Sam to sobie jakoś załatw

Dzisiaj znów miałam tę rozmowę z mamą w głowie. Jakbym słyszała jej słowa wciąż i wciąż…

Nie, Elżbieto, na mnie nie licz. Wyszłaś za mąż teraz twój mąż niech się tobą zajmuje, nie ja. Nie potrzebuję obcych ludzi w moim domu powiedziała stanowczo Halina.

Elżbieta ścisnęła telefon mocniej, czując, jak gardło ściska jej gula. Nie spodziewała się takiego odrzucenia.

Mamo… Przecież on nie jest obcy. To mój mąż, twój zięć. Nie prosimy, żebyś kupiła nam mieszkanie, tylko żebyśmy mogli u ciebie trochę pomieszkać, zanim uzbieramy na wkład własny.

Usłyszała krótki, szyderczy śmiech.

Wiem, jak to bywa. Wpuścisz na chwilę, a potem nie wyrzucisz. Najpierw wkład własny, potem remont, a później coś jeszcze. A ja spokoju nie zaznam. Nie, Elżbieto, nie gniewaj się, ale ja z twoim ojcem wszystko robiliśmy sami, nikogo nie obciążając. Wy też dajcie sobie radę jakoś sami.

Mamo, jakie sami? nie poddawała się Elżbieta. Przecież wiesz, że oboje pracujemy, oszczędzamy na wszystkim. Prawie wszystkie pieniądze idą na czynsz. W takich warunkach, z tymi cenami, uzbieramy może na karton po lodówce.

A komu teraz łatwo? głos matki stał się rozdrażniony. Ja z twoim ojcem ani dnia nie mieszkałam u rodziców. Sami przez to przeszliśmy i nikomu się nie żaliliśmy.

Sami, sami… Mamo, tylko nie opowiadaj mi tego. Ja przecież pamiętam! Pamiętam, jak babcia wam pomogła.

Nie porównuj, to co innego. Babcia pomogła, bo chciała i mogła. My niczego nie prosiliśmy. Ja to mieszkanie uczciwie wywalczyłam z twoim…

A ja nie prosiłam, żebyś mnie rodziła w nicość wyrzuciła z siebie Elżbieta i rozłączyła się.

W środku wszystko w niej burzyło się z gniewu. Może mama miała prawo odmówić, ale sposób, w jaki to zrobiła… Jakby sama zbudowała całe imperium, a Elżbieta, taka niegodziwica, próbowała wjechać do raju na cudzym grzbiecie. A przecież tak nie było.

…Kiedy Halina dowiedziała się o ciąży, nawet nie była zamężna. Andrzej, ojciec Elżbiety, był lekkoduchem, jeszcze się nie wyszalał i nie szukał dodatkowej odpowiedzialności. Jego matka była taka sama, dawno rozwiedziona i w wiecznych poszukiwaniach szczęścia. Więc Halina zwróciła się o pomoc do Wandy Stefanowej babci Andrzeja.

Wanda Stefanowa, gdy usłyszała o sytuacji Haliny, aż się rozpłakała z radości, mocno ją przytuliła i obiecała, że we wszystkim pomoże.

Ty, wnuczko, nawet nie myśl, tylko rodź. A ja już z Andrzejem pogadam zapewniała. I skoro tak wyszło, to chyba domek wam przepiszę. Do córki się przeniosę. I tak już ciężko mi samej, a Agnieszce pomoc w domu się przyda. A wy będziecie mieli gdzie dziecko wychowywać.

Wanda Stefanowa, co pani mówi? Halina nie wierzyła własnym uszom. Toż to cały dom, nie pudełko od zapałek!

Ja go przecież na tamten świat nie zabiorę. Ja szczęśliwa nie byłam, to niech ty będziesz westchnęła kobieta.

Wanda Stefanowa dotrzymała słowa, a nawet zrobiła więcej. Darowiznę spisała na Halinę, wiedząc, że wnuk to nie najlepszy materiał na męża. Halina potem wymieniła dom na dwupokojowe mieszkanie.

Z narodzinami Elżbiety nic się nie zmieniło. Andrzej wciąż imprezował i zdradzał, a jego wkład w rodzinne życie ograniczał się do pensji. I to nie zawsze często nie doniósł jej do domu.

Halina wszystko wiedziała, ale postanowiła znosić. Narzekała, czasem nawet płakała, ale męża nie wyrzuciła.

Dzieciom zawsze lepiej w pełnej rodzinie mówiła swojej matce, gdy ta sugerowała rozwód. Jak Elżbieta skończy osiemnaście lat, wtedy odejdę.

Tymczasem Elżbieta miała zupełnie inne zdanie. Wolałaby żyć z samotną matką i szybciej dorosnąć, niż być wiecznym pocieszycielem czyichś łez, ciągle słuchać kłótni i rozdzielać rodziców.

Halina jakoś dotrwała do osiemnastki Elżbiety i, jak chciała, wzięła na rozwód. Córka już się ucieszyła, ale na próżno.

Elżbieto, zostałyśmy same. Obie jesteśmy dorosłe, więc i radźmy sobie razem oznajmiła jej matka. W tym miesiącu jeszcze odpocznij, a od następnego czynsz i jedzenie na pół.

Elżbieta wtedy studiowała dziennie, więc przeraziła się. Tak, dostawała stypendium. Ale to były grosze, których nie starczyłoby nawet na chleb. Matka przyzwyczaiła się do pełnowartościowych posiłków z mięsem, rybą i warzywami. Elżbieta próbowała dogadać się o osobne półki w lodówce, ale to nie miało sensu.

Żadna dorywcza praca nie dawała tyle, ile musiała oddawać matce co miesiąc. Więc musiała znaleźć stałą.

Po pół roku Elżbieta rzuciła studia. Tak, mogła przenieść się na zaoczne, ale doskonale wiedziała: nawet tam trzeba by poświęcać czas nauce, a go nie miała. I który pracodawca chciałby zatrudniać studentkę?

Ta decyzja odbija się jej czkawką do dziś. Gdziekolwiek się zgłasza prawie wszędzie wybierają kandydatów z dyplomami. Nawet jeśli szukają zwykłych pakowaczy.

Najpierw obwiniała siebie, ale potem, rozmawiając z rówieśnikami, zrozumiała: po prostu nie dano jej startu w życiu.

Matka zareagowała na wiadomość o rezygnacji ze studiów spokojnie.

Znaczy, nie twoje krótko stwierdziła.

Od tamtej pory żyły jak sąsiedzi. Bez awantur, ale i bez ciepła.

Minęło dziesięć lat. Elżbieta wyszła za mąż. Razem z Mariuszem wynajmowali kawalerkę na obrzeżach. On pracował jako elektryk. Zawód ważny, ale płacili mu grosze. Trochę dorabiał, ale te pieniądze szły na buty, leczenie zębów albo zalepianie dziur w budżecie. Coś dało się odłożyć, ale…

Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy oszczędzać z dwanaście lat, nie mniej westchnął Mariusz, patrząc w ekran telefonu.

Wtedy Elżbieta uznała, że trzeba porozmawiać z matką. Ta miała dwupokojowe mieszkanie z wolnym pokojem.

Ale, jak się okaza

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × jeden =

Sam to sobie jakoś załatw