Radość znów zamieszkała w sercu

Dzisiaj znów poczułam w sercu szczęście.

Od jakiegoś czasu zauważałam, jak mój mąż, Marek, dotyka lewego boku, gdzie serce. Robił to dyskretnie, głaskał to miejsce i szybko chował rękę, rozglądając się, czy nie widzę. A ja pytałam już nie raz:

Znowu boli, Marku? Może do lekarza w powiecie się wybierzemy?

Przejdzie, zdarza się, za chwilę minie odpowiadał zawsze tak samo.

Dziewięć lat minęło, odkąd zamieszkaliśmy razem w tej wsi, do której przyjechaliśmy po studiach. Marek skończył rolnictwo, ja pedagogikę. Ale nigdy nie pracowałam w zawodzie, bo mąż uwielbiał gospodarstwo cały podwórzec był pełen zwierząt. Dwie krowy, owce, prosiak, kury i kaczki. Wszystkiego trzeba było doglądać. Zostałam więc w domu, na nogach od rana do wieczora. Marek pracował jako agronom.

Od trzynastego roku życia wychowywała mnie babcia, bo rodzice zginęli młodo spłonęli w domu, a ja tej nocy byłam u babci. Marek pochodził z tej wsi. Ale trzy lata po ślubie zmarł jego ojciec atak serca. Prawie dwa lata później odeszła także matka.

Zostaliśmy więc tylko we dwoje. Żyliśmy dobrze, ale nie mieliśmy dzieci. Oboje czekaliśmy i mieliśmy nadzieję. Ja nawet płakałam w nocy, prosząc Boga, by dał nam dziecko. Ale dzieci nie było.

Pewnego ranka Marek zjadł śniadanie i szykował się do pracy, gdy nagle znów złapał się za serce. Zanim zdążyłam podbiec, runął na podłogę. Serce mu stanęło. Pogotowie przyjechało szybko, ale było już za późno.

Po pogrzebie długo płakałam, zostawiona sama z myślami.

Trzydzieści lat i już wdowa. Dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe? Kochałam męża, a Bóg mi go zabrał. Wszystkich mi zabrał. Czym na to zasłużyłam?

Rankiem szłam do obory, doiłam krowy i płakałam.

Po co mi to całe gospodarstwo? Robię wszystko przez siłę, bo żal mi zwierząt. Wszystkie trzeba nakarmić, krowy wydoić łkałam, czasem wręcz szlochałam, myśląc, że nikt nie słyszy.

Ale słyszała mnie Teresa Kowalska, sąsiadka, która pracowała jako wicedyrektor w szkole. Pewnego dnia przyszła do mnie.

Słyszę, jak płaczesz, Aniu. Rozumiem cię. Sprzedaj te zwierzęta, po co ci samej? Wiem, że w sąsiedniej wsi zwolniło się miejsce dla nauczycielki w podstawówce. Może byś się tam zatrudniła? U nas wszyscy nauczyciele mają zajęte etaty, a tam jest tylko nauczanie początkowe. Starsze dzieci dojeżdżają do nas. To tylko pięć kilometrów. Będziesz wśród ludzi, oderwiesz się od myśli. Zgódź się, jesteś przecież nauczycielką.

Dziękuję, Tereso, dziękuję. Masz rację przytaknęłam.

Latem sprzedałam zwierzęta, a przed wrześniem byłam już w sąsiedniej wsi. Pojawiłam się jako nowa, sympatyczna pani Anna Nowak. Zamieszkałam w dużym domu. Posprzątałam, umyłam okna, wszystko doprowadziłam do porządku.

No i zaczyna się moje nowe życie mówiłam do siebie głośno. Tylko płot się zawalił, furtka nie jest nawet zamknięta. Trzeba to jakoś naprawić.

Poprosiłam o pomoc, dostałam deski na płot. Ale montować musiałam sama.

Kasiu zwróciłam się do sąsiadki, która akurat rozwieszała pranie może wiesz, kogo by tu poprosić, żeby mi ten płot postawił? Materiał już jest.

Kasia otarła ręce o fartuch i podeszła bliżej.

Jest u nas stolarz, złote rączki, ale pije. Bez butelki nic nie zrobi. To przez jego żonę, Weronikę. Od ślubu oboje piją, ona go wciągnęła. Wcześniej w ogóle nie pił. Mają nawet dwie córki, cztery i dwa lata, ale pół roku temu zabrało je opieka społeczna. Lepiej sama tam nie chodź, jak zobaczę Michała, to mu powiem.

Dzięki, Kasiu.

Następnego dnia sąsiadka przyszła z wiadomością:

Widziałam dziś Weronikę koło sklepu. Jutro rano przyjdą. Tylko kup dwie butelki wina bez tego nie ruszą palcem.

I rzeczywiście, rano pojawili się Michał z Weroniką, oboje z kacem. Michał rzucił narzędzia na podwórko i rozejrzał się. Wyszłam z domu.

No cześć, gospodyni zawołała głośno Weronika. Jej mąż odwrócił się i skinął głową na powitanie.

Michał był zaniedbany, nieogolony, z rozczochranymi włosami, ale miał piękne, jasne oczy. Nie straciły one swej czystości. Przez chwilę zamarłam tak bardzo przypominały mi spojrzenie mojego zmarłego męża.

Tu są deski wskazałam ręką.

Hej, gospodyni, my nie ślepi odparła Weronika, siadając na schodkach ganku. Masz coś do picia? Dawaj tutaj. Michał, chodź no, trzeba się rozgrzać.

Sprawnie otworzyła butelkę, nalała sobie i mężowi. Wypili, a Michał zabrał się do roboty.

Jeśli tak będą pić, to co on w ogóle zrobi? myślałam ze zmartwieniem. A jutro w ogóle nie przyjdą. Może powinnam coś powiedzieć? Ale postanowiłam milczeć. No cóż, niech się dzieje. Skoro Kasia ich poleciła, to wie, co robi

Michał, choć popijał wino, znał się na swoim fachu i robił to dobrze. W całej wsi wiedzieli, że jeśli Michał się za coś bierze, to zrobi to porządnie. A żona zawsze stała obok, dolewała i patrzyła, jak pracuje. Skończył, gdy już ściemniło się na dobre. Ale zrobił to.

Gospodyni! znów krzyknęła już pijanym głosem Weronika. Odbieraj robotę.

Obejrzałam nowy płot równiutki, furtka na miejscu, nawet mały haczyk wisiał, żeby nie trzaskała na wietrze.

Podobało mi się. Zapłaciłam i podziękowałam.

No to jak coś, to wiesz, gdzie szukać powiedziała Weronika, a mąż znów skinął głową, zebrał narzędzia i poszli.

Nadeszła zima. Pracowałam w szkole, przyzwyczaiłam się i byłam wdzięczna Teresie Kowalskiej. Uczniowie nie dawali mi się nudzić pokochali swoją panią Anię Nowak, a ja ich także.

Pewnej nocy, tuż przed Nowym Rokiem, obudził mnie pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − 15 =

Radość znów zamieszkała w sercu