyłem kawę. Małgosia obudziła się na zapach, weszła do kuchni w mojej koszulce i zaczęła się przymilać, mamrocząc jakieś głupoty. Odsunąłem się.
— O co ci chodzi? W nocy mówiłeś, że mnie kochasz — odparła obrażona. — Daj mi kawę. I sięgnęła po mój kubek.
— Nie gadaj głupot — powiedziałem niepewnie. — Nic między nami nie było. Nie jestem samobójcą, jakby Krzysiek się dowiedział, rozniesie mnie po ścianie.
— My się z nim rozstaliśmy. Nie wiedziałeś? Myślisz, dlaczego tak się wczorajAle życie potoczyło się inaczej — Małgosia spokojnie wypiła kawę, uśmiechnęła się i powiedziała, że jestem porządnym facetem, a potem wyszła, zostawiając mnie z uczuciem, że może jednak warto zaufać ludziom.



