**Przeznaczenie**
Anna poślubiła Tomasza zaraz po studiach. Ich miłość była tak intensywna, że świat zdawał się istnieć wyłącznie dla nich dwojga. Rodzice, widząc ich szczęście, pomogli młodej parze kupić przestronne mieszkanie w Krakowie.
Jedno z pomieszczeń urządzili z drżeniem serca na pokój dziecięcy. Kupili dwie małe kołyski, wyobrażając sobie, jak ich przyszłe dziecko będzie słodko spać w jednej z nich. Wybrali nawet imię dla pierworodnego — był nim Kacper. Anna i Tomasz byli przekonani, że urodzi się chłopiec. Na wypadek dziewczynki mieli w zanadrzu imię Zofia. Ale znajomym opowiadali tylko o Kacprze, jakby dziewczynka była odległą możliwością.
Gdy babcia Anny, Elżbieta, usłyszała o tym, surowo zbeształa wnuczkę:
— Aniu, nie można tak! Nadawać imię przed narodzinami to zły znak! Imię daje się dziecku dopiero, gdy przyjdzie na świat!
— Babciu, naprawdę wierzysz w te zabobony? — Anna tylko machnęła ręką, śmiejąc się.
Minęły trzy lata, a pokój dziecięcy wciąż stał pusty, jakby przeklęty. Anna nie mogła zajść w ciążę. Leki, lekarze, nieskończone badania — nic nie pomagało. Nadzieja topniała jak wiosenny śnieg, pozostawiając tylko chłód i pustkę.
Elżbieta, widząc cierpienie wnuczki, namówiła ją na wizytę u znachorki, cioci Róży. Anna nie wierzyła w takie rzeczy, ale rozpacz zmusiła ją do zgody. *”A nuż…”* — przebiegło jej przez myśl.
Ciocia Róża, wysłuchawszy Anny, spojrzała na nią głębokimi, niemal przerażającymi oczami i rzekła:
— Marzyliście o synu, daliście mu imię — Kacper. Ale imię powstało przed dzieckiem. Ktoś je zabrał. Teraz i wy, i ten, kto je nosi, jesteście nieszczęśliwi. Uczyńcie to dziecko szczęśliwym — a szczęście wróci do was.
Anna słuchała, a serce ściskało się w piersi. Słowa starej kobiety brzmiały dziwnie prawdziwie.
— Ciociu Różo, co mam zrobić? — głos Anny zadrżał.
— Sama zrozumiesz — odparła znachorka tajemniczo. — Zrozumiesz — a szczęście zamieszka w waszym domu.
Minął kolejny rok. Dzieci wciąż nie było. Anna niemal zapomniała o słowach cioci Róży, ale iskra nadziei tliła się w jej sercu. Tomasz też nie tracił wiary, choć smutek coraz częściej gościł w jego oczach.
Pewnego dnia Anna załatwiała sprawy na drugim końcu miasta. Szła obok starego teatru lalek, gdy podjechał autobus z napisem „Dom Dziecka”. Wysypała się z niego gromadka maluchów, gdakających jak wróble. Anna zatrzymała się, zauroczona ich beztroskim śmiechem. Nagle rozległ się krzyk wychowawczyni:
— Kacpe-e-er!
Chłopiec, goniąc za uciekającą czapką, wybiegł na jezdnię. Anna, stojąca najbliżej, rzuciła się ku niemu, chwyciła go za rękę i przyciągnęła do siebie, czując, jak serce wali jak oszalałe.
— Kacper! — wyszeptała, sama nie wiedząc, dlaczego wypowiedziała jego imię.
— Mamo — szepnął chłopiec, obejmując jej szyję drobnymi rączkami.
Dobiegła wychowawczyni:
— Dziękuję pani!
Próbowała odebrać chłopca, ale ten wpił się w Annę, nie chcąc puścić.
— Kacper, chodźmy na przedstawienie! — powiedziała łagodnie Anna, wciąż drżąc.
— Dlaczego nazwał mnie mamą? — spytała wychowawczynię, nie mogąc oderwać wzroku od jego wielkich oczu.
— Tak nazywają wszystkich, którzy im się podobają — odparła kobieta, po czym dodała: — Nie ma pani własnych dzieci?
— Nie — głos Anny zadrżał, łzy napłynęły do oczu. — Tak bardzo marzymy z mężem…
Wychowawczyni spojrzała na nią ciepło.
— Kacper to wspaniały chłopiec. Niech pani nas odwiedzi.
Wieczorem Anna spotkała Tomasza z zapłakanymi oczami.
— Co się stało, Aniu? — rzucił się ku niej, obejmując.
— Dziś pod teatrem był autobus z domu dziecka — zaczęła, powstrzymując łzy. — Jeden chłopiec wybiegł na ulicę za czapką. Zdążyłam go złapać. Przytulił mnie i nazwał mamą. A ma na imię… Kacper.
Anna wybuchnęła płaczem, wtulając się w ramię męża.
— Tomek, zabierzmy go do siebie. Będzie naszym synem.
Tomasz zamyślił się, lecz po chwili twarz rozjaśnił uśmiech.
— Ile ma lat? — zapytał.
— Trzy czy cztery. Jest taki jasny, taki dobry. Wszystko we mnie się przewróciło, gdy go przytuliłam.
— Dobrze, uspokój się — Tomasz pogłaskał ją po głowie. — Jutro jedziemy do domu dziecka, wszystko sprawdzimy.
Następnego dnia, uzbrojeni w zabawki i słodycze, Anna i Tomasz pojechali do domu dziecka. Dyrektor, Bożena Marecka, przywitała ich serdecznie. Wiedziała już o wczorajszym zdarzeniu.
— Witajcie! Proszę wejść — powiedziała. — Dziękuję za wczoraj, Anno.
— Dzień dobAnna uścisnęła Kacpra mocniej, wiedząc, że to właśnie on odmieni ich życie na zawsze.



