**Rywalizacja dzieciństwa: historia jednej Wandy**
Mateusz wyszedł na ganek rodzinnego domu, wciągnął ciepłe wieczorne powietrze wsi i przysiadł na starej ławce, która skrzypiała pod nim tak samo jak w dzieciństwie. Po chwili do domu powolnym krokiem podszedł Kacper. To był ten sam przyjaciel, z którym Mateusz dorastał ramię w ramię, ale wiele lat temu coś poszło nie tak…
– No i jak tam życie? – zapytał Kacper, klepiąc Mateusza po ramieniu w typowo męskim geście.
– Jakoś leci – skinął głową Mateusz. – Pracuję, kupiłem mieszkanie w mieście.
– Nieźle – pochwalił Kacper. – Zawsze byłeś bystrzejszy. Nie tak jak ja…
– Daj spokój! – zaśmiał się Mateusz. – Rodzice mi opowiadali, że masz teraz najlepszy dom w okolicy. Podobno sąsiedzi biorą z ciebie przykład.
– Tobie też nieźle idzie – przecież masz własne cztery kąty. Kupiłeś, ja wybudowałem, ale efekt podobny.
Roześmiali się. Potem, jakby z przyzwyczajenia, poszli do domu Kacpra. Wyjęli chleb, jajka, kiełbasę. Postawili butelkę domowej nalewki. Wypili po kieliszku, obaj skrzywili się – rzadko piją.
Wtedy nagle Kacper powiedział:
– Słuchaj… Wanda… Wiesz coś?
Mateusz spoważniał:
– Co?
– Wyszła za mąż. Za jakiegoś… z sąsiedniej wsi. Teraz uczy w naszej szkole.
– Wanda? – powtórzył Mateusz, a w piersi coś go ścisnęło. – Nie miałem pojęcia…
– Ja też nie wierzyłem. Myślałem, że minie… Ale trzy dni harowałem w polu – i dalej bolało. Rozumiesz?
Nalał znowu. Wypili, a potem siedzieli w ciszy, wpatrzeni w swoje kubki z herbatą.
Nagle obaj podnieśli wzrok i wybuchnęli śmiechem – takim samym jak za dzieciaka. Do łez, do bólu brzucha.
– No i proszę – otarł łzę Kacper. – Tyle lat przez nią… A tu taki obrót spraw.
– No – przytaknął Mateusz. – Urządziliśmy turniej. Kto lepszy, kto wytrwa dłużej, kto głośniej się chwali. A ona – hop, i zniknęła w siną dal z kimś innym.
– Mądra dziewczyna – niespodziewanie stwierdził Kacper. – Wybrała po swojemu. A my się staraliśmy…
– No właśnie – zamyślił się Mateusz. – Ale w sumie nie na darmo. Ty dom postawiłeś, ja w szpitalu oddział prowadzę. Oboje coś w życiu osiągnęliśmy.
– Właśnie o to chodzi! – ożywił się Kacper. – Mamy po dwadzieścia dziewięć lat. Dopiero zaczynamy!
– A pamiętasz, że to ty pierwszy zacząłeś? – przypomniał Mateusz.
– Może i tak. Ale ty podtrzymałeś. Spryciarz z ciebie.
– Więc byłem równie głupi. Obaj byliśmy – uśmiechnął się Mateusz.
– A pamiętasz, jak po lekcjach siedziała na tej ławce i patrzyła na nas tak samo? Ani tobie, ani mnie – nikomu.
Znowu zamilkli. Wspominali.
Z Kacprem Mateusz znał się od kołyski – urodzili się niemal tego samego dnia. Dorastali obok siebie, żyli przez płot. Razem się bawili, w jednej szkole się uczyli, w jednej ławce siedzieli. Do ósmej klasy byli nierozłączni.
A potem w klasie pojawiła się Wanda.
Wyrosła nagle w ciągu jednego lata. Z dziewczyny na rowerze stała się smukłą panną z długim, jasnym warkoczem. I wszystko się zmieniło. Przyjaciele stali się rywalami.
Kacper ciągnął do techniki, majsterkował przy traktorze. Mateusz – do książek i zwierząt. Jeden szedł w pole, drugi do laboratorium.
A Wanda patrzyła na obu tym spojrzeniem, od którego serce waliło jak oszalałe.
Po szkole Mateusz wyjechał na studia do miasta, a Kacper dołączył do ekipy budowlanej. Wanda zaczęła zaocznie i pojawiała się raz u jednego, raz u drugiego. Przynosiła wieści: kto więcej zarobił, kto dostał podwyżkę stypendium. Ale z nikim nie związała się na dobre.
Nawet wojsko nie pogodziło przyjaciół. Stali się mężczyznami, każdy na swojej drodze. Kacper wybudował dom, kupił pierwszą we wsi terenówkę. Mateusz został lekarzem, obronił doktorat. Ale mimo wszystko – obaj byli kawalerami. Obaj – wciąż samotni. Wciąż mieli w sercu tamtą dziewczynę z warkoczem.
I oto teraz siedzą w kuchni, zmęczeni, z oczami przyciemnionymi przez czas – i śmieją się. Gorzko, ale i lekko.
– Wiesz co? To lepiej, że wyszła za mąż – powiedział w końcu Mateusz. – Szczerze. Może on naprawdę ją kocha.
– Może… – cicho odparł Kacper. – Oby. Bo inaczej… To byłoby stracone.
Zamilkli. Po chwili Kacper uderzył dłonią w stół:
– Wiesz co? Wypijmy. Za nią. Za nas. Za to, że życie idzie dalej.
– Jasne – uśmiechnął się Mateusz. – Za to, że wciąż jesteśmy obok. I nie jesteśmy wrogami.
Kacper nalał po ostatniej.
– Za Wandę.
– Za Wandę.
Szkół zadźwięczało. A za oknem wieczór przeradzał się w noc. Nad starą ławką pochylały się dwa cienie – już nie chłopcy, ale jeszcze nie starcy. Po prostu dwóch ludzi, których życie raz zetknęło i już nie rozdzieliło.
A Wanda? Cóż… Niech będzie szczęśliwa. Zasługuje na to.



