Telefon zadzwonił w środku spokojnego popołudnia, przerywając monotonny szelest żelazka w dłoniach Marianny.
– Halo, Marianna? – usłyszała znajomy głos w słuchawce.
Serce zamarło jej w piersi, uderzając głośno, niemal boleśnie. Gdyby nie włączony telewizor, z pewnością obudziłby męża.
– Tęskniłem. Nie mogłem dłużej czekać. Myślę o tobie bez przerwy. Spotkajmy się – mówił ten sam, zniewalający głos.
Marianna wyszła z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Oparła się o ścianę w przedpokoju, czując, jak nogi stają się miękkie, niemal bezwładne.
– Marianna, jesteś tam? – głos brzmiał jak zaklęcie, pociągające i przerażające jednocześnie.
Nie powinna była odbierać. Powinna była spojrzeć na wyświetlacz. Przez pół roku zmuszała się do zapomnienia. Tłumaczyła sobie, że ma stabilne małżeństwo, dobrego męża, wspólne lata. Nie potrzebowała nikogo więcej…
Z Witkiem poznali się w szkole. Był prymusem, wygrywał olimpiady matematyczne. W liceum zaczął nosić okulary, więc koledzy przezwali go „Tolstojem”. I słusznie – spokojny, pulchny, o delikatnym uśmiechu, przypominał bohatera z klasycznej powieści.
Marianna, jak większość dziewczyn w klasie, nie widziała w nim obiektu westchnień. Spisać zadanie, podpowiedzieć na klasówce – to co innego. Ona wolała chłopaków pewnych siebie, sportowych, z poczuciem humoru.
Pewnego dnia przypadkowo spotkali się na ulicy. Rozmawiali, wspominali szkolne czasy. Witek nosił już soczewki. „Całkiem sympatyczny” – pomyślała wtedy.
Skończył warszawską politechnikę, ona – medycynę. Wymienili numery, „tak na wszelki wypadek”. Po pięciu latach od matury planowano zjazd klasowy. Witek obiecał zadzwonić, podać szczegóły. Dała mu numer, choć nie zamierzała iść. Zapomniała o nim zaraz po rozmowie.
Ale po kilku dniach zaprosił ją do kina. Chłopaków miała co jakiś czas, ale nic poważnego. Ci, którzy jej się podobali, nie zwracali na nią uwagi. A z tymi, którzy jej nie interesowali, nie chciała się wiązać.
– Idź, popatrz, bo zostaniesz starą panną – mówiła matka.
Poszła. Tak się zaczęło. Witek szybko wyznał miłość i oświadczył się. Był solidny, pracował w korporacji, miał przyszłość.
– Zastanawiasz się? Bierz go, ulepić z niego można, co się chce – radziła matka. Marianna się zgodziła.
Żyli spokojnie. Kłótnie zdarzały się rzadko, zwykle z jej winy. Potem urodziła się córka, Ola. Teściowa nie wtrącała się, chętnie pomagała. Rodzice Marianny też byli wsparciem.
Drugiego dziecka nie chciała. Namiętności między nimi nigdy nie było. W łóżku Witek też nie pałał ogniem. Zastanawiała się czasem, dlaczego ich życie intymne jest takie… zwyczajne. Ale miała pewność – on nie zdradzi. Koleżanki z pracy płakały, opowiadając o zdradach, rozwodach, samotnym wychowywaniu dzieci.
Córka dorosła, skończyła Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Prowadziła życie, o którym Marianna mogła tylko marzyć. – Nie potrzebuję pieniędzy, babcie rywalizują, która da więcej – śmiała się Ola.
Tak, babcie rozpieszczały wnuczkę. Teściowa namawiała kiedyś na drugie dziecko – „każda by miała swojego wnuka”. Marianna nie żałowała, że nie uległa. Czasem tylko dziwiła się, jak w ogóle udało im się mieć córkę, skoro Witek tak rzadko okazywał pragnienie.
Żyli. A pół roku temu Marianna została ordynatorem przychodni, po przejściu poprzedniczki na emeryturę. Nowe obowiązki pochłaniały czas. Spotkania, konferencje.
Na jednej z nich poznała Jacka. Mężczyzn było tam niewielu. Wysoki, przystojny, zadbany – rzucał się w oczy. Starsze koleżanki traktowały go po macierzyńsku, młodsze – kokietowały bez skrępowania.
Ostatniego wieczoru był bankiet. Marianna chciała wracać, nie lubiła takich imprez. Ale współlokatorka namówiła ją:
– Właśnie na takich bankietach nawiązuje się ważne kontakty. Wierz mi, wiem, co mówię.
Została.
Przemówienia trwały wiecznie. Po godzinie szanowani lekarze byli nie do poznania – śmiali się, opowiadali dowcipy, tańczyli. Marianna tylko udawała, że pije, ale bawiła się dobrze. Gdy zaczęły się tańce, odsunęła się, szukając momentu, by wyjść.
– Też się pani nudzi? – podszedł Jacek. – Uciekajmy stąd.
Z ulgą zgodziła się.
Szli długimi korytarzami hotelu. – Chodźmy do mnie. Mam dobre wino, a pić samemu smutno – zaproponował.
Nie wiedziała, dlaczego się zgodziła. Może dlatego, że nie chciała wracać do pustego pokoju. A może dlatego, że on jej się podobał. I wiedziała, że ona jemu też.
W jego pokoju mówił coś o pracy, o planach. Za oknem migotały światła miasta. I wtedy ją pocałował. Nie odepchnęła go.
Obudziła się w jego łóżku. Nigdy w życiu nie czuła czegoś podobnego. Z Witem zawsze było przewidywalnie, bezpiecznie. A tu – ogień, który pochłaniał ją całą. Zapomniała o wszystkim.
Ale wszystko ma swój koniec. Bankiet dawno się skończył, noc minęła. Leżeli zmęczeni, ale szczęśliwi, trzymając się za ręce.
– Zostańmy jeszcze jeden dzień – prosił Jacek. – Bilety? Nie ważne, kupimy nowe. Nie chcę cię stracić.
Każda kobieta lubi słyszeć takie słowa. Ale wiedziała – to się nie powtórzy.
– Jestem zamężna – szepnęła słabo.
– Jesteś z nim nieszczęśliwa, czuję to.
– Nie. – Zerwała się, ubierając się pośpiesznie. – Twój pociąg za półtorej godziny.
Nie pytała, czy on jest żonaty. Po co? Za chwilę rozejdą się na zawsze. Wróci do domu i zapomni.
W pokoju spakowała się szybko. Współlokatorka patrzyła na nią wymownie, ale nic nie powiedziała.
W pociągu wreszcie odetchnęła. Zapomnieć. To postanowienie. Witek spotkał ją na dworcu, w drodze do domu opowiadał o swoich sprawach. Nie słuchała. Zamykała oczy, próbując wymazać Jacka z pamięci.
W nocy Witek przytulił się do niej.
– Jestem zmęczona, śWitek w milczeniu odwrócił się na bok, a wtedy Marianna poczuła, jak łzy cicho spływają jej po policzkach – zrozumiała, że nawet jeśli wróci do Jacka, prawdziwe szczęście już dawno odjechało tym samym pociągiem.



