Krewni ze wsi wpadli do nas na tygodniowy wypad, w pięć osób, do naszej kawalerki. Powitałam ich cała w zielone kropki coś jak ospa wietrzna, tylko styl polski.
Moja sobota zaczęła się nie od kawy, lecz od telefonu. Na ekranie migał sygnał alarmowy: Ciocia Wioletta.
Kasiu, szykuj się! Ciotka miała taki power w głosie, że budzik się chowa. Już jedziemy, jutro z samego rana będziemy u was! Taką niespodziankę wam robimy: stolicę chcemy zobaczyć, no i was odwiedzić. Przecież rodzina!
Usiadłam na łóżku, próbując przetrawić usłyszane wieści. Najgorsze w tym wszystkim było to my.
Kto to dokładnie my, ciociu Wioletto? pytam ostrożnie, kopiąc męża pod kołdrą, by się na gwałt obudził.
A kto! Ja, wujek Leszek, Basia z mężem no i nasz wnuczek. Nie przejmuj się, nie wybrzydzamy tylko żeby się przespać, bo my cały dzień po mieście latać będziemy!
Pięć osób. Plus my z mężem. W naszej trzydziestotrzymetrowej kawalerce, gdzie wolnego miejsca to ze świecą szukać: kawałek dywanika w przedpokoju i wąska ścieżka między kanapą a telewizorem.
Bez słowa rozłączyłam, spojrzałam na męża. W jego oczach malował się rozpaczliwy strach i ukryte marzenie zwiać z kraju… albo chociaż po bułki do Lidla na tydzień.
Gościnność po polsku
Od razu przypomniał mi się ich poprzedni najazd, trzy lata temu. Byli wtedy tylko we trójkę, a ten tydzień śni mi się po nocach do dzisiaj. Wujek Leszek kopcił na balkonie, strzepując popiół w moje doniczki z tekstem: Kasiu, przecież to nawóz. Ciocia Wioletta wpychała się do mojej mikrokuchni, ucząc mnie gotować barszcz: No kto tak sieka, pokaż, jak trzeba. Z mężem spaliśmy na dmuchanym materacu, który nad ranem był już płaski jak polskie drogi po zimie, a goście z królewskim spokojem przekręcali się po naszej sofie.
Teraz ich piątka. Basia z mężem duet o sile decybeli lotniska Chopina, syn Krzyś siedmioletni kataklizm, dla którego zakaz znaczy zobaczmy, co się stanie!
Musimy im odmówić oświadczył zdeterminowany mąż, wlepiając wzrok w sufit.
Jak niby? westchnęłam. Już jadą. Mamy im powiedzieć zawracajcie? Przypomnij sobie ciocię Wiolę: zaraz się zacznie, jaka to ja wyrodna, jak to jej dzieci do szkoły prowadzałam, a teraz taka panienka z Warszawy. Cała wieś zaraz będzie plotkować, mama z nerwów do apteki pobiegnie po krople.
Kiedy dyplomacja zawodzi
Siedzieliśmy w kuchni, sącząc kawę i produkując coraz bardziej beznadziejne pomysły. Wynająć im coś? Po ostatniej naprawie auta nie ma szans. Oddać mieszkanie i samemu spać u znajomych? Prędzej król Anglii zaprosi nas do pałacu. Nie otwierać w ogóle? Do drzwi będą walić, aż wezwą straż miejską.
I wtedy mnie olśniło. Potrzeba nam wymówki, od której się wszyscy odwrócą bez dyskusji. Takiej, co nawet teściowa uzna za świętą.
Ospa wietrzna szepnęłam.
Co? zdziwił się mąż.
Ospa! Kwarantanna. U dorosłych koszmar: gorączka, powikłania, warszawskie blizny na wieki.
Mąż miał wątpliwości:
A jak już przechorowali?
Ciocia i wujek na sto procent nie, mama zawsze mówiła. Basia? Może, ale na dziecku raczej nie będą ryzykować.
Zielony kamuflaż
Do przyjazdu pociągu zostały cztery godziny. Ruszyliśmy do akcji. Wygrzebałam gdzieś starą, polską zieloną maść.
Maluj grubo, zarządziłam, podsuwając twarz. Czoło, policzki, szyja, ręce! Im większe plamy, tym lepiej.
Mąż z powagą malował mi maziaje tak, że w lustrze zobaczyłam krzyżówkę ogórka z papugą. Żeby wzmocnić efekt, naciągnęłam zdezelowany szlafrok, owinęłam się szalikiem i rozczochrałam włosy.
Ja co? zapytał mąż.
Jesteś kontaktowy. Chodzisz po domu, rozsiewasz zarazę. Gorsze niż ja!
Razem przygotowaliśmy historyjkę: nagle się rozchorowałam, gorączka sięgnęła nieba, lekarz przyszedł i nakazał surową kwarantannę.
Może choć na herbatkę?
Dzwonek do drzwi zabrzmiał punktualnie. Za drzwiami słychać było torby, głosy i marudzenie Krzysia. Odpaliłam tryb umierający łabędź, mąż ledwo uchylił drzwi, zasłaniając wejście.
Zięciu, czemu nie odbieracie? wujek Leszek już próbował się przeciskać.
STOP! ryknął mąż. Nie wchodźcie. Mamy dramat.
Wysunęłam się zza rogu: powłócząc kapciami, trzymając się ściany, jęcząc.
Dobry wieczór zachrypiałam. Przepraszam Ospa, ciężka forma. Lekarz mówi zaraźliwe przez ściany.
Na klatce zapadła cisza. Pięć par oczu wlepionych w moje zielone plamy.
Ospa?! Basia odruchowo cofnęła syna. W tym wieku?
Brak odporności! westchnęłam. Gorączka… powikłania…
Przed oczami widziałam, jak w głowie ciotki Wioli walczyła miłość do darmowego noclegu i strach przed szpitalem zakaźnym.
Leszek, ty chorowałeś?
Chyba nie nie pamiętam wujek Leszek posuwał się już w stronę windy.
I ja nigdy nie miałam! spanikowała Basia. Mamo, hotel!
A twój? podejrzliwie spojrzała ciocia na mojego męża.
Ja już na liście stwierdził z rezygnacją. To kwestia czasu.
To wystarczyło. Wizja dzielenia kawalerki z zarażonymi obudziła w gościach zdrowy rozsądek.
Zdrowiejcie tam mruknął wujek Leszek, wciskając guzik windy. Pamiątki sobie zostawcie, w hotelu zje się każdą konserwę.
Winda zniknęła, zabierając walizki, weki i nasz problem.
Jak ręką odjął
Zamknęliśmy drzwi, a mąż osunął się ze ściany, płacząc ze śmiechu. Popatrzyłam na siebie w lustrze i dołączyłam do chichotu.
Hotel znaleźli w ekspresowym tempie. Okazało się, że pieniądze jednak mieli tylko po co wydawać swoje, jak można cudze metry kwadratowe okupować?
Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie mama:
Kasia, dlaczego nie mówiłaś? Ciocia Wiola powiedziała, że podobno leżysz zielona, konasz!
Już lepiej, mamo odpowiedziałam rześko. Polska służba zdrowia czyni cuda!
Prawdy nie zdradziłam. Lepiej niech myślą, że mam słabą odporność niż niewdzięczny charakter.
Zieloną maść zmyłam, a weekend spędziliśmy z mężem w ciszy, zamawiając pizzę i zachwycając się każdym centymetrem naszej małej, ale jakże wolnej kawalerki.


