Rozwód odwołany

**Rozwodu nie będzie**

Do pięćdziesiątki Witold miał ledwie kilka siwych włosów, ale diabła w żebrach czuł na całego. A wszystko przez nią – przez Zuzannę. Spotkał ją przypadkiem, gdy wpadł na uczelnię, gdzie wykładał jego dawny kolega. Sprawa była błaha, a skutki – brzemienne w skutkach.

Stała przy oknie, złociste włosy połyskujące w słońcu. Jasnozielone oczy, smukła sylwetka, tchnąca życiem i buntem… On, mężczyzna, który dawno przestał być chłopcem, nagle poczuł się znów młody. Wydawała mu się ucieleśnieniem marzeń – wróżką, syreną, nimfą. W rzeczywistości była po prostu ładną studentką, ale do Witolda ta świadomość dotarła znacznie później. Wtedy był tylko oczarowany.

Takiej namiętności nie czuł nawet do swojej żony, Elżbiety, w pierwszych latach małżeństwa. Mieli za sobą trzydzieści lat związku, dwoje dzieci, wspólną historię, dom, zrozumienie i rzadkie kłótnie. Wszystko bezpowrotnie zniknęło z jego głowy, gdy tylko spojrzał na Zuzannę.

Ona zresztą nie opierała się zalotom poważnego adoratora. Wręcz przeciwnie – zachęcała go. Dla niej był szansą. Wychowana w skromnej rodzinie, ledwo dostawszy się na studia, marzyła o pozostaniu w dużym mieście. A Witold był dla niej bramą do tego świata.

— Przecież to staruch! — mówiła jej współlokatorka, Kinga. — Oszalałaś? Dasz z nim radę żyć?

— Gdzie tam staruch — machnęła ręką Zuzanna. — Żywy, z pieniędzmi, zakochany po uszy. Zobaczysz, niedługo się oświadczy.

Witold zakochał się na serio. Był czuły, hojny, uważny. Ale ani razu – ani słowem – nie wspomniał o rozwodzie. Zuzanna czekała, liczyła. Jej plan był prosty: dzieci Witolda dawno się usamodzielniły, żona zdrowa, żyją spokojnie. A on – ma pieniądze. Wszystko zmierzało ku ślubowi. Ale Witold nagle zaczął się męczyć. Okazało się, że tempo młodej kochanki to nie to samo, co rytm dojrzałego mężczyzny. Wolałby widywać się raz w tygodniu, i to w hotelu, a resztę czasu spędzać w domu, gdzie czekały wygodny fotel, żurek i ukochana Elżbieta.

Zuzanna zaczęła naciskać:

— Dlaczego nie możemy zamieszkać razem? Przecież masz jeszcze mieszkanie!

— Tam są lokatorzy — skłamał. W rzeczywistości mieszkanie stało puste, on z Elżbietą planowali remont. Ale na urządzanie tam gniazdka dla kochanki nie miał zamiaru.

— To wynajmij nowe! Przecież jesteś mężczyzną!

Kłótni przybywało. Aż w końcu stało się.

— Jestem w ciąży, Leszku — oznajmiła Zuzanna (tak, właśnie tak go nazywała). — Cieszysz się?

Witold zdrętwiał. Właśnie wrócił z delegacji wcześniej, by zerwać z nią. A tu nagle – dziecko.

— Mówiłaś, że się zabezpieczasz…

— To nie jest w stu procentach! A myślałam, że się ucieszysz…

Nie ucieszył się. Był w szoku. Ale został. Dziecko się urodziło – chłopiec, Staś. Witold pomagał: pieniędzmi, uwagą, odwiedzał. Ale Zuzanna chciała więcej.

— Mam dość bycia w cieniu! Albo mówisz żonie, albo ja to zrobię!

Nie zdążył podjąć decyzji – Zuzanna wzięła sprawy w swoje ręce. Po kilku dniach żona powitała go słowami:

— Wychodzi na to, że masz dziecko i zamierzasz się ożenić? To prawda?

— Elu, to nie tak… Wytłumaczę ci…

— Od razu ci powiem: rozwodu nie będzie — odpowiedziała spokojnie, ale stanowczo. — Nie po to budowaliśmy rodzinę trzydzieści lat, żeby teraz wszystko rujnować przez jakąś studentkę.

Witold poczuł ulgę. Nie dlatego, że uniknął rozstania, ale dlatego, że usłyszał – ona nadal chce ratować ich związek.

— Kocham cię, Elżbieto. Wybacz mi. To było szaleństwo, sam nie wiem, co we mnie wstąpiło…

— Ale dziecko jest niewinne — dodała. — Zabierzemy je do nas. A z tą jedną – kończysz na zawsze. Wtedy ci wybaczę. W całej pełni.

Witold nie wierzył własnym uszom. Ale żona, jak zwykle, miała wszystko przemyślane. Zuzanna, zmęczona macierzyństwem, bez pomocy, bez wsparcia, chętnie oddała syna, gdy on zaproponował rozwiązanie:

— Chcę, żeby Staś został z nami. Będziesz mogła wrócić na studia, do normalnego życia. My się nim zajmiemy.

— Świetnie — odparła obojętnie. — Tylko później nie rościsz sobie żadnych pretensji.

Szybko załatwili formalności – ojciec uznany, matka nie sprzeciwiała się. Staś zamieszkał z nimi. Elżbieta troszczyła się o niego, ale z dystansem. Witold wierzył, że czas wszystko uleczy. Minął rok.

I nagle – jak grom z jasnego niebu.

— Rozwodzę się z tobą — oświadczyła Elżbieta po powrocie z delegacji. — Poznałam kogoś. I zrozumiałam, że tylko z nim mogę być szczęśliwa.

— Jak to kogoś?

— Grzegorza. Mieszka w innym mieście, ale przeprowadza się do mnie. Ty zostajesz z mieszkaniem. Wszystko sprawiedliwie.

— Ale przecież mówiłaś…

— Wtedy wierzyłam. Ale miłości nie da się nakazać. Wybacz.

Odeszła. Zostawiając mu Stasia i przeszłość. Próbował wrócić do Zuzanny, ale ta tylko się zaśmiała:

— Dostałeś swoje, Leszku. A ja – wolność. Teraz żyj, jak chcesz. Niedługo wychodzę za mąż.

Został sam. Z synem, którego już pokochał. Bez żony, bez kochanki, ale z cichym przekonaniem, że może to właśnie jest sprawiedliwość.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × dwa =

Rozwód odwołany