Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, zaraz po ukończeniu studiów. Szczerze mówiąc, na początku nie radziłam sobie w domu, ponieważ to mama prawie wszystko robiła. Nawet gotować nie potrafiłam. Jednak bardzo się starałam, aby nauczyć się wszystkiego, więc chodziłam na lekcje do mojej matki. Wkrótce zaczęłam otrzymywać nie tylko gotowe posiłki, ale również wypieki. W małżeństwie mamy dwoje dzieci. Kiedy dzieci trochę podrosły, również podjęłam pracę. Mój mąż i ja pracujemy niemal tyle samo, a różnica w naszych zarobkach nie jest znacząca. Jednak całe obowiązki domowe spoczywają na mnie.
Z wiekiem charakter mojego męża bardzo się zmienił. Wydaje mi się, że tak się dzieje z wieloma ludźmi. Może to kryzys średniego wieku? Stał się drażliwy, impulsywny i krytyczny. Wystarczy małe potknięcie, aby zaczął przez godzinę filozofować na temat mojej głupoty jako żony i partnerki. Nigdy nie otrzymałam od niego pomocy ani nawet nie przyszło mu do głowy, że mogę być również zmęczona. Przyjmowałam to milcząco, aby uniknąć konfliktów. Pewnego dnia Radek obudził się w skrajnie złym nastroju.
Dzieci już cposzły do szkoły, a on właśnie szedł do pracy. Wszedł do kuchni i zobaczył na stole gotowe naleśniki i słoik dżemu. Usiadł, spróbował i nagle zaczął krzyczeć: „Dlaczego gotujesz, skoro nie potrafisz? Fu! Nie możesz wziąć patelni do rąk, bo od razu kończy się to katastrofą”. W młodości pewnie bym się rozpłakała, ale to było kroplą przepełniającą czarę goryczy. Wzięłam talerz, wyrzuciłam naleśniki do śmieci i oznajmiłam, że przestanę gotować. Jestem wzorową żoną, ale według niego nie i powinnam być posłuszna mężowi. Patelnia nie jest dla moich rąk? Świetnie. Niech sobie sam gotuje. Wieczorem Radek przyszedł przeprosić, ale jestem zdeterminowana. Niech sam sobie gotuje.



