W tym roku moi dalsi krewni ponownie zdecydowali, że w moim domu jest za dużo wolnego miejsca i zamieszkają u mnie ze swoją córką, która według nich ma zostać studentką. Jednak zapomnieli zapytać mnie, czy mogą się osiedlić, chociaż to mój dom. Nawiasem mówiąc, w zeszłym roku również zadzwonili do mnie z propozycją wprowadzenia się do mnie pewnego chłopca, który studiował w moim mieście, ale powiedzieli, że znajdą mu potem nowe miejsce. Oczywiście odmówiłam.
Nie zamierzam dzielić domu z nieznajomym, o którym wcześniej nigdy nie słyszałam i który twierdzi, że jest moim dalekim krewnym. Po mojej odmowie wszyscy krewni natychmiast się oburzyli. Zadzwonili do moich rodziców oraz innych krewnych i narzekali, jaką jestem złą, samolubną i szaloną osobą. Teraz jest tak samo. Znowu niektórzy dalecy krewni ze strony taty, o których wcześniej nigdy nie słyszałam, mówią to samo: „Kasieńko, tylko Ty możesz nam pomóc! Nasza Lidzia będzie już uczyć się w mieście i potrzebuje mieszkania, a my pamiętaliśmy o Tobie zawsze, składaliśmy Ci życzenia. Masz dodatkowe łóżko albo może kanapę, prawda? Niech zostanie u Ciebie na dwa miesiące. Po prostu pilnuj, aby nie wpadła w złe towarzystwo i miała co jeść. To co, jak będzie? Możesz?”
Już wiem, że odpowiedź na takie sytuacje powinna być prosta i krótka: „Właściwie nie, nie mogę.” Nie rozumiem, czy wszyscy krewni pytają mnie na przemian i tak od razu zakładają, że zgodzę się ich przyjąć? Nie zamierzam dzielić dachu z nikim innym niż członkowie mojej rodziny. Czy z wszystkich ich znajomych tylko ja mieszkam w tym mieście i tylko ja mam dwupokojowe mieszkanie?




