Przyjechała przyjaciółka z dawnych lat – wybrała życie bez dzieci, by być wolną i spełnioną. Spotkan…

Przyjechała koleżanka z podstawówki. Nigdy nie miała dzieci. Zdecydowała, że dzieci to jednak nie jej bajka chciała mieć życie dla siebie i święty spokój.

Dzisiaj spotkałam się z Basią, moją najstarszą druhną z osiedla. Obie mamy po sześćdziesiątce, ale przecież wiek to tylko liczba, prawda? Kiedy tylko dostałyśmy dyplomy, Basia zwinęła manatki szybciej niż ja kibicowałam Polsce na mundialu i zniknęła z naszego Stalowej Woli. Przez moment jeszcze wymieniałyśmy się listami (tak, tak, wtedy nie było internetu), ale potem kontakt się urwał, jak połączenie w PKP pod Przemyślem.

Z czasem dowiedziałam się od Grażki, tej od fryzjera, że Basia nie umie usiedzieć w jednym miejscu, podróżuje po całej Europie, mężczyzn zmienia częściej niż ja przepisy na szarlotkę. W wieku pięćdziesięciu już miała trzeciego męża, ale i on długo nie zagrzał miejsca. O dzieciach ani słychu, ani widu. Zawsze się nad tym zastanawiałam przecież jak nie wyjdzie z facetem, to chociaż dzieci zostają, a potem wnuki do rozpieszczania.

No, ale Basia wróciła teraz na stare śmieci do naszego miasteczka. Chciała upłynnić resztki swojego majątku, bo mieszkanie przez lata tylko wynajmowała.

Umówiłyśmy się przy kawie i cieście drożdżowym. Ja opowiadałam o swojej bandzie (troje dzieci, pięć wnucząt, jeden jamnik), a ona o swoich podróżach i przygodach. W końcu pytam, prosto z mostu:

Basia, no powiedz, czemu twoje życie wygląda tak, jak wygląda? Czemu nigdy nie miałaś dzieci? Przecież chociaż tak w razie czego, żeby kto ci podniósł szklankę wody, jak już siądą ci kolana?

Basia spojrzała na mnie jakbym wyskoczyła z teleturnieju, po czym parsknęła śmiechem.

A Ty myślisz, że twoje dzieci ci coś doniosą? Proszę cię, one mają swoje życie. Dzieci teraz to nawet do babci na imieniny z trudem dojadą. Lepiej całe życie odkładać złotówki i potem wynająć sobie porządną opiekunkę, niż liczyć na to, że cię własne dzieci nie zostawią na lodzie.

A dziecka nie urodziłam, bo nie miałam takiej potrzeby. Ja wolę troszczyć się o siebie, spać do południa, wydawać pieniądze na podróże, a nie na pieluchy czy kredyty na mieszkanie dla dzieci. Chciałam żyć na własnych zasadach. Mężowie mnie zostawiali, bo marzyli o rodzinie, a ja im mówiłam wprost: wolę Pasieki w Bieszczadach od pieluch.

Teraz też żyję po swojemu. Nie muszę pilnować wnuków ani martwić się, czy emerytury mi starczy, żeby dokładać dzieciom do rachunków. Niczego nie żałuję jak patrzę na innych, co mają całą gromadkę, a wiecznie sami, to aż mi ich szkoda. Narzekają potem, że dzieci w Anglii czy Irlandii, a sami święta spędzają z kotem. Ja takich dylematów nie mam.

Tak sobie pogadałyśmy i muszę przyznać, że ma trochę racji. Chyba nie każdemu pisane życie ciągłego martwienia się o dzieci i wnuki. Po co rodzić, jeśli się tego nie chce? Lepiej mieć kawę z pianką, wycieczkę rowerową w Mazury i święty spokój.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery + 6 =

Przyjechała przyjaciółka z dawnych lat – wybrała życie bez dzieci, by być wolną i spełnioną. Spotkan…