Różowy szalik
Weronika pochowała męża dwa lata temu. Był od niej starszy o siedemnaście lat. Gdy się poznali, miała dwadzieścia dziewięć lat.
Nigdy nie cieszyła się zainteresowaniem chłopaków. Skromna, domowa, unikała klubów i hałaśliwych imprez. W szkole i na studiach koledzy traktowali ją jak kumpla, prosząc o ściągawki lub notatki. Spotykali się za to z pięknymi, żywiołowymi dziewczynami, które nie przejmowały się konwenansami.
Z Krzysztofem Weronika spotkała się na ulicy. Był ciepły maj, kwitły bzy, a młode liście cieszyły oczy. Wszystko zalewało łagodne, wiosenne słońce.
Postanowiła wrócić do domu pieszo. Szła, rozkoszując się pogodą, mrużąc oczy w słońcu i uśmiechając się bez powodu do przechodniów.
Wtedy zobaczyła go – wysokiego, przystojnego mężczyznę w rozpiętym czarnym płaszczu. Gdy się minęli, uśmiechnął się i powiedział:
– Piękna pogoda. Jakby lato. A ja w płaszczu. – Miał przyjemny, niski głos.
– To go pan zdejmie – odparła Weronika.
Natychmiast zdjął płaszcz i przerzucił go przez rękę. Dziwnie jakoś nie odeszła, stała jak zahipnotyzowana.
– No i faktycznie, lepiej. A może lody? – Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę budki z lodami. Weronika chciała odejść, ale uznała, że to nietakt.
Wrócił z lodami waniliowymi w waflowym kubku.
– Och, moje ulubione – zdziwiła się Weronika. – Skąd pan wiedział?
– Też je uwielbiam – odparł.
Szli razem, jedząc lody i rozmawiając o wszystkim. Weronika wróciła do domu później niż zwykle. I jeszcze odmówiła kolacji. Najedzona lodami.
– A czemu ci tak oczy świecą? – spytała matka, mrużąc oczy.
– Nic mi nie świeci – odparła Weronika, rumieniąc się bez powodu.
Następnego dnia Krzysztof zadzwonił i zaprosił ją na spacer.
– Na dworze pada. Wiesz o tym? Nie wzięłam parasolki – powiedziała rozczarowana.
– To pójdziemy do kina. Gdzie pracujesz? Podjadę po ciebie.
W drodze do kina Weronika dowiedziała się, że jego żona zmarła rok wcześniej. Miała wadę serca, lekarze zabronili jej rodzić dzieci.
– Bardzo ją kochałem, brak dzieci nie był problemem. Otaczałem ją troską, dbałem o każdy drobiazg. Po jej śmierci ledwo wróciłem do siebie. Myślałem, że tak już zostanie. A potem zobaczyłem ciebie… Rozumiesz, Weroniczko…
– Weronika – poprawiła go.
– Rozumiesz, przypomniałaś mi ją. Nie wyglądem. Masz taki sam czysty wzrok jak źródło. Nie jesteś zepsuta przez dzisiejsze czasy. To teraz rzadkość.
Następnego dnia, gdy wróciła z pracy, Krzysztof pił z jej matką herbatę w kuchni. Na stole stał bukiet róż.
– Córeczko, pijemy z Krzysztofem herbatę – powiedziała matka słodkim głosem, rzucając córce wymowne spojrzenie: „Nie bądź głupia”.
Krzysztof był miłym mężczyzną. Elegancko się ubierał, a siwizna dodawała mu uroku. Matce też się spodobał. Do arystokratycznej aparycji dołożył mieszkanie, samochód i dobrze płatną posadę. Brak dzieci też uznała za zaletę. Nie trzeba będzie zabiegać o względy cudzych potomków. Przecież córka może urodzić swoje.
– Mamo, znam go tydzień, a ty już planujesz przyszłość – oburzyła się Weronika. – Owszem, sympatyczny, ale go nie kocham.
– Nie ma miłości, nie będzie rozczarowania. Małżeństwa z rozsądku są najtrwalsze. Z nim będziesz jak w raju. Nie jesteś już dzieckiem, żeby marzyć o uczuciu. To porządny, godny zaufania mężczyzna.
Wychodząc, Krzysztof poprosił, by go odprowadziła do samochodu.
– Jutro zapraszam was z matką do mnie. Zobaczysz, jak żyję. Weronika, mówię od razu. Jeśli chcesz dzieci, zrozumiem. Ale dla mnie to za późno. W moim wieku nie dam rady nie spać po nocach i martwić się o niemowlę.
Powiedział szczerze. Weronika więcej nie poruszała tematu.
Z nim czuła się bezpiecznie. Koleżanki zazdrościły. Młodzi mężowie często wychodzą, a jej mąż przywoził i odwoził ją z pracy. Matka uważała, że córka wygrała los na loterii. Tak, chciałaby wnuków. Ale cóż – nie wszystko może być idealne.
Żyła spokojnie, bez żalu za wyborem. Łączyło ich zaufanie, szacunek i stabilność – ważne w małżeństwie.
Pewnego dnia mąż wrócił z pracy, zjadł kolację i położył się odpocząć. Weronika starała się nie hałasować. Gdy zrozumiała, że coś jest nie tak, było już za późno – nie żył.
Byli razem trzy lata. Weronika szczerze opłakiwała męża.
Po jego śmierci żyła rutyną. Matka namawiała ją, by coś zmieniła, ale to tylko ją irytowało. Urodzić dla siebie? Ale z kim, na litość boską?
Krzysztof nie lubił, gdy się mocno malowała albo nosiła jaskrawe ubrania.
– Po co? Jesteś mężatką. Kobiety się malują, gdy chcą zwrócić uwagę mężczyzn.
Weronika schowała dawne ubrania głęboko w szafie. Ubierała się skromnie, włosy związane w koczek. Wyglądała starzej niż była.
Pod koniec kwietnia zrobiła się majowa aura. Drzewa pokryły się liśćmi, ptaki śpiewały o poranku. Słońce topiło nawet najtwardsze lody – także te w sercu.
Zbierając się do pracy, Weronika zauważyła różowy szalik z dawnych czasów. Skąd się wziął między tymi nudnymi sukienkami? Zawiązała go na szyi.
W godzinach szczytu w autobusach tłok. Weronika zaczęła przeciskać się do wyjścia. Nagle poczuła, że szalik zaczepił się o coś i zacisnął na szyi. Ludzie z tyłu napierali, szarpnęła się, ale tylko się zacisnął. Zaczęła iść pod prąd, ku wyjściu. Popychali ją, przeklinali. Wtedy zobaczyła, że szalik zaczepił się o torbę jakiegoś chłopaka. Szarpnął nim, próbując uwolnić zamek.
– Ostrożnie, pan go rozerwie – powiedziała zirytowana.
Tymczasem drzwi się zamknęły, autobus odjechał.
– No i proszę, przez pana przejechałam swój przystanek –Weronika spojrzała na mężczyznę i nagle uśmiechnęła się, bo w jego oczach zobaczyła to samo, co kiedyś w spojrzeniu Krzysztofa – odrobinę nadziei.



