Jestem nauczycielką. Daję korepetycje z angielskiego uczniom, oficjalnie. Płacę podatki, a zajęcia prowadzę w domu. Przeznaczyłam pokój na zajęcia, tam się tym zajmuję. Czuję się bardziej komfortowo. Półtora miesiąca temu złapała mnie sąsiadka.
– Witam, sąsiadko. A co to do was tak dzieci chodzą? Jesteś lekarką?
Nie daj Boże, żeby wśród sąsiadów będzie plotka, że jestem lekarką, bo torturowaliby prośbami. Mamy sąsiada weterynarza i ciągle biegają do niego na zastrzyki. Cóż, weterynarz może zrobić zastrzyki. Dlatego nie zaczęłam odpowiadać szyfrowem i wyjaśniłam:
– nNe. Jestem nauczycielką. Uczę się angielskiego z dziećmi.
Myślałam, że sąsiadka się odczepi, ale nie, zaatakowała.
Od razu zdecydowała, że powinnam uczyć się z jej synem. Po sąsiedzku, to znaczy za darmo. Pomyślałam, że chłopcu trzeba wyjaśnić tylko jeden temat. Ale jak się okazało, nie. Sąsiadka chciała, żebym uczyła jej syna od podstaw.
– Nie ma mowy. Nauka języka od podstaw to ogromna praca i nie będę się uczyć z Twoim synem za darmo. Ale po sąsiedzku mogę zrobić zniżkę.
Zdając sobie sprawę, że nie będzie można uczyć się syna za darmo, sąsiadka wywołała awanturę.
– Wy, kapitaliści, byle na nieszczęsnych zarobić checie. Zaczekaj, arobię coś takiego, co Ci bokiem wyjdzie…
Od tego dnia zmniejszyła mi się liczba uczniów, a rodzice, których dzieci przychodzili, domagali się swojej obecności na zajęciach. Zdziwiłam się tym i zapytałam jedną staruszkę, która również wyraziła chęć uczestnictwa w zajęciach wnuka, o co chodzi:
– Co spowodowało Pani chęć uczestnictwa w zajęciach?
Jak się okazało, sąsiadka czyha na rodziców moich uczniów i mówi im o okropnościach, mówiąc, że jej syn też się ze mną uczył, ale zabrała go do innego korepetytora. A powodem jest to, że biję i krytykuję uczniów. Oto więc rodzice pilnują swoich dzieci. Nie będę próbowała przekonywać rodziców. Po prostu podam sąsiadkę do sądu za zniesławienie.


