Samotność nie nadaje koloru życiu

Nie ozdabia samotność życie

– Aniu, wpadnij dziś do knajpy, mam do ciebie sprawę rzucił przechodząc Zachar, gdy Ania wyszła z kiosku i on w pośpiechu zniknął za rogiem.

Ania spojrzała w jego kierunku, skinęła głową, ale on już zniknął za sklepem.

– Ten Zachar jakimś cudem zawsze patrzy na mnie poważnie myślała, krocząc wiejską ścieżką do domu.

Wieczorem miała w końcu przyjść do knajpy, ale nie mogła rozgryźć, o co chodzi jej Zacharowi. Werka zawsze krążyła wokół niego, nie pozwalając innym dziewczynom podchodzić. W wiosce wszyscy wiedzieli, że Werka przyczepia się do Zachara jak szalik do szyi. Ania widziała, jak Zachar unikał Werki, gdy ta zapraszała go do tańca w knajpie.

– Werka, odpuść słyszała Ania, a Werka tylko się roześmiała.

– Nigdzie nie uciekniesz, zakochasz się i wyjdziesz za mnie, i tak będziesz moja nuciła Werka.

– Gdyby chłopak tak mi mówił, to bym go od razu wystrzeliła w podłogę, bo to wstyd pomyślała Ania.

W knajpie serce Ani podskakiwało. Miała dziewiętnaście lat i przed sobą całą przyszłość, marzyła o ślubie z dobrym, życzliwym facetem i o dwojgu dzieci.

– Zachar to chyba porządnym chłopak, tylko starszy o sześć lat, ale jego spojrzenie daje mi dreszcze na plecach rozważała, patrząc w lustrze na nowe sukienki, które jej bardzo pasowały. Trzy razy już mnie odprowadzał do domu, a zachowywał się skromnie, nie wziął mnie za rękę, w przeciwieństwie do innych facetów, co od razu chcą przytulić i rozluźnić ręce.

Knajpa już gwarno pulsowała. Gdy Ania weszła, natychmiast spotkała spojrzenie Zachara, który wyczekiwał jej przyjścia i rzucił się w jej stronę. Szukała wzrokiem Werki, ale jej nie było pewnie przyjdzie później.

– Cześć, Aniu powiedział Zachar, prowadząc ją na środę sali. Tańczyli przy piosence Moja jasna gwiazdeczka.

Ania ledwo się rozglądała, a już wirują z Zacharem. Był, jak zawsze, poważny, ale od czasu do czasu pojawiała się mu uśmiechnięta kreska na ustach. Bliskość go sprawiała, że drżała, gdy mocno trzymał ją za talię. Tańczyli dalej, gdy w knajpie pojawiła się Werka, spoglądając złośliwie na parę, a Zachar nieprzerwanie zapraszał Anię do kolejnych tańców.

Gdy muzyka jeszcze nie ucichła, Zachar wyrwał się:

– Aniu, chodźmy na spacer.

– Chodźmy zgodziła się i wybiegli z knajpy, zostawiając Werkę w rytm muzyki.

Szli za wioską, ciszę przerywały jedynie świerszcze, a rzeka szumiała chłodnym nurtem. Czasem mgła snuła się po polanie. Zapach łąk kręcił jej głowę, nie odczuwała jednak zimna bo był przy niej Zachar.

– Aniu, nie będę kręcić się wokół rzekł nagle, patrząc w gwiazdy poślub mnie.

Zatrzymała się, nie spodziewając się takiego kroku, myślała, że może po prostu wyzna mi uczucia.

– Co, milczysz? dopytał Zachar.

– Och, Zacharze, nie spodziewałam się ale zgadzam się zaśmiała się cicho, a on objął ją i pocałował.

Ślub był wesoły, poślubili się z miłości, oboje szczęśliwi. Po weselu Ania wprowadziła się do domu męża, mieszkała z jego rodzicami. Nowa rodzina przyjęła ją serdecznie; choć słyszała straszne legendy o teściowych i synowych, i tak zbudowała z nimi dobre relacje.

Zawsze słuchała męża, bo był starszy, więc powinien przewodzić rodzinie. Nie obrażał Ani, wspierał ją w trudnych chwilach. Wkrótce urodził się syn, a Ania wpadła w wir macierzyńskich obowiązków. Teściowa pomagała przy wnuku, a nawet w nocy podnosiła go z kołyski, by uspokoić.

Po trzech latach przyszła córka, a dziadkowie rozpieszczali wnuki. Ania nie musiała zbytnio się męczyć zawsze przychodziła pomoc matki i teściowej.

– Aniu, zbudujemy dom powiedział kiedyś mąż, każdy mężczyzna powinien mieć własny dom. Ania się zgodziła, a on zabrał się do roboty.

Syn miał wtedy pięć lat, córka jeszcze małą, a Ania nie mogła powstrzymać radości z nowej wiadomości.

Od dawna marzyła o własnym domu, choć kochała wspólne życie z teściami. Bycie właścicielką własnego lokum wydawało się lepsze.

– W swoim domu zrobię wszystko po swojemu, tak jak lubię marzyła, dzieci będą mieć osobne pokoje, a my własną sypialnię. Mąż spełniał jej wszystkie życzenia.

W końcu dom powstał, przeprowadzili się do nowego gniazdka, a radość rozlewała się po wszystkich pokojach. Zachar bawił się z dziećmi jak mały chłopiec, a nawet przywiezli kotka, który teraz uciekał po domu.

– Aniu, może pomyślimy o trzecim dziecku? zasugerował Zachar.

– Można pomyśleć zaśmiała się, patrząc na rozległe wnętrza.

Los jednak miał inne plany. Zachar nagle padł z powodu niesprawnego serca. Po śniadaniu chwycił się za pierś, Ania pomogła mu usiąść na kanapie i pobiegła po lekarza. Gdy przyjechali, Zachar już nie żył.

Grief przysłonił Anię, a pytanie o to, jak żyć sama z dziećmi w nowym domu, wypełniło jej serce.

– Żyć muszę i cieszyć się, mimo że chcieliśmy jeszcze trzeciego dziecka płakała, nie mogąc znaleźć odpowiedzi. Dlaczego dobrzy mężczyźni tak szybko odchodzą? szlochała, zostając wdową z dwójką dzieci.

Na początku cierpiała dniami, płakała, wspominała Zachara. Musiała jednak iść dalej, podnosić dzieci.

– Nie ma już nikogo poza mną, muszę wytrzymać, nie poddawać się namawiała samą siebie.

Pracowała na dwa etaty, by dzieci niczego nie brakowało, a rodzice wciąż pomagały. Stopniowo odzyskiwała formę, wyglądała dobrze, pojawili się mężczyźni, którzy chcieli się z nią spotkać, ale nie myślała o tym, dopóki dzieci nie dorosną.

– A co, jeśli dziecko nie zaakceptuje obcego? Co, jeśli nie będzie ojcem? Co, jeśli go skrzywdzi? wirowało w głowie, więc została przy decyzji: poczekać.

Dzieci dorosły: syn ukończył studia, córka skończyła liceum, oboje założyli rodziny i Ania ma już dwóch wnucząt. Ma czterdzieści osiem lat. Czasem w weekendy przyjeżdżają dzieci i wnuki. Syn kiedyś powiedział:

– Mamo, wciąż jesteś piękna, nie musisz żyć sama znajdź normalnego faceta i wyjdź za mąż. Nie chcemy cię zostawiać, wiemy, że samotność nie ozdabia życia.

– Synku, i ja o tym myślałam, ale nie wiem, czy znajdę kogoś takiego jak Zachar. Mam już porównania, więc odmawiam mężczyznom. Jeden pije, drugi krzyczy, inny nie lubi pracować. A ja mam swój dom i pracę, że co dzień coś się psuje. Przynajmniej mam rękodzieło.

Pewnego dnia sąsiadka przedstawiła Ani znajomego z sąsiedniej wsi Grzegorza, wdowca z dorosłymi dziećmi. Grzegorz przyjechał samochodem, przynosząc domowe ciasto i butelkę wina, które, choć sąsiadka twierdziła, że Grzegorz nie pije, sam otworzył i nalał do kieliszków.

– O, jakieś wino! zachwycił się, pijąc jedną całą butelkę.

Ania uśmiechnęła się, ale nie podniosła kieliszka. Grzegorz, po kilku łykach, zaczął gadać:

– Wiesz, Aniu, zamieszkam u ciebie w domu. Mój dom jest duży, ale nie chcę go sprzedawać, bo to mój drugi dom. Może przeprowadzimy się razem?

– Grzegorzu, mam dzieci, a ten dom musi po nich. Zbudował go ich ojciec odpowiedziała.

– No to po co przychodzisz do mnie z pustymi rękami? zirytował się.

Ania wstała i odpowiedziała:

– Nie będzie z nami życie, Grzegorzu. Idź sobie do domu. Jesteśmy różni, nie dogadamy się.

– Co? Znam cię dopiero od dwóch godzin, a już mówisz nie dogadamy się? zapytał.

– A ja już wszystko wiem, nie potrzebuję nic więcej.

Wypuściła Grzegorza, zamknęła drzwi na klucz i westchnęła:

– W tym domu nie będzie już żadnego mężczyzny. Będę mieszkać sama. Niech będzie nudno, niech będzie trudny ogród, ale nie potrzebuję żadnych facetów.

– Ehh, Aniu, nie myśl o facetach, już nie ma takiego jak Zachar. Będę żyła sama dla dzieci i wnuków. Samotność nie ozdabia życia, ale i z kimkolwiek nie warto żyć, więc zostaje

Tak kończy się opowieść samotność nie ozdabia, ale życie toczy się dalej.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × pięć =

Samotność nie nadaje koloru życiu