Dziennik.
Dziś wieczorem przy filiżance herbaty i kawałku sernika babcia Jadwiga i ja, Alicja, cieszyłyśmy się spokojem po hucznym przyjęciu. 75. urodziny to przecież nie byle co – goście już się rozeszli, a nasze rozmowy w kuchni to najcenniejsze chwile.
— Mówisz, babciu, że mężczyźni patrzą na wygląd… — zaczęłam niepewnie, spuszczając wzrok. — To powiedz, co jest ze mną nie tak?
— Wszystko z tobą w porządku, kochanie — odparła stanowczo. — Mądra, piękna, dobra, wychowana. Czego chcieć więcej?
— Więc dlaczego jestem sama? Mam już dwadzieścia pięć lat… U koleżanek rodziny, dzieci, a ja… jakbym stała w miejscu.
— Po prostu jeszcze nie spotkałaś swojego człowieka — uśmiechnęła się ciepło. — A ten… jak mu tam było? Marek?
— Był — skinęłam głową. — Aż okazało się, że jest żonaty. Zniknął tak samo cicho, jak się pojawił.
— Słusznie go wyrzuciłaś — burknęła, gniotąc serwetkę. — Żonaci to nie miłość, tylko cudzy ból. Postąpiłaś dobrze. Ale twoje szczęście cię znajdzie, zobaczysz.
Następnego dnia rankiem mróz szczypał w policzki. Biegłam do pracy w nowym, jasnym płaszczu, omijając kałuże i śliskie plamy lodu. Myśli błądziły gdzieś daleko, aż nagle obryzgała mnie brudna fala.
Zalana po pas. Jasny płaszcz momentem stał się szarobury. Zamarłam, czując, jak łzy napływają do oczu.
— Przepraszam! — podszedł mężczyzna w eleganckim płaszczu. — Niech mnie ziemia pochłonie, nie zauważyłem. Potrąciłem panią?
— I co z tych przeprosin?! — łknełam. — Jak teraz pójdę do pracy?!
— Odwiozę panią. I do pralni też. Płaszcz będzie jak nowy. Jestem Krzysztof, przy okazji.
— Alicja…
Pomógł mi przejść przez ulicę, otworzył drzwi samochodu i zawiózł najpierw do biura, a płaszcz — od razu do pralni. Dzień minął w nerwach, ale zapomniałam zapytać o numer. Teraz dręczyłam się: jak go teraz odnaleźć?
Wieczorem, pod biurem, już wzywałam taksówkę, gdy nagle usłyszałam:
— Alicja!
Biegł do mnie mężczyzna z bukietem. Marek. Ten sam.
— Musimy porozmawiać!
— Nie mamy o czym! — odparłam twardo. — Wracaj do swojej żony!
— Nie odejdę tak łatwo — złapał mnie za rękę. — Musisz mnie wysłuchać…
— Puść ją! — rozległo się za moimi plecami.
Stał tam Krzysztof. Pewny siebie, stanowczy. Narzucił mi na ramiona czysty już płaszcz i zwrócił się do Marka:
— To moja kobieta. Nie waż się jej dotykać.
— Co? — Marek zbladł. — Od kiedy to…?
— Wszystko w porządku, Krzysiu — uśmiechnęłam się. — Nawet go nie znam.
Wsiedliśmy do samochodu, a ja szepnęłam:
— Dziękuję. Uratowałeś mnie.
— Głupstwa — zaśmiał się cicho. — Ale liczyłem przynajmniej na kolację w zamian za płaszcz.
— A ja myślałam, że będzie to ślub — odparłam.
Pół roku później w tym samym domu, gdzie babcia Jadwiga obchodziła urodziny, znów zebrała się rodzina — tym razem na naszym weselu.
Tylko jedna osoba uśmiechała się z wyjątkowym błyskiem w oku — babcia Jadwiga.
— Co ci mówiłam, Alicjo? — szepnęła. — Przeznaczenie znajdzie cię nawet w kałuży.



