Samotna sprzątaczka znalazła telefon w parku. Gdy go włączyła, długo nie mogła dojść do siebie.
Marta Włodzimierzówna wyszła do pracy wcześniej niż zwykle. W weekendy młodzież zawsze zostawia mnóstwo śmieci, więc kobieta przyszła o czwartej rano, żeby wszystko zdążyć. Jako sprzątaczka pracowała już wiele lat. Kiedyś jej życie wyglądało zupełnie inaczej.
Biorąc miotłę do ręki, Marta wspomniała swojego ukochanego syna, którego urodziła dla siebie w wieku 35 lat. Nie miała szczęścia do mężczyzn, więc postanowiła poświęcić się dziecku. Dusza w niej zamierała na widok swojego Krzysia. Chłopak był mądry, przystojny. Niepokoiło ją tylko to, że bardzo nie lubił mieszkać w tej dzielnicy.
Mamo, jak dorosnę, zostanę prawdziwym twardzielem! mawiał.
Oczywiście, synku, jakżeby inaczej? dodawała mu otuchy matka.
Gdy tylko skończył 16 lat, wyprowadził się do akademika przy technikum. Marcie Włodzimierzównie nie podobało się, że syn jest tak daleko, ale obiecał, że będzie częściej przyjeżdżać.
Na początku Krzysio rzeczywiście pojawiał się regularnie. Ale potem poznał dziewczynę i o rodzinnym domu wspominał coraz rzadziej. Aż wrócił pewnego dnia na zawsze, oznajmiając, że jest śmiertelnie chory. Marta nie mogła pojąć, dlaczego ona i syn dostali tak ciężką próbę.
Zebrała wszystkie siły, by z nim walczyć. Lekarz zasugerował leczenie w innej klinice, ale potrzebne były ogromne pieniądze.
Nie wahając się, zrozpaczona matka sprzedała mieszkanie. Pewnej nocy zadzwonił telefon.
Pani syna już nie ma! powiedział lekarz.
Marta Włodzimierzówna nie chciała żyć. Jej świat stracił sens bez ukochanego dziecka.
Pewnego ranka, jak zawsze, Marta poszła sprzątać podwórko.
Dzień dobry! przywitał się Szymon Kazimierz, wyprowadzając psa.
Dzień dobry! Tak wcześnie dzisiaj? odparła Marta.
W domu nudno. Spacer z psem i rozmowa z panią to lepszy plan! zaśmiał się mężczyzna.
Szymon Kazimierz był samotnym kawalerem. Marta trochę się krępowała jego uwagi.
No dobrze, pójdziemy dalej, nie będziemy pani przeszkadzać powiedział, ruszając z psem w drogę.
Marta zabrała się do pracy, ale nagle zauważyła coś na ławce. To był telefon. Rozejrzała się wokół nikogo. Wzięła urządzenie i włączyła je. Na ekranie pojawiły się zdjęcia. Ktoś najwyraźniej robił fotki i zapomniał telefonu. Gdy przyjrzała się bliżej, nagle wybuchnęła płaczem.
Synku! Mój Krzysiu! zaczęła łkać.
Nagle telefon zadzwonił. Marta była zdezorientowana, ale postanowiła odebrać.
Halo! Halo! To mój telefon, mogę go odebrać? rozległ się kobiecy głos.
Tak, oczywiście. Znalazłam go w parku na ławce. Proszę przyjść pod ten adres odpowiedziała Marta i podała lokalizację.
Dziewczyna przyjechała po telefon. Gdy drzwi się otworzyły, Marta zobaczyła za jej plecami chłopaka.
Powiedzcie mi, skąd u was zdjęcia mojego syna? zapytała.
Krzysia? zdziwiła się dziewczyna.
Chłopak wszedł do mieszkania.
Krzysiu! krzyknęła Marta Włodzimierzówna i zemdlała.
Chłopak rzucił się do niej:
Co się dzieje?
Chyba pomyliła cię z kimś. Trzeba wezwać karetkę odparła dziewczyna.
Po 15 minutach lekarze doprowadzili Martę do przytomności. Gdy odeszli, kobieta wreszcie dowiedziała się, skąd w telefonie były zdjęcia jej syna.
Marta, otrząsnąwszy się, spojrzała na dziewczynę.
Zna mnie pani? Jak do pani trafiły zdjęcia mojego Krzysia? spytała, ledwo powstrzymując emocje.
Nazywam się Kinga odparła dziewczyna. Kiedyś spotykałam się z pani synem. Ale zostawił mnie, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży westchnęła ciężko.
Zostawił? Jak to? Nigdy o pani nie wspominał zdziwiła się Marta.
Byliśmy razem kilka miesięcy. Gdy powiedziałam mu o dziecku, po prostu zniknął. Nie szukałam go. Myślałam, że się wystraszył odpowiedziała Kinga.
Nie, Kingu. Teraz rozumiem, co się stało. Mój syn ciężko zachorował. Nie chciał być ciężarem dla nikogo, nawet dla pani. Krzysia nie ma już wiele lat Marta znów nie powstrzymała łez.
Oczy Kingi rozszerzyły się.
Jak to nie ma go? spytała z niedowierzaniem.
Odszedł. Sprzedałam mieszkanie, by go ratować, ale nawet to nie pomogło. Nie zdążyliśmy głos Marty się załamał.
Kinga, przetrawiwszy słowa, westchnęła:
Teraz rozumiem. Chciał mnie chronić. Nie chciał dodawać mi więcej bólu
Potem skinęła na chłopca, który stał obok.
Krzysiu, chodź tu!
Chłopak podszedł.
Tak, mamo? zapytał.
Krzysiu, pamiętasz, jak mówiłam, że twój tata nas zostawił? Okazuje się, że to nieprawda. Był chory i odszedł, zanim się urodziłeś. A to twoja babcia powiedziała Kinga, wskazując na Martę.
Marta wzruszyła się. Jej spojrzenie zmiękło, gdy popatrzyła na wnuka.
Babciu nieśmiało powiedział Krzyś.
Synku, chodź tutaj Marta przytuliła chłopca.
Kinga się uśmiechnęła:
Może zamieszka pani z nami? Mamy dużo miejsca, a babcia na pewno się przyda!
Nie, Kingu. Przyzwyczaiłam się do swojej dzielnicy. Ale z przyjemnością was odwiedzę odparła Marta.
Wtem do drzwi zapukano.
Można? W progu stał Szymon Kazimierz z ogromnym bukietem róż. Podał go Marcie i rzekł:
Dla pani, Marto Włodzimierzówno. Spacer?
Oczywiście uśmiechnęła się kobieta.
Z kuchni wyglądnęli Kinga i Krzyś.
A nas zabierzesz? zapytali jednocześnie.
Jeśli będziecie grzeczni zażartował Szymon Kazimierz.
Dwa miesiące później Marta Włodzimierzówna została prawowitą żoną Szymona Kazimierza. Jego pies, Rycerz, szczególnie ucieszył się z nowych członków rodziny. Często biegał z Krzys



