Jacek wyszedł na ganek rodzinnego domu, wciągnął ciepłe wieczorne powietrze wsi i przysiadł na starej ławce, która zatmokła pod nim, tak samo jak w dzieciństwie. Po chwili do domu podszedł nieśpiesznie Krzysiek. Był to ten sam przyjaciel, z którym Jacek dorastał ramię w ramię, ale wiele lat temu coś poszło nie tak…
– No i jak tam życie? – zapytał Krzysiek, klepiąc Jacka po ramieniu po męsku.
– W sumie nieźle – skinął tamten. – Pracuję, kupiłem mieszkanie w mieście.
– Spoko – przytaknął Krzysiek. – Zawsze byłeś mądry. Nie tak jak ja…
– Oj, daj spokój! – zaśmiał się Jacek. – Rodzice mi opowiadali, że masz teraz najładniejszy dom w całej wsi. Podobno sąsiedzi biorą z ciebie przykład.
– Tobie też nieźle – mieszkanie to żadna lipa. Kupiłeś nie gorzej niż ja wybudowałem.
Rozśmiali się. A potem – jakby z przyzwyczajenia – poszli do domu Krzysztofa. Wyciągnęli chleb, jajka, kiełbasę. Postawili butelkę bimberu. Wypili po kieliszku, obaj skrzywili się – rzadko piją.
I nagle Krzysiek powiedział:
– Słuchaj… A Wiola… Wiesz?
Jacek zaniemówił:
– Co?
– Wyszła za mąż. Za jednego… Z sąsiedniej wsi. Teraz uczy w naszej szkole.
– Wiola? – powtórzył Jacek i coś ścisnęło go w piersi. – Nie wiedziałem…
– Ja też nie od razu uwierzyłem. Myślałem, że przestanie… Ale trzy dni na traktorze siedziałem – i nic. Rozumiesz?
Nalał znowu. Wypili, a potem siedzieli w milczeniu, wpatrując się w swoje kubki herbaty.
Nagle obaj podnieśli wzrok i wybuchnęli głośnym śmiechem – takim jak za dzieciaka. Do łez, do czkawki.
– No i masz – otarł łzy Krzysiek. – Tyle lat przez nią… A tu taka niespodzianka.
– No – kiwnął głową Jacek. – Turniej sobie urządziliśmy. Kto lepszy, kto wytrwalszy, kto głośniejszy. A ona – hop, i zniknęła z kimś innym.
– Mądra była – niespodziewanie stwierdził Krzysiek. – Wybrała po swojemu. A my się staraliśmy…
– No właśnie – zamyślił się Jacek. – Ale w sumie nie na darmo. Ty dom postawiłeś, ja na oddziale w szpitalu kieruję. Oboje coś znaczymy.
– Właśnie! – ożywił się Krzysiek. – Mamy po dwadzieścia dziewięć lat. Życie dopiero się zaczyna!
– Ale to ty pierwszy zacząłeś – przypomniał Jacek.
– Może. Ale ty podkręciłeś. Chytra sztuka.
– Więc byłem równie głupi. Obaj byliśmy – uśmiechnął się Jacek.
– Pamiętasz, jak po szkole siedziała na tej ławce i patrzyła na nas obu tak samo? Ani tobie, ani mnie – nikomu.
Znowu zamilkli. Wspominali.
Z Krzysiem Jacek znał się od urodzenia – przyszli na świat niemal tego samego dnia. Dorastali razem, mieszkali przez płot. Grali w piłkę, chodzili do jednej szkoły, siedzieli w jednej ławce. Do ósmej klasy byli nierozłączni.
A potem w klasie pojawiła się Wiola.
Wyrosła nagle. Z rozczochranej dziewczynki na rowerze stała się smukłą dziewczyną z długim, jasnym warkoczem. I wszystko się zmieniło. Przyjaciele stali się rywalami.
Krzysiek ciągnął do techniki, majstrował przy tacie w warsztacie. Jacek – do książek i zwierzę**”A za oknem pierwsze gwiazdy już migotały, jakby przypominając im, że przeszłość minęła, ale przyjaźń – ta prawdziwa – zostaje na zawsze.”**



