No i proszę, przypomniałam sobie, że kocham…
A jednak, moje relacje z mężem odżyły… po remoncie. Myślałam, że już zapomnieliśmy, jak to jest czuć. W końcu szesnaście lat małżeństwa. To jak ze starym swetrem – wygodny, znany, tylko już nie grzeje.
Z Krzysztofem żyliśmy w przewidywalnym rytmie: praca, kolacja, rzadkie rozmowy przed snem. Nie kłóciliśmy się, nie wyjaśnialiśmy relacji – po prostu istnieliśmy obok siebie. Spokojnie, niemal po bratersku. Bez fajerwerków, bez szaleństw. Czasem miałam wrażenie, że jesteśmy jak dwa drzewa rosnące obok siebie – korzenie splątane, a korony od dawna sięgają w różne strony.
Aż zaczęliśmy remont.
Nie bez powodu się zakręciliśmy. Michał po raz pierwszy wyjechał na kolonie nad morze. Na dwa turnusy! „Mamo, jestem już duży!” – oświadczył dumnie nasz 12-letni syn, pakując buty z podświetleniem. Staliśmy z Krzysztofem na peronie i machaliśmy odjeżdżającemu pociągowi, a gdy wróciliśmy do pustego mieszkania, zrozumieliśmy jedno – teraz zostaliśmy tylko my i te ściany, które pamiętają nas zupełnie innych.
Żeby przyspieszyć, wynajęliśmy kawalerkę, a w naszym mieszkaniu zamieszkali obcy ludzie – głośni, śmierdzący farbą i potem. Wśród nich był Piotr.
Wysoki, z szorstkimi dłońmi i zimnymi oczami. Przypominał mi młodego Krzysztofa – barwą głosu, nawykiem mrużenia oczu, gdy myślał. Ale jeśli mój mąż mówił do mnie łagodnie, nawet w złości nie podnosząc głosu, to Piotr wrzeszczał na telefonie na swoją żonę, że aż wstyd było słuchać.
Po raz pierwszy usłyszałam, jak mężczyzna może tak rozmawiać z kobietą, która urodziła mu dwoje dzieci. Przez zęby, z irytacją, jakby mu coś była winna. A potem okazało się, że ma jeszcze kochankę.
Pewnego dnia wpadłam po zapomniane plany i zastałam go w salonie z młodziutką dziewczyną. Piszczała ze śmiechu, gdy opowiadał jakiś sprośny dowcip. Potem złapał ją w pasie i przycisnął do jeszcze nie pomalowanej ściany.
I wtedy nagle się wystraszyłam.
Nie o nią – o siebie.
A jeśli Krzysztof też ma gdzieś taką głupiutką dziewczynę, która cieszy się jego uwagą jak jałmużną? A może on też od lat żyje na dwa fronty, a ja jestem ostatnią, która o tym wie?
Tamtego wieczoru przy kolacji wpatrywałam się w męża. Szukałam w jego oczach tej samej obojętności, zmęczenia, chęci ucieczki. A on nagle zapytał:
– Jak tam, nie za bardzo się męczysz w tym całym bałaganie?
Tymczasem robotnicy zdarli stare tapety w naszej kawalerce, a spod warstwy papieru wyłoniły się ślady naszych pierwszych lat. Oto różowa plama. To my z Krzysztofem, pijani od szampana, świętowaliśmy nowe mieszkanie. Wtedy podniósł mnie na ręce, ja krzyknęłam, butelka wypadła – i połowa wylała się na ścianę.
A tu wgniecenia po gwoździach – ślady tej półki, którą Krzysiek majstrował cały weekend, gdy ja byłam u rodziców. „Nie wchodź!” – krzyczał za drzwiami, gdy ja się śmiałam i tupałam z niecierpliwości. Półka wyszła krzywo, ale stała dziesięć lat.
… Trzy dni później pojechaliśmy wybierać tapety.
Krzysztof, który zawsze zostawiał decyzje mi, nagle ożył. Skrupulatnie porównywał odcienie, pytał: „Które ci się bardziej podobają?”. Nie spieszył się, nie oszczędzał – wybierał. Dla nas. Dla naszego domu. Dotykał próbek, wodził palcami po fakturach, zastanawiał się:
– Jak myślisz, ten perłowy odcień będzie się mienił przy lampie?
Gdy doszliśmy do rolek do sypialni, nagle sięgnął po delikatnie błękitne z ledwo widocznym srebrnym wzorem.
– Jak w tym hotelu w Kołobrzegu – mruknął.
Odetchnęłam: jeszcze przed ślubem, na naszej pierwszej wspólnej wycieczce, przesiedzieliśmy całą noc na balkonie, słuchając morza. Ściany były dokładnie tego samego koloru.
Potem był salon meblowy, gdzie uparł się na fotel z wysokim oparciem – „żebyś mogła czytać przy dobrym świetle”.
– Skąd wiesz, że tego potrzebuję? – spytałam.
– Żyję z tobą szesnaście lat – uśmiechnął się. – Coś tam musiałem zapamiętać.
W jego głosie nie było irytacji, tylko ciepła, cicha czułość. Ta sama, sprzed lat. I wtedy zrozumiałam: on nadal mnie kocha. Po prostu to uczucie zagubiło się gdzieś między codziennością, rutyną, dniami jak dwie krople wody.
Ale nie zniknęło.
– W sypialni przyklejmy sami – niespodziewanie zaproponował Krzysiek, gdy remont miał się ku końcowi.
Zamarłam.
– Przecież nienawidzisz kleić tapet…
– Nienawidziłem – prychnął. – Ale dla naszego pierwszego mieszkania się przemogłem, pamiętasz?
Tak, pod warstwą codzienności, pod ciężarem lat, pod rutyną – wciąż żyje ten sam chłopak, który nosił mi kawę w termosie przez pół miasta. Po prostu zapomnieliśmy, gdzie się schowaliśmy.
… I oto stoimy w środku sypialni, a Krzysiek znowu, jak lata temu, myli górę i dół tapety:
– Cholera – mamrocze – dlaczego zawsze wyglądają tak samo z obu stron?
Śmieję się i podaję mu nowy arkusz. Za oknem lipcowy deszcz, a w głowie wspomnienia. Oto malujemy ściany w pierwszym mieszkaniu, a Krzysiek przypadkiem przykleja dłoń do świeżej farby. Oto jesteśmy w rodzinnym domu, gdzie po cichu przemalowuje moje dziewczęce pokoje, gdy ja jestem w akademiku.
– Najważniejsze, żeby skończyć do 25-go – mówię. – Michał wraca.
Krzysiek kiwa głową i nagle chwyta moją dłoń, ubrudzoną klejem.
– Pamiętasz, jak w jego szkole kleiliśmy tapety?
Jak zapomnieć. My, odpowiedzialni rodzice pierwszoklasisty, postanowiliśmy sami je przykleić. Ściany były pomalowane, a my nie wiedzieliśmy, że taką farbę trzeba koniecznie zedrzeć. Rano wszystkie paski, jakby na złość, odkleiły się. Musieliśmy na gwałut skuwać farbę i zaczynać od nowa.
– No, wtedy naprawdę daliśmy ciała – uśmiecham się, rozcierając klej po drugiej stronie.
Krzysiek pryKrzysiek dopasowuje ostatni fragment tapety, a ja nagle czuję, że ten dom, choć zmieniony, znów jest nasz – tak jak nasza miłość, która przetrwała pod warstwami czasu i teraz, odnowiona, świeci jak pierwszy raz.



