— Mamo, co ty znowu sobie robisz? — zirytowana rzuciła Jadwiga, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. — Pomyśl tylko, nie przyjechali na twoje urodziny. Ludzie mają swoje sprawy.
— Jakie sprawy? — cicho zapytała Elżbieta Nowak, ściskając w ręce serwetkę. — Kasia obiecała przyjechać z dziećmi, Tomek też mówił, że się zwolni. A Marek w ogóle powiedział, że prezent już kupił.
— No i co z tego? — Jadwiga w końcu spojrzała na matkę. — Kasia siedzi z chorymi dziećmi, Tomek ma problemy w pracy, a Marek utknął w delegacji. Nikt specjalnie cię nie unika.
Elżbieta w milczeniu nakrywała stół w salonie. Piękny obrus, najlepsze talerze, które wyjmowała tylko na szczególne okazje. Siedemdziesiąt lat — czyż to nie wyjątkowy moment? Cały tydzień kupowała produkty, od rana przygotowywała ulubione potrawy dzieci. Śledź w śmietanie dla Kasi, ziemniaki z grzybami dla Tomka, tort „Wuzetkę” dla Marka.
— Jadziu, może jeszcze im zadzwonimy? — poprosiła. — Może zdążą?
— Mamo, daj spokój! — Jadwiga zerwała się od stołu. — Muszę już wracać. Witek sam z dziećmi, zmęczy się.
— Ale nawet nie zjedliśmy porządnie…
— Co tu jeść? Sałatki jakieś. W domu zjem normalnie.
Elżbieta patrzyła, jak najmłodsza córka zbiera torbę. Szybko, pospiesznie, jakby bała się czegoś ważnego nie zdążyć.
— Dobrze, mamo, nie smuć się. Następnym razem wszyscy się zjawią, zobaczysz.
Pocałunek w policzek, trzask drzwi. Elżbieta została sama przy stole nakrytym dla sześciu osób.
Długo siedziała, wpatrując się w puste talerze. W mieszkaniu panowała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara na ścianie. Tego samego, który podarował jej nieżyjący już mąż na trzydziestolecie. Ileż uroczystości obchodzili przy tym stole! Urodziny dzieci, Nowy Rok, koniec szkoły, śluby…
Elżbieta wstała i zaczęła sprzątać. Śledzia zapakowała do pojemnika — jutro zaniesie sąsiadce Hani. Ziemniaki schowała do lodówki. Tort pokroiła na kawałki i też schowała. Wyszło ich sporo.
Gdy wszystko było posprzątane, usiadła w ulubionym fotelu męża i wyciągnęła telefon. Na ekranie świeciły się nieprzeczytane wiadomości.
„Mamusiu, sto lat! Przepraszam, że nie przyjechałam. Dzieci chore, temperatura pod czterdzieści. Na pewno wpadnę w weekend. Całuję.” — od Kasi.
„Mamo, gratuluję! Kłopoty w pracy, mogą mnie zwolnić, nie mogę się rozpraszać. Prezent przekażę przez Jadwigę. Zdrowia życzę.” — Tomek, jak zwykle krótko.
„Mamulko, z okazji jubileuszu! Utknąłem we Wrocławiu, odwołali pociąg. Wynagrodzę przy spotkaniu. Kocham.” — Marek, najmłodszy.
Wszyscy przepraszają, wszyscy kochają, wszyscy na pewno przyjadą później. Elżbieta odłożyła telefon i zamknęła oczy. Zmęczenie spadło nagle, ciężkie i lepkie.
Następnego dnia obudził ją dzwonek do drzwi. Na progu stała sąsiadka Hania z bukietem chryzantem.
— Elu, sto lat, choć trochę spóźnione! — uśmiechnęła się. — Przepraszam, że wczoraj nie przyszłam, wnuk miał zawody.
— Dziękuję, Haniu — Elżbieta wzięła kwiaty. — Wpadniesz na herbatę?
— Jak tam impreza? Dzieci były?
Elżbieta nastawiła czajnik i milczała. Hania zrozumiała bez słów.
— Znowu się nie zjawiły?
— Sprawy mają — cicho odpowiedziała Elżbieta. — Praca, dzieci chore…
— Elu, a mówiłaś im, jak bardzo ci zależało?
— Po co? Nie maluchy już, same powinny rozumieć.
Hania pokręciła głową.
— Powinny, ale nie rozumieją. Moje też takie. Dopóki nie powiesz wprost, nie dociera.
Pili herbatę z resztkami tortu. Hania chwaliła, pytała o przepis, opowiadała o wnukach. Elżbieta słuchała i myślała, że z sąsiadką rozmawia jej się łatwiej niż z własnymi dziećmi.
— Elu, może zapiszemy się na jakiś kurs? — zaproponowała Hania. — Albo do klubu seniora. Są tańce, śpiewanie.
— Co ty, Haniu. Nie mam głowy do takich rzeczy.
— A do czego masz głowę? Dzieci dorosłe, żyją swoim życiem. Dlaczego ty nie masz żyć dla siebie?
Po wyjściu Hani Elżbieta długo myślała o jej słowach. Żyć dla siebie? A jak to? Całe życie żyła dla innych. Najpierw dla rodziców, potem dla męża, potem dla dzieci. Nawet po śmierci męża wciąż żyła dla nich. Pomagała z wnukami, gotowała, prała, gdy przynosili brudne rzeczy.
Wieczorem zadzwoniła Kasia.
— Mamo, co u ciebie? Jak było na urodzinach?
— Normalnie — odpowiedziała Elżbieta.
— Jadzia mówiła, że byłyście tylko we dwie. Przecież tłumaczyłam, u nas katastrofa. Bartek gorączkuje, Ola kaszle. Wzywaliśmy lekarza.
— Rozumiem, córeczko. Dzieci ważniejsze.
— Mamo, nie mów tak. Wiesz, że cię kocham. Tylko okoliczności się nie złożyły.
— Wiem.
— Słuchaj, a możesz w sobotę podjechać? Posiedzieć z dziećmi parę godzin? Muszę do lekarza, a z chorymi nie przyjmą.
Elżbieta milczała przez chwilę.
— Jasne, przyjadę.
— Dziękuję, mamo! Jesteś najlepsza!
Po rozmowie Elżbieta usiadła przy oknie i patrzyła na podwórko. Dzieci bawiły się w piaskownicy, matki gadały na ławkach. Zwykły wieczorny widok, ale dziś wydawał się jej obcy, niedostępny.
W sobotę pojechała do Kasi. Dzieci rzeczywiście były chore, choć już wracały do zdrowia. Bartek marudził, domagał się uwagi. Ola wieszała się na babci, prosiła, by jej poczytać.
— Babciu, a czemu nie przychodzisz do nas codziennie? — zapytała Ola, sadowiąc się na kolanach.
— A po co codziennie?
— No żebyśmy byli razem. Mama ciągle zajęta, tata w pracy. A z tobą fajnie.
Elżbieta mocniej przytuliła wnuczkę. Chociaż komuś była potrzebna.
Kasia wróciła po trzech godzinach.
— Mamo, wielkie dzięki! — wyglądała na zmęczoną.— A teraz już czas na moje życie — powiedziała Elżbieta, patrząc za okno na zachodzące słońce, czując w sercu spokój po raz pierwszy od wielu lat.



