Puste życie Daszki

Śnieg już nie palił nagich stóp Danuta przestała je czuć. Tylko wiatr siekał niczym bat po twarzy, rękach i szyi, przeszywając jej pierś okrytą jedną tylko nocną koszulą. Siwe włosy, zasypane śniegiem, zrobiły się ciężkie niby sople lodu. Gęsta zamieć zawodziła i smagała, a Danuta już nie widziała, dokąd zmierza, błądząc po własnym podwórku. Oparła się plecami o zamarznięte deski ogrodzenia, złożyła ręce na piersi i zawołała żałośnie:

Żebym już umarła! Zabierz mnie, Panie Boże!… Już czas…

Umarłaby tej nocy pewnie, zamarzłszy na śmierć, gdyby nie sąsiadka Halina, która wyszła sprawdzić, czy krowa już nie zaczyna się cielić. Zobaczyła, że drzwi u Danuty są otwarte i przez szparę sączy się światło.

Danusia! Ty tam coś szukasz w ciemnościach?

Ale Danuta stała już w kącie podwórka, zasłonięta przez drzewa i wichurę, i zaciśniętymi powiekami powtarzała tylko: umrzeć… umrzeć…

Halina rzuciła się zza płotu, wypadła przez furtkę do Danuty.

Danuta, gdzie jesteś! Danusia, na Boga, babo!… Danuto!

Danuta nawet gdyby chciała, nie mogła odpowiedzieć. Jęknęła tylko, zsunęła się w dół po ogrodzeniu i z głową schowaną na kolanach zaniosła się cichym płaczem. A potem ktoś podniósł ją, próbował zaciągnąć do domu ale gdzie tam Kobieta była zesztywniała, zdrętwiała od zimna.

O Boże, stara wariatko! Zaraz wracam! zawołała Halina, pognała do siebie i przyprowadziła męża na ratunek. W dwójkę wciągnęli Danutę do chaty.

Od tamtej pory Danuta leżała. Rano przyszła młodziutka pielęgniarka, nie mogła się nadziwić, że w tym wieku, mając dziewięćdziesiąt jeden lat, nawet nie przeziębiła się, tylko stopy miała odmrożone. Nachyliła się i powiedziała:

A może by do szpitala? Zadzwonimy po karetkę?

Staruszka spojrzała smutno na kruczoczarne włosy dziewczyny, na jej rumiane od mrozu policzki i pokręciła głową.

Gdzie ja pójdę? Tutaj będę leżeć. Nie trać, dziecko, na mnie czasu. Nic mi nie trzeba. Idź z Bogiem.

I tak minęły dwa tygodnie. Po co Danuta wtedy w tę noc wyszła boso na podwórko, w samej koszuli? Wszyscy uważali, że głupota ją zgubiła, ale ona widziała w tym coś tajemniczego, jakby losowego. Dzień wcześniej siedziała wieczorem na łóżku, przy mętnym świetle żarówki spruwała rękaw ciepłej skarpety. Palce starej wiedziały, co robią, myśli płynęły gdzie indziej. Patrzyła tępo w ścianę i uśmiechała się jakoś dziwnie, do czegoś odległego – wspomnień.

I tak całe jej życie. Nic dobrego się nie wydarzyło. Tylko praca, bieda, a jedyny promyk to była szybka i jedyna miłość. Nazywał się Grzegorz.

Grzesiek… Grzesiu… szeptała półprzytomnie i uśmiechała się jeszcze szerzej, zagadkowo.

Czy jej się tylko śniło tego wieczoru, czy wyobrażała sobie, że idzie w pole, tam, gdzie kończył się majątek właścicielki? Wypatrywała długo, zasłaniając oczy dłonią przed słońcem, czekając aż zjawi się on bo miał przyjść. W środku czuła lęk zmieszany z nadzieją. I nagle w wirującym żarze pola żyta ujrzała sylwetkę mężczyzny. Rzuciła się w jego stronę, szczęśliwa, krzycząc Grzesiu! Grzesiu!

Z tymi marzeniami zasnęła. I nagle ocknęła się w środku nocy, niespokojna. Rzut oka przez okno a tam zamieć, szyby aż dzwonią od wichury. Odtrąciła koc, ręce wyciągnęła przed siebie i po ciemku, błądząc po ścianie, poszła do drzwi.

Zaraz wrócę, już idę…

Wyszła za próg, popchnęła drzwi nogą, bosa, nie myśląc o sobie. Zamrużonym wzrokiem wpatrywała się w białą śnieżnicę nad wsią. Wyciągnęła znów rękę jakby prosiła:

Grzesiu…

Zimno przeszyło ją całą. Stopy poczuły lód i zeszła na ścieżkę. Patrząc przez płot, szła w jego stronę, nie bacząc na śnieg.

Grzesiu! Tu jestem! Grzesiu!

Stanęła pod ogrodzeniem, próbowała znaleźć furtkę, ale już nie mogła ruszać nogami. Błyskawicznie biegła wzdłuż płotu do bramy, cały czas się uśmiechając.

Zaraz… Jeszcze z tej strony poszukam…

Brama już się nie znalazła. Zawirowała po podwórku. Wszystko pomyliła tu drzewo, tam płot, nogi już do kolan w śniegu… Tak została odnaleziona przez sąsiadów.

Halina przychodziła do niej, przynosiła jedzenie, rozgrzewała piec. Młoda pielęgniarka zmieniała opatrunki, nacierała śmierdzącą maścią, kazała mierzyć temperaturę. Danuta robiła wszystko, co jej kazano, a potem, kiedy zostawała sama, patrzyła w sufit pustym wzrokiem. Nasłuchiwała dźwięków z ulicy: szczekania psa, skrzypu sanek, śmiechu wracających ze szkoły dzieci.

Częściej ogarniała ją senność. Budziła się już dzień, albo noc. Polana trzaskały w piecu. Z dachu kapało niepewnie. Panie Boże, kiedy w końcu umrę? Już by umrzeć… myślała na okrągło.

Od dziecka wiedziała jedno: jej życie to stroma, wyboista droga, pełna kolców i śliskiej gliny. Tą drogą można tylko staczać się w dół, boleśnie obijając się o korzenie i kamienie. Nikogo nie było, kto podałby dłoń. Tak żyli wszyscy, nie oczekiwała nic innego. Przywykła, że życie to mozolny upadek, który trzeba znosić, zagryzając zęby.

Tamtej wiosny przyszło późno i brutalne ocieplenie. Nie ciepłem, ale chłodem, szarugą, rozmokłem błotem. Śnieg schodził dopiero w maju, odsłaniając błotniste, spękane pole. Na brzozach długo nie rosły liście, a sady stały czarne, jakby wypalone. Danuta, z ciężkim węzłem mokrej chustki na głowie, wracała z wiadrami z wodą od studni. Po drugiej stronie ulicy stali pod płotem mężczyźni, zgarbieni pod drobnym, zimnym deszczem. Gadali cicho, zerkając na nią, ale ona szła wzrokiem w ziemię. Niewidzialna tak od lat.

Danuta! przenikliwy okrzyk babki Agaty, robotnicy, z którą służyły razem u pani dworu, przeciął wilgotne powietrze. Leć do sklepu! Powiedz Kubie, żeby dał najlepszą perkalę dla panienki, w kwiaty! I nie guzdraj się! Dziś goście z miasta będą, wieczorem stół nakryć. I kwiatów nazbieraj!

Danuta odstawiła wiadra na ganek, poprawiła fartuch i ruszyła na drogę. Miała dwadzieścia dwa lata, a czuła się, jakby życie już dawno jej nie dotknęło. Dwanaście lat wcześniej, po śmierci rodziców, zapracowana, kłótliwa wdowa-pani wzięła ją do siebie za kawałek chleba. Była wtedy wychudzoną, przerażoną dziewczynką. Wyrosła na wysoką, silną, milczącą kobietę, ze spracowanymi rękami i spuszczonym wzrokiem, w którym nie zostało już życia.

Pracowała od świtu do nocy, aż w uszach dzwoniło i nogi nie donosiły. Rąbała drewno w lodowitym deszczu, doiła kozy, naprawiała piece, prała w przeręblu, aż ręce drętwiały. Pieliła ogród, gdzie czarne porzeczki i maliny rosły tuż pod nosem, a nie wolno było nawet dotknąć jagód pani liczyła każdą, a za brak karała pokrzywą, mówiąc: Nie dla ciebie, nieróbko! Danuta nauczyła się nie patrzeć na boki. Wyrywała chwasty z wściekłością, zaciskając wargi, by nie płakać.

W każdą sobotę paliła w bani. Targała ciężkie kadzie z wodą, rozpalała kamienie do żaru, szorowała szorstką gąbką szerokie plecy pani, aż jej samej ciemniało w oczach. Pani obracała się powoli, a Danuta musiała wspinać się na palce albo klękać. Wycierała ją do sucha, ubierała w czyste. Głowa jej huczała, a mdłości podchodziły do gardła. Pani pomrukiwała, szczypała ją w bok, a czasem pogłaskała wilgotną dłonią pieszczotliwie po policzku, nazywając ją roboczym koniem. Danuta się przyzwyczaiła. Innej rzeczywistości nie znała i nawet nie marzyła.

Kiedyś pani spojrzała na nią uważnie, gdy Danuta, stojąc na stołku, wycierała lustro.

Danuta, może by cię wydać za mąż? Chcesz?

Zeszła ze stołka, wykręciła szmatkę, wzruszyła ramionami.

Jak pani każe.

Albo zostaniesz starą panną?

Wszystko mi jedno.

No właśnie! Lepsza stara panna niż dzieciarnia i harmider. Z taką zadnicą to tuzin dzieci urodzisz! Szczęście z takim zadkiem, nie to co moja Polka.

Chciała się przeżegnać na wspomnienie córki, ale zaraz ją zawołano i sprawa umarła.

Ten temat w Danucie nie wywołał żadnej nuty. Jej dusza spała spokojnie, bezpieczna zbudowana była jakby ze ściany samotność, przyzwyczajenie, zgoda na swój los. Nawet mężczyźni i chłopaki przestali na nią zwracać uwagę; jej zdrowa uroda była jakby niewidzialna.

Aż zdarzył się przypadek. I wtedy Danuta zaglądnęła przez swoją ścianę do świata ludzi choć tylko na chwilę.

Było to z początkiem czerwca, kiedy łąki zazieleniły się bujnie. W majątku oczekiwano ważnych gości. Młoda panna blada i delikatna miała przyjmować młodego dziedzica z Krakowa, który podobno chciał się oświadczyć. Danuta poszła na łąkę zrywać rumianki. Schodząc ścieżką do rzeki, natknęła się na obcego chłopaka. W butach z cholewami, w haftowanej koszuli z kamizelką, z wesołym, śmiałym spojrzeniem i jasno brązowymi włosami zalanymi brylantyną. To był Grzegorz, stajenny z sąsiedniego dworu, przyjechał z dziedzicem. Stanął na środku, patrzył na nią, jakby liczył konie na targu.

Dzień dobry, piękna panno uśmiechnął się chytrze, przesuwając od stóp do głów wzrok, zatrzymując się na jej silnych dłoniach i mocno zarysowanej piersi pod spraną bluzką.

Danuta nawet nie spojrzała. Ominęła go bokiem.

Czego stoisz? zapytała chropawo.

Jak masz na imię?

Kto wie, ten wie, a tobie nie potrzeba odcięła, idąc dalej.

Ale Grzegorz nie odpuszczał. Przyjeżdżał z dziedzicem już co tydzień, Danuta widziała jego wzrok, słyszała zaczepki, unikała go jak mogła. Zdarzyło się raz, że w pustej stodole chwycił ją za ramiona. Nie pisnęła nawet, tylko jednym ruchem zrzuciła go o ścianę. Patrzyła na niego lodowato z góry.

Uważaj… rzuciła cicho i wyszła bez słowa.

Grzegorz siedział potem długo, pocierając głowę, a w oczach zapaliło mu się coś nowego. Była dla niego zagadką jak żadna.

Danuta nie czuła do niego większego pociągu, bardziej była to ciekawość obudziło się w niej coś, czego nie znała, jakieś pragnienie, nieokreślone, nieświadome. Grzegorz stał się tylko iskrą do tego przebudzenia.

Coraz częściej się uśmiechała, zaczęła patrzeć na świat, jakby go widziała po raz pierwszy na nowo. I znów, kiedy się zorientowała, natychmiast rzucała się do obowiązków. Minął miesiąc.

Grzegorz nie osiągnął wiele choć raz, w piwnicy wymusił pocałunek, ale oberwał porządnie w ucho. Od tej pory jednak coś się zmieniło Danuta zerknęła na niego ukradkiem, potem znów zamyśliła się patrząc na niego przez okno. On nie tracił nadziei, choć ta historia jeśli można to tak nazwać nie potrwała długo.

Pewnego dnia, gdy Grzegorz stanął w obronie chłopca przeganianego przez stajennego pani, Danuta zobaczyła tę scenę. Chciała sama podłożyć ręce pod bat, w końcu porwała drąg i podeszła, gotowa do ciosu w obronie. Ale Grzegorz wytrącił bat z ręki stajennego i wrzasnął:

Wynocha! Sam opowiem pani!

Kobiety rzuciły się do dziecka, a chłopiec tylko szlochał:

Mama mi wczoraj umarła… Umarła!

Danuta zacisnęła usta na to wspomnienie wróciła cała jej własna młodość. Pobiegła do ciasnej izby i rzuciła się na łóżko. Łzy trzęsły nią całą. Płakała z żalu do siebie, z bezsilnej złości i tęsknoty za tym, czego nie miała ani imienia.

Grzegorz znalazł ją, usiadł cicho, objął ramiona. Nie mówił nic, po prostu był. Ona pierwszy raz w życiu pozwoliła się objąć. Przytuliła się, czując ciepło jego ciała, i wyszeptała:

Co jest za tym lasem, dalej?

Miasto odpowiedział zaskoczony. Wielkie miasto. Kamienice, sklepy, kościoły.

A dalej?

Dalej kolej, potem morze, mówią.

Danuta zamilkła. Morza nigdy nie widziała, boiła się przepłynąć rzekę. Ale zapragnęła zobaczyć to morze, uciec stąd, gdzie ją bito, gdzie harowała ponad siły, gdzie mówiło się na nią wół roboczy, po imieniu nie pamiętając. Chciała być człowiekiem. Obróciła się do Grzegorza, spojrzała mu w oczy po raz pierwszy.

Weźmiesz mnie? Ożenisz się?

Grzegorz się zmieszał. Lubił popisywać się przed dziewczynami, lecz bał się poważnych decyzji. Kręcił, odwlekał sprawę, mówił o pieniądzach i o czasie ale Danuta już go nie słuchała. Nagle wybuchła cała odważna, zdesperowana, prawie szalona. Szeptała, że już nie dba, co ludzie powiedzą, gotowa jest na wszystko, byleby być z nim, wyjechać. Straciła nawet krzyżyk z miedzi, który nosiła od dziecka zerwał się ze sznurka tej samej nocy, i nie próbowała go szukać.

Grzegorz przyjeżdżał jeszcze dwa razy. Spotykali się po kryjomu, w sianie, w piwnicy, za wsią w krzakach. Danuta rozkwitła chodziła prosto, z uniesioną głową, w oczach miała blask, rumieńce na policzkach. Zaczęła się uśmiechać, nieśmiało, jakby uczyła się tego od początku.

Potem wszystko się skończyło. Wesele panny odbyło się hucznie, młody dziedzic zabrał żonę do miasta, a z nimi Grzegorza. Danucie nikt nie powiedział. Dowiedziała się od kucharki: Twojego już nie ma, Danuta. Pojechał z panem. Szukaj wiatru w polu.

Czekała. Wychodziła codziennie na drogę, patrzyła na daleki kraniec, gdzie szosa ginęła w lesie. Stała godzinami ze złożonymi rękami i patrzyła, aż zapadał zmrok. Przestała jeść, przestała spać. Jej chude, piękne kiedyś oblicze stało się przezroczyste, oczy zapadły, a ogień w nich płonął jak szaleństwo. Agata klęła i potrącała ją, Danuta tylko uśmiechała się błogo. Wierzyła, że on wróci. Musi wrócić. Czuła to całym zmęczonym ciałem.

Minęło lato, upalne, burzowe, potem przyszła deszczowa, nijaka jesień. Patrzyła na daleką linię horyzontu, gdzie las stykał się z niebem, przekonana, że jak będzie czekać Grzegorz wróci. Nie pytała nikogo. Wiedziała, że los nie pozwala mu być z nią, że gdzieś daleko czeka na siebie nawzajem. A jeśli ona chce choć raz wrócić do tych dni, to i on też.

Jednego październikowego dnia Danuta, grzebiąca się w ogródku, nagle podniosła głowę. Na skraju pola, tuż przy lesie, zobaczyła postać mężczyzny. Serce jej stanęło. Wydawał się Grzegorzem. Rzuciła łopatę, pobiegła, z wyciągniętymi ramionami, wołając ochrypłym głosem:

Poczekaj! Poczeeekaj!

Mężczyzna nawet się nie obejrzał. Danuta dobiegła do rzeczki, kręciła się nad brzegiem. Pływać nie umiała, a on był daleko. Stanęła na brzegu, patrzyła długo za odchodzącą sylwetką, aż zniknęła w zieleni.

Znalazła ją sąsiadka, grzebiąca przy malinach.

Co tak siedzisz? zapytała.

To był Grzegorz mruknęła Danuta nie odwracając głowy.

Jaki Grzegorz?

Stajenny… co jeździł z młodym do naszej panny.

Z sąsiedniego dworu? Co ci z niego?

Czekam na niego.

A po co czekasz? Już dawno żonaty, dzieci gromada, bieda u nich, jak słyszałam. Może już go nawet nie ma…

Nie kłam odpowiedziała Danuta tak cicho i dziwnie, że kobieta się odsunęła.

Skąd kłamię? Biednaś. Naprawdę ci szkoda… i pospiesznie się przeżegnała.

Zjawiło się przekonanie we wsi, że Danuta to błogosławiona, trochę szalona. Danuta już nie płakała i nie tęskniła z dawną rozpaczą pracowała w milczeniu, jeszcze zacieklej niż dawniej, jakby próbowała zasypać ból w sobie pracą. A kiedy miała wolną chwilę, siadała na ganku i patrzyła na las, za którym miało być morze. W jej oczach była pustka taka, że ludzie woleli ją omijać.

Póki miała jeszcze siły, nawet w południe, gdy powietrze przepełniał zapach kwitnących piwonii i lipy, Danuta zakładała czystą, wypraną koszulę, czesała swoje siwe, długie włosy i wychodziła na łąkę. Stała tam długo, nieruchomo, jeszcze szczupła, choć już nieładna w jej sylwetce była wiekowa cierpliwość, jakby wrosła w tę ziemię i czekała nie latami, a wiekami. I gdy, z litości lub ciekawości pytano, na kogo czeka, odpowiadała cicho, z delikatnym uśmiechem:

Na swoje szczęście. Tam, za lasem. Grzesiek obiecał, że dziś przyjedzie.

O, biedulka… szalona baba!

A wiatr szeleścił wśród koron, a rzeka toczyła spokojnie wody i gdzieś bardzo daleko, za lasami, za miastami, szumiało nieznane jej morze, o którym wiedziała tylko tyle, że istnieje.

Skrzypnęły drzwi. Halina przyszła napalić w piecu. Danuta spojrzała pustym wzrokiem.

I co? Jak nogi? spytała Halina.

Staruszka mamrotała pod nosem. Halina pochyliła się.

Co?

…żebym już umarła… On już nie wróci. Tylko umrzeć mi jeszcze zostało…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 − 15 =

Puste życie Daszki