Przyszli, gdy spaliśmy

Przyszli, kiedy spaliśmy
Wanda Pawłowska obudziła się od dźwięku, którego nie mogła od razu rozpoznać. Ciche skrzypienie desek podłogowych w korytarzu, jakby ktoś ostrożnie skradał się po mieszkaniu. Kobieta wytężyła słuch, serce zabiło jej mocniej. Obok spokojnie pochrapywał mąż, Jan Kowalski nawet się nie poruszył.

— Janku — szepnęła, delikatnie szturchając go w ramię. — Janku, słyszysz?

— Mhm? Co się stało? — mruknął, nie otwierając oczu.

— Ktoś chodzi po mieszkaniu.

Jan Kowalski niechętnie otworzył jedno oko, spojrzał na świecące cyfry budzika.

— Wandziu, druga w nocy. Zdawało ci się.

— Nie zdawało! Słyszę wyraźnie kroki!

Mąż westchnął, ale jednak nasłuchiwał. Rzeczywiście, gdzieś w głębi mieszkania rozlegały się ledwo słyszalne dźwięki. Skrzypienie, szelest, lekkie stukanie.

— Pewnie kotek — uspokoił żonę. — Puszek znowu biega nocą.

— Jaki Puszek, Janku? Puszek umarł trzy lata temu, zapomniałeś?

Jan Kowalski w końcu się obudził. Dźwięki stawały się wyraźniejsze. Ktoś zdecydowanie poruszał się po ich mieszkaniu, i to dość pewnie, jakby dobrze znał ustawienie mebli.

— Może to Kasia wróciła? — zasugerowała Wanda Pawłowska. — Ma przecież klucze.

— O tej porze? Przecież dawno śpi, jutro ma pracę.

Córka mieszkała osobno, w sąsiedniej dzielnicy, ale czasem wpadała do rodziców, zwłaszcza gdy pokłóciła się z mężem. Tyle że zazwyczaj dawała znać wcześniej.

Dźwięki zbliżały się do sypialni. Wanda Pawłowska mocno ścisnęła dłoń męża.

— Janku, a jeśli to… złodzieje?

— Cicho — ostrożnie wstał z łóżka, namacał kapcie. — Pójdę zobaczyć.

— Nie idź! A jeśli mają nóż?

— Wandziu, jacy złodzieje? W naszym bloku portier jest całą dobę, domofon, kody. I nie mamy nic szczególnie cennego.

Cicho podszedł do drzwi, przyłożył ucho do drewnianej powierzchni. Za drzwiami rozległ się cichy kobiecy głos, nucący jakąś melodię. Znajomą melodię.

— Wandziu — przywołał żonę szeptem. — Chodź tutaj.

Podbiegła boso do drzwi, również nastawiła uszu.

— To… to kołysanka mamy — szepnęła Wanda Pawłowska, a jej głos zadrżał. — Ta sama, którą mi śpiewała w dzieciństwie.

Jan Kowalski zmarszczył brwi. Teściowa zmarła dziesięć lat temu, ale doskonale pamiętał tę bezsłowną piosenkę, którą nuciła przy domowych czynnościach.

— Niemożliwe.

— Janku, może to duch? — Wanda Pawłowska chwyciła go za rękaw piżamy. — Może mama przyszła?

— Wandziu, nie mów głupot. Duchów nie ma.

Ale i on poczuł, jak po plecach przebiegł mu dreszcz. Melodia stawała się coraz wyraźniejsza, a teraz dołączył do niej kolejny dźwięk — ciche stawianie naczyń, jakby ktoś porządkował je w kuchni.

— Zupełnie jak mama — szepnęła żona. — Pamiętasz, jak nie mogła zasnąć i szła do kuchni? Stawiała czajnik, wyciągała kubki…

Jan Kowalski pamiętał. Maria Stefanowicz cierpiała na bezsenność, szczególnie w ostatnich latach życia. Potrafiła wstać o trzeciej nad ranem i zabrać się za sprzątanie czy gotowanie, nucąc tę samą melodię.

— Boję się — przyznała Wanda Pawłowska.

— Daj spokój. Chodźmy sprawdzić.

Stanowczo przekręcił klamkę, wyjrzał na korytarz. Cisza. Tylko z kuchni sączyło się delikatne światło, jakby paliła się tam lampka nad kuchenką.

Małżonkowie powoli ruszyli korytarzem, trzymając się mocno za ręce. Przy progu kuchni Jan Kowalski zatrzymał się, zajrzał do środka.

Kuchnia była pusta. Na stole stały dwa kubki, obok leżały łyżeczki, cukiernica. Czajnik cicho bulgotał na kuchence, z dzióbka unosiła się para.

— Ale ja nie nastawiałam czajnika na noc — powiedziała zdezorientowana Wanda Pawłowska. — Na pewno nie.

— Ja też nie.

Stali w drzwiach, nie decydując się wejść. Czajnik zagotował się i automatycznie wyłączył. W zapadłej ciszy słychać było tylko ich przyspieszone oddechy.

— Może śnimy na jawie? — niepewnie zaproponował Jan Kowalski. — Wstaliśmy i sami to wszystko przygotowaliśmy?

— Razem? W tym samym czasie? Janku, nie żartuj.

Wanda Pawłowska ostrożnie weszła do kuchni, dotknęła jednego z kubków. Ciepły. Dopiero co trzymał go ktoś w dłoniach.

— Spójrz — pokazała mężowi parapet. — Pelargonia zakwitła.

Na oknie stała stara doniczka z pelargonią, która nie kwitła od ponad roku. Wanda Pawłowska zamierzała już wyrzucić uschniętą roślinę, ale jakoś nie było okazji. A teraz zdobyły ją jaskrawo-różowe kwiaty, świeże i bujne.

— Mama bardzo kochała pelargonie — cicho powiedziała. — Mówiła, że ten kwiat przynosi domowi spokój.

— Wandziu, może powinniśmy iść do lekarza? — ostrożnie zaproponował mąż. — Bo to już jakieś dziwne historie.

— Jakie dziwne? Sam widzisz — czajnik, kubki, kwiaty. To wszystko nie mogło pojawić się samo.

Usiadła na krześle, zamyślona, patrząc na przygotowaną przez kogoś herbatę.

— Wiesz, mama zawsze mówiła, że po śmierci na pewno wróci nas odwiedzić. Pamiętasz, jak żartowała: „Będę się pojawiać nocą, sprawdzać, czy wszystko u was w porządku”.

— Pamiętam. Ale to były tylko żarty, Wandziu.

— A może nie żarty?

Jan Kowalski usiadł obok żony, wziął ją za rękę.

— Nawet jeśli, to czego mamy się bać? To przecież twoja mama. Kochała nas.

Wanda Pawłowska skinęła głową, nieco się uspokoiła.

— Tak, kochała. I zawsze martwiła się, czy dobrze nam się wiedzie, czy czegoś nam nie brakuje.

Siedzieli w ciszy, patrząc na nakryty stół. Powoli strach ustępował, zastępowany dziwnym spokojem. Jakby w domu naprawdę pojawiła się obecność kogoś, kto ich kochał.

— Pamiętasz, jak przeżywała, gdy pokłóciliśmy się o działkę? — nagle odezwała się Wanda Pawłowska. — Jak błagaI znów zagościła w ich domu ta sama ciepła atmosfera, jak za czasów, gdy Maria Stefanowicz żyła, a jej duch, choć niewidzialny, pozostał w ich sercach na zawsze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście − 5 =

Przyszli, gdy spaliśmy