Rodzinne spotkanie w sobotę

Sobota z rodziną

„Tylko nie zaczynaj mi znów o diecie!” – zawołała rozdrażniona Kasia, wymachując widelcem z kawałkiem sernika. „I tak wiem, że jestem gruba!”

„Kasieńko, kto ci coś takiego powiedział?” – próbowała ją uspokoić siostra, Weronika. „Ludwika tylko chciała podzielić się przepisem…”

„A ja nie prosiłam!” – przerwała Kasia. „Mam już dość! Co weekend to samo – albo figura nie taka, albo fryzura niemodna, albo mąż do niczego!”

Ludwika Stanisławowa westchnęła ciężko i odstawiła filiżankę herbaty. Sobotnie rodzinne spotkania w jej domu zamieniały się w prawdziwą próbę cierpliwości. Zebrały się wszystkie trzy córki z rodzinami, wnuki szalały po mieszkaniu, a dorośli, zamiast normalnie porozmawiać, rozpętali kolejną awanturę.

„Dziewczynki, może już dajcie spokój” – powiedziała zmęczona. „Sąsiedzi usłyszą.”

„Niech słyszą!” – nie ustępowała Kasia. „Może wtedy zrozumieją, jaką mam wspaniałą rodzinę!”

Krystyna, najstarsza z sióstr, zacięła usta i demonstratywnie odsunęła talerz.

„Próbujemy ci pomóc” – wyrzekła lodowatym tonem. „Ale skoro nie chcesz…”

„Nie chcę waszych rad! Żyję, jak żyję, i jest mi z tym dobrze!”

Ludwika Stanisławowa spojrzała na córki i po raz kolejny pomyślała, jak bardzo się od siebie różnią. Krystyna w swoich pięćdziesiątkach – surowa, zadbana, zawsze elegancka, nawet w domu u matki. Pracuje jako księgowa w dużej firmie, żona inżyniera, syn studiuje na politechnice. Wzorcowa rodzina, przynajmniej na zewnątrz.

Weronika, średnia, czterdzieści lat, łagodna, ustępliwa. Zawsze stara się wszystkich pogodzić, dogodzić każdemu. Pracuje jako przedszkolanka, mąż jest hydraulikiem, mają dwójkę dzieci w podstawówce. Żyją skromnie, ale w zgodzie.

A Kasia, najmłodsza, trzydzieści sześć lat, ale zachowuje się jak nastolatka. Wiecznie niezadowolona, wiecznie z kimś się kłóci. Wyszła za mąż późno, w trzydziestym drugim roku życia, urodziła córkę, a teraz ciągle narzeka na życie.

„Babciu, a gdzie są zdjęcia dziadka?” – zapytał Tomek, syn Krystyny, zaglądając do salonu. „Chcę pokazać Krzysiowi.”

„W dużym albumie na półce” – odpowiedziała Ludwika Stanisławowa. „Tylko uważaj, żeby niczego nie podrzeć.”

Tomek skinął głową i pobiegł do kuzynów. Ludwika patrzyła za nim z uśmiechem. Przynajmniej wnuki są radością, nie to co córki.

„Może skończmy się kłócić?” – zaproponowała Weronika. „Porozmawiajmy o czymś miłym.”

„O czym niby miłym?” – sarknęła Kasia. „O tym, że u Krystyny wszystko wspaniale? Trzypokojowe mieszkanie, nowy samochód, syn na studiach…”

„A co ma moje mieszkanie do rzeczy?” – wybuchnęła Krystyna. „Pracuję od rana do nocy, żeby to wszystko mieć!”

„Tak, pracujesz” – przeciągnęła Kasia. „A ja nie mam kiedy pracować, mam małe dziecko.”

„Marcelka ma już pięć lat, co to za małe!” – nie wytrzymała Krystyna.

„Dla ciebie pięć lat to dużo? Twój Tomek od dziesięciu lat sam się obsługuje!”

Ludwika Stanisławowa poczuła, jak zaczyna ją boleć głowa. Każda sobota wyglądała tak samo. Córki zbierały się u niej, niby to po to, żeby spędzić czas razem, a kończyło się na nerwach.

„Dziewczynki” – powiedziała cicho. „Tato nie chciałby widzieć was w takim stanie.”

Na wzmiankę o ojcu wszystkie trzy zamilkły. Stanisław Piotrowicz zmarł trzy lata temu, a od tamtej pory rodzinne spotkania stały się jakieś napięte, nerwowe. Jakby to on był tym, który trzymał wszystkich w ryzach.

„Mamo, nie mów o tym” – szepnęła Weronika.

„Powinnam” – odparła stanowczo Ludwika Stanisławowa. „Tak bardzo chciał, żebyście były dla siebie wsparciem. A co wy robicie?”

Kasia spuściła wzrok i zaczęła rozgniatać ciastko na talerzu. Krystyna poprawiła włosy i spojrzała przez okno.

„Mamo, my się nie kłócimy specjalnie” – odezwała się Weronika. „Po prostu… nie wiem… Mamy różne charaktery.”

„Charaktery!” – prychnęła Kasia. „Twój charakter to pouczanie innych!”

„Ja nie pouczam!” – oburzyła się Krystyna. „Mówię tylko, jak można zrobić lepiej!”

„Właśnie! A kto cię o to pytał?”

Ludwika wstała od stołu i przeszła do kuchni. Tam panował chaos – brudne naczynia w zlewie, resztki jedzenia na stole, podłoga w okruchach. Otworzyła wodę i zaczęła myć talerze, próbując się uspokoić.

Za plecami usłyszała kroki.

„Mamo, pomogę ci” – to była Weronika.

„Nie trzeba, sama dam radę.”

„Daj spokój. W cztery ręce szybciej się skończy.”

Weronika wzięła ścierkę i zaczęła wycierać naczynia. Po chwili dołączyła Krystyna.

„Mamo, przepraszam, że znowu…” – zaczęła, ale Ludwika machnęła ręką.

„Już dobrze. Przywykłam.”

„Nie przywykłaś, tylko znosisz” – powiedziała Krystyna. „Wszyscy to widzimy.”

Do kuchni zajrzała też Kasia, ale nic nie powiedziała, tylko zaczęła zbierać okruchy ze stołu.

Przez chwilę pracowały w ciszy. Ludwika myła naczynia i myślała o tym, jak bardzo wszystko się zmieniło. Kiedy mąż żył, soboty były świętem. Stanisław opowiadał wnukom historie, grał z nimi w warcaby, a córki pomagały w domu i dzieliły się nowinami. Bez awantur, bez pretensji.

„Mamo, pamiętasz, jak tato zabierał nas w soboty do parku?” – zapytała nagle Weronika.

„Pamiętam” – uśmiechnęła się Ludwika. „Huśtaliśmy się na karuzeli, jedliśmy lody.”

„A jak robił nam zdjęcia przy fontannie” – dodała Krystyna. „Zawsze mówił: »Uśmiechajcie się, to na pamiątkę!«”

Kasia podniosła głowę znad stołu.

„A pamiętacie, jak mnie nosił na barana? Byłam najmniejsza, nie sięgałam do huWszystkie trzy córki spojrzały na siebie i powoli się uśmiechnęły, czując, że choć taty już nie ma, jego miłość i mądre słowa wciąż ich łączą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − pięć =

Rodzinne spotkanie w sobotę