Sąsiadka z działki uznała, że mój plon jest wspólny, ale szybko oduczyłam ją korzystania z cudzej pr…

Daj spokój, sąsiadeczku, no co Ty… Żałujesz kilku ogórków? I tak Ci przerosną i zżółkną, a wnuki mi przyjechały potrzeba witaminek. Nie bądź chytrus, przecież żyjemy tu po sąsiedzku przez płot!

Ludwika nachyliła się przez niziutki płotek z siatki dzielący nasze ogródki, a jej szeroka twarz rozciągnęła się w sztucznie słodki uśmiech. W jednej ręce ściskała emaliowaną miskę, w połowie już wypełnioną MOIMI truskawkami, drugą sięgała po czarne porzeczki rosnące po mojej stronie.

Klęczałem akurat w grządkach z marchewką, wyrywając mikroskopijne chwasty. Powoli podniosłem się, czując jak mi trzeszczy krzyż. Pot otarłem brudnym grzbietem dłoni; spojrzałem na Ludwikę ciężkim wzrokiem. To swoi ludzie słyszałem od trzech lat, odkąd z żoną kupiliśmy tu działkę i przerobiliśmy zarośnięte chaszczami pole na podręcznikowy ogród.

Ludka powiedziałem spokojnie, ale stanowczo. Ty przecież też masz truskawki, widziałem. Czemu swoich nie zbierasz?

Taa… co za truskawki? Malizna, kwaśna, a i chrząszcz wszystko zżarł. Ja przecież się nie znam, nie kombinuję z nawozami jak Ty, u mnie wszystko naturalnie, jak dała natura! A u ciebie, patrz, jagoda jak pięść! Szkoda, żeby taka piękność się zmarnowała. Zresztą, wy z Wiesławem we dwoje, po co Wam tyle? No chyba nie zjecie wszystkiego.

Westchnąłem głęboko. Z Ludwiką nigdy nie wygra się na logikę święcie wierzy, że jeśli ktoś ma czegoś za dużo, to MUSI się podzielić z leniwym sąsiadem. A dlaczego u niej nie rośnie? Wiadomo nie chce się, tyle co poleży w hamaku, posłucha radia i przy grillu sosisko przypali.

Jej działka wyglądała jak po wichurze: pokrzywione jabłonie obrastał mech, grządki ziemniaków nikt nie widział od Świąt Wielkanocnych, a dmuchawiec już szykował inwazję na moje warzywa. Ludwika na działkę wpadała odprężyć głowę: leżała w hamaku, smażyła tanie parówki na cegłówkach, a radio RDN puszczało hity z lat młodości.

Ja rolnictwo miałem we krwi. Każdy krzaczek znałem, odmiany zamawiałem przez internet, wstawałem o piątej otworzyć szklarnie, kładłem się późno po podlaniu. Każdy pomidor był efektem zgiętych pleców i nieprzespanych nocy, kiedy wiosną nagle uderzał przymrozek.

Ludka, odstaw miskę powiedziałem. Zbieram truskawki na dżem, każda się liczy.

Oj, zaczyna się! Ludwika teatralnie przewróciła oczami. Chciwiec! Oj, nie zubożejesz. Dzieciom zabierzesz z buzi?

Szybko, nim podszedłem do płotu, napchała sobie do ust moją wielką truskawkę, demonstracyjnie przeżuła i odpłynęła w kierunku własnej altanki, niosąc zdobycz.

Stałem chwilę na grządce, czując jak we mnie kipi złość. Wiesiek, mój żona, wyszedł z narzędziem z szopy. Widział scenę, ale nie lubił babskich awantur.

Znowu Ludka pasie się na Twoich grządkach? zapytał.

Pasie się… Jak koza u sąsiada. Wiesiek, to już przegina! W zeszły weekend zakosiła nam cukinie, gdy byliśmy na zakupach. Powiedziała, że przecież by przerosły. Teraz kradnie truskawki.

Postaw wysoki płot, taki z blachy, dwumetrowy.

Nie można, westchnąłem. Regulamin ogrodów zabrania tylko siatka albo sztachety. No i kasy na taki płot nie ma przecież szklarnię nową budowaliśmy.

Z każdym tygodniem sytuacja się zaostrzała. Lipiec był upalny, warzywa rosły jak szalone. Im więcej miałem pomidorów i ogórków, tym częściej Ludwika przy nim stawała jakby nigdy nic.

W sobotę zjawiła się cała jej rodzina z gośćmi. Głośna banda, z muzyką i skrzynkami piwa. Pod wieczór, gdy podlewałem kwiaty, Ludwika, trochę już podcięta, zbliżyła się do płotu.

Mirek! wrzasnęła. Wyciągniesz z biedy, po sąsiedzku. Przekąski zabrakło! Daj kilka pomidorów, tych Bawole serce, i trochę zieleniny. Bo do sklepu daleko, a goście domagają się imprezy.

Wyprostowałem się z wężem ogrodowym w ręku. Woda leciała pod róże.

Ludka, większość pomidorów jeszcze nie dojrzała. Te, które są, jutro zabieram córce do Krakowa.

Nie kombinuj! zarzuciła przez płot, podmuchem alkoholowym. Widziałam, wiszą, czerwone jak lampiony. Żal dla dobrych ludzi? My nie jesteśmy obcy! Kupię Ci potem… czekoladę.

Nie powiedziałem stanowczo. Nie.

W jednej chwili przygasła. Uśmiech zniknął, oczy zwęziły się.

No i siedź ze swoimi pomidorami, żeby Ci popękały! Sąsiedzi… O śnieg ciężko poprosić zimą! Psiakrew!

Cały wieczór od jej strony niósł się szyderczy rechot i komentarze o warszawskich panach, co za grosz sie uduszą i kto by chciał jej plastikowych warzyw. Było przykro. Poszedłem do altany i odpaliłem radio głośniej, by nie słyszeć.

Rano, wychodząc na ganek, zamarłem. Drzwi szklarni z poliwęglanu były uchylone. Serce mi zamarło. Popędziłem do grządek.

I rzeczywiście: najdorodniejsze kiście pomidorów oberwane, gałązki połamane, niedojrzałe sztuki na ziemi, ogórków mniej niż zwykle. Gdzieniegdzie na grządce brakowało koperku i pietruszki wyrwane z korzeniami.

Stałem i patrzyłem na zniszczenia. To już było nie tylko złodziejstwo, to był brak szacunku do mojej pracy, czasu, mnie samego.

Wiesiek! zawołałem drżącym głosem.

Przyszedł, spojrzał i zrzedła mu mina.

Teraz to już nie żarty, Mirek. To czysty paragraf kradzież.

Jaki paragraf, Wiesiek? Udowodnisz? Kamer nie mamy. Powie, że nie ona, albo to my sami, a ją oczerniamy. Przecież wiesz języka jej nie przebijesz.

Podszedłem do płotu. Po sąsiedzku cicho goście odsypiali. Na werandzie, wśród pustych butelek, samotnie stała miska z resztką sałatki. W środku moje mięsiste kawały pomidora i charakterystyczne listki pietruszki.

Dobra, powiedziałem, a mój głos się wyostrzył. Dość tego. Cierpliwość była. Grzecznie próbowałem. Teraz będzie po mojemu i po rozumie. Trochę psychologii… i trochę chemii.

Co wymyśliłeś? zapytał Wiesiek niespokojnie. Oby bez przestępstw. Policji tu nie chcemy przez pomidory.

Spokojnie roześmiałem się krzywo. Czysta psychologia. I trochę spożywczego barwnika.

Plan miałem w sekundę. Dojechałem do miasta do centrum ogrodniczego i wróciłem po trzech godzinach z zestawem: żółty płaszcz ochronny, maska przeciwpyłowa, ogrodowy opryskiwacz, kilka torebek niebieskiego barwnika spożywczego i butelka najtańszego, cuchnącego mydła w płynie.

Wieczorem, gdy Ludwika z rodziną piła herbatę na werandzie, u mnie zaczął się spektakl.

Ubrałem się w żółty kombinezon, maskę i wielkie gumowe rękawice. Wiesiek założył sztormiak i starą maseczkę. Podszedłem do szklarni.

Ostrożnie rozcieńczyłem w wiadrze wodę z barwnikiem i pół butelki smrodliwego mydła. Zapach był ohydny ostry, medyczny, nieprzyjemny. Zawartość opryskiwacza miała błękitno-granatowy kolor.

Wiesiek, odejdź! krzyknąłem głośno przez maskę, tak żeby sąsiedzi słyszeli Gwałtowny środek! Według instrukcji podchodzić tylko w pełnej ochronie!

Pryskałem pomidory, paprykę i kapustę. Liście i owoce pokrywały się niebieskimi plamami wyglądało jak atak radioaktywnej zarazy albo przedawkowanie siarczanem miedzi.

Ludwika, zaintrygowana, podeszła do płotu.

Mirek, co Ty wyprawiasz?! Pożar? Zaraza? Jak tu śmierdzi!

Gorzej, Ludka! krzyknąłem. W Internecie wyczytałem o nowej zarazie wirus z grzybem razem. Mówią, że może zgnić cała uprawa w dobę. Musiałem kupić eksperymentalny środek AgroToks-3. Podobno zabija wszystko, oprócz roślin.

Wszystko? zbielała.

No… owady, ptaki, myszy… Dla człowieka też niebezpieczne; zje się za wcześnie potężne zatrucie, natychmiast na OIOM. Dopiero po trzech tygodniach owoce można jeść. Wszystko się rozkłada do nieszkodliwych substancji. Ratuję plony, co poradzić.

Trzy tygodnie? A jak dotknę?

Myć ręce od razu w spirytusie albo kwasie. Jak sok dostanie się na błony śluzowe… lepiej nie myśleć. Ten kombinezon będę po wszystkim palił.

Wróciłem do pryskania, całą kapustę polałem niebieskością. Ludwika postała jeszcze chwilę, przemyślała, po czym wycofała się do siebie.

Hej! wrzasnęła nagle w stronę gości Nie dojadajcie tej sałatki! Coś dziwnie gorzka. Lepiej wylać, żeby się nie potruć.

Pod maską uśmiechnąłem się szeroko pierwszy etap akcji Skąpiec zakończony sukcesem.

Przez następny tydzień Ludwika omijała granicę szerokim łukiem. Z nabożną grozą patrzyła na niebieskie pomidory (barwnik świetnie trzymał się na słońcu). A jak wnuki biegły w stronę płotu, ryczała:

Nie podchodźcie! Trucizna! Nawet nie oddychajcie tamtędy!

Codziennie podlewaliśmy z Wieśkiem ogórki i obmywaliśmy barwnik, żeby własnych nie zostawić w chemii. Za to pomidory dalej straszyły. Nawet ptaki ich unikały.

Sprytna była po tygodniu ciekawość znów wzięła górę.

Mirek! zawołała pewnego ranka. Czemu chrupiesz ogórki? Przecież mówiłeś, że trzy tygodnie nie jeść! To na was, mutanty, nie działa?

Nie mrugnąłem nawet.

Sklepowe. Z Biedronki, guma, ale co zrobić. Swój zbiór trzymać trzeba.

Skrzywiła się, poszła i mruczała o chemikach-co-psują-środowisko. Ale do grządek nie podchodziła.

Kulminacja przyszła w sierpniu, w czasie zbiorów, gdy słońce i deszcze wypłukały prawie cały barwnik z pomidorów. Tylko przy szypułce pozostał lekki niebieski osad.

Ludwika pewnie stwierdziła, że kwarantanna już minęła… lub łakomstwo wygrało.

Miałem wyjechać na dwa dni do Krakowa. Zanim pojechałem, na furtce zawiesiłem wielką kłódkę, a na siatce laminowaną karteczkę wydrukowaną na komputerze:

Uwaga! Monitoring. Ogród poddany eksperymentalnej chemii III klasy szkodliwości. Spożycie bez neutralizacji grozi ciężkimi konsekwencjami dla żołądka. Zarząd ROD poinformowany. W przypadku wtargnięcia powiadamiana jest policja.

O kamerach czyste kłamstwo, ale o policji i chemii wszystko poważnie brzmiało.

Po powrocie zastałem ciekawy widok. Ludwika stała przy płocie, awanturując się z prezesem naszego ogrodu panem Piotrem, człowiekiem poważnym i skrupulatnym.

Panie Piotrze! Zobacz pan, co się dzieje! Ona nas truje! Eksperymenty robi! Mój wnuczek miał ból brzucha od jej oparów! Niech pan zabroni tych chemikaliów! Szpieguje mnie kamerami!

Prezes, zmęczony, przecierał okulary. Widząc mój powrót, odetchnął z ulgą.

Dzień dobry, panie Mirku. Skarga była… o chemię i monitoring.

Przywitałem się.

Nie ma żadnych zakazanych chemikaliów. Tabliczka wisi dla odstraszenia złodziejaszków. A co do wnuczka… Gdyby Ludwika i jej goście nie wchodzili do mnie i nie kradli warzyw, brzuchy by nie bolały.

Kto wchodził?! Ja wchodziłam?! biedna się zagotowała Udowodnij! Nie złapałeś, nie złodziej!

Bo ja mam nagrania, skłamałem z przekonaniem, mierząc ją wzrokiem. Obserwowałem, zamontowałem kamery z czujnikiem ruchu. Chcesz, Ludka, odtworzyć przy prezesie? Jak w zeszły wtorek sięgałaś przez płot? A jak twoi goście wyrywali koperek w sobotę? Akurat mam pisać zawiadomienie na policję.

To był czysty blef ale wystarczył. Twarz Ludwiki pokryły czerwone plamy. Doskonale wiedziała, że coś na sumieniu ma, lecz nie wiedziała, kiedy ta niby-kamera mogła ją zarejestrować. Strach przed publicznym wstydem i mandatami przeważył łakomstwo.

Phi, twoje pomidory nic mnie nie obchodzą! wrzasnęła. Udław się nimi! Sama sobie wyhoduję, lepsze!

Obróciła się na pięcie, zatrzasnęła drzwi.

Prezes popatrzył na mnie, potem na napis na tabliczce i lekko się uśmiechnął.

Panie Mirku, ta chemia naprawdę taka ostra?

Barwnik spożywczy i mydło, panie prezesie. Mszyce przepłoszy, a na łakomych sąsiadów najlepsze lekarstwo.

Rozumiem uśmiechnął się. Tabliczkę może pan zostawić. Dobrze działa prewencyjnie.

Od tego dnia stosunki z Ludwiką przybrały formę zimnej wojny. Nie kłaniała się, odwracała ostentacyjnie, a po działkach rozpuszczała plotki, że mam za płotem wiedźmę i truciciela. Nie protestowałem. Najważniejsze: plony ocalały.

Najdziwniejsze wydarzyło się jednak dopiero wiosną. Gdy wjechałem na otwarcie sezonu patrzę: u Ludwiki rwetes. Sama, sapiąc i klnąc, przekopywała grządki krzywo, byle jak, ale własnymi rękami. Obok skrzynki z marniutką, kupioną na promocji rozsadaną.

Podszedłem do płotu. Ludwika, widząc mnie, wyprostowała się i dumnie wycelowała łopatą.

Po co przyszedłeś? Znowu podglądać?

Powodzenia, Ludka powiedziałem pojednawczo. Nie kopi za głęboko, pod spodem glina. Trochę piasku dołóż.

Poradzę sobie! odburknęła. Bez rad. Będzie swojskie! Bez twoich chemicznych eksperymentów!

I dobrze. Swoje zawsze smakuje lepiej.

Latem wyhodowała kilka niewyrośniętych ogórków i małe pomidory. Chodziła wokół nich jak agronom laureat. Charakterystyczne przez płot już nie zaglądała. Jak włoży trochę własnej pracy, cudze już nie kusi.

Wieczorem usłyszałem kiedyś, jak przegania sąsiedzkich chłopaków:

Marsz z grządek! To nie boisko! Tu praca i trud! Zaraz wszystko zniszczycie!

Spojrzałem na Wieśka, który rozpalał grilla, i uśmiechnęliśmy się.

Widzisz? powiedziałem. Ty chciałeś stawiać płot. Wychowanie pracą najlepsza metoda.

Jesienią, zamykając sezon, Ludwika podeszła do płotu. Przyniosła słój z mętną zalewą, w środku trzy ogórki, każdy innej wielkości.

Masz mruknęła, podając przez siatkę. Moje własne. Według przepisu z gazety.

Przyjąłem prezent jak kryształowe naczynie.

Dzięki, Ludka. Spróbujemy wieczorem. Ja ci dam na przyszły rok nasionka te, Bawole serce. Zasiewa się w lutym, pokażę jak.

Tylko jeśli nie żałujesz.

Dla kogoś, kto sam pracuje nie żal.

Staliśmy chwilę, patrząc na opadające liście. Tabliczkę z ostrzeżeniem dawno deszcze zmyły, ale granica wzajemnego szacunku została. I to lepsze niż najmocniejszy płot.

A pomidorów zamknąłem w słoikach rekord! Żaden się nie zmarnował.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − 14 =

Sąsiadka z działki uznała, że mój plon jest wspólny, ale szybko oduczyłam ją korzystania z cudzej pr…