„Przyjaźń na zawsze”

Arek i Krzysław – przyjaciele na zawsze

Krzysław rozwiązywał służbowe sprawy w swoim gabinecie, gdy telefon na biurku zawibrował. Już miał odrzucić połączenie, lecz na ekranie uśmiechnęło się do niego nazwisko dawnego szkolnego kompana.

– Przepraszam na chwilę – rzucił współpracownikom, sięgnął po telefon i wyszarpnął się za drzwi.

– Słucham? – odpowiedział ostrożnie.
W żyłach poczuł dziwny ucisk. Po latach… Znać go w głosie?

– Krychu? To naprawdę ty? To ja, Arek. Myślałem, że dawno zmieniłeś numer – w słuchawce rozbrzmiał radosny, rozchwierutany głos.

– Cześć. Co słychać? – wyrzucił z siebie automatycznie, jeszcze niepewny. Ale Arek nie wyczuł chłopię.

– Stary, jestem w Warszawie! Wiem, że pewnie nie w porę, ale… spotkamy się? Kiedy indziej może nie być takiej szansy.

– Mamy teraz naradę, ale za godzinę będę wolny. Gdzie jesteś? – Krzysław rozluźnił się, w kąciku ust pojawił się cień uśmiechu.

– Na Dworcu Centralnym. Pod głównym wejściem.

– Wporządku. Nie ruszaj się stamtąd.

Wrócił do gabinetu, udawał skupienie, ale myśli krążyły wokół tamtych lat. Piętnaście? Od kiedy wyjechał z rodzinnego Sieradza na studia.

Na peronie tłumy. Krzysław przeglądał twarze, aż w końcu…

– Stary! – Odwrócił się. Przed nim stał uśmiechnięty mężczyzna w rozchełstanych jeansach. Przez sekundę mierzyli się wzrokiem, potem klepnęli się w dłonie, aż w końcu – bez słowa – wpadli sobie w ramiona.

– Krychu…
– Arek…

– Nie wierzę. Wyglądasz jak król życia – Arek poklepał go po plecach. – Tu za morderczo głośno. Może wpadniemy gdzieś na kawę?

– Mam auto. Jest do zjedzenia? – Krzysław wskazał na potężnego SUV-a.

Wysokie brwi Arka poszybowały w górę.

– Twoje? Kurde, nieźle!

W kafejce przy Rondzie Daszyńskiego panował półmrok. Cisza po dworcowym zgiełku.

– Mów, stary. Żyjesz? Żonaty?

Arek rozpromienił się jak słone.

– Żonaty. Dwoje dzieci – Franek ma jedenaście, a Maryśka właśnie kończy pierwszą klasę. – Zniżył głos. – Teść zostawił mi warsztat. Ledwo zipiał, ale teraz idzie nieźle. Jak powiem Małgosi, że cię widziałem, nie uwierzy.

– Małgosi? – Krzysław uniósł brwi. – Zaraz, chyba nie w tej Małgosi, co za nami biegała?

– Własnie w tej! – Arek zaśmiał się, pokazując zęby. – Pamiętasz, jak uciekaliśmy przed nią przez całe liceum? A ona mi się zawsze podobała. Jak wyjechałeś, chciała jechać za tobą. Matka nie puściła. A potem… no, jakoś tak. – Wskazał na obrączkę Krzysztofa. – A ty?

Krzysław skinął głową.

– Żona. Dzieci nie ma.

Kelnerka przyniosła zamówienie: kawa dla obu, dla Arka – schlub z frytkami i sernik.

– Nie patrz tak. Trzymałeś post? – Krzysław uśmiechnął się pod nosą.

– Teściowa miała operację biodra. Trzy godziny w pociągu z nią…

– Pamiętasz tę naszą wyprawę na Podlasie? Gdy o mało nie zamarzłyśmy?

– A jak Szymek złamał naskę, skacząc z dachu stodoły?

Śmiali się, aż łzy pociekły po zmarszczkach wokół oczu Arka. Nagle zamilkni.

– Zazdrościa? – Krzysław upił lyk kawy.

– Troszkę. Ale nie mam pretensji. Mam swoją Małgosię, dzieci, dom. Za nich oddam duszę. A ty?

– Ja?

– Szczęśliwy jesteś?

Krzysław poczuł naskanie w żołądzku.

– Pieniędzy to ja nie chcę – Arek odpychił niewypowiedzianą propozycję. – Dziwisz się, że nie dzwoniłem? Sam też mógłeś.

Wracali na dworzec w ciężkiej atmosferze. Arek jednak w końcu się uśmiechnął.

– Ta ławka przy szkole… nadal tam jest. Malują ją co roku, ale nasze nazwiska zawsze wychodzi.

Krzysław roześmiał się cicho.

W domu czekała na niego Magda. Wysoka, w idealnie skrojonym kostiumie.

– Spotkałem dziś Arka – rzucił, nalewając koniak. – Zaprosił nas do siebie. Może pojedziemy?

Magda zmarszczyła czoł.

– W weekend? Przecież obiecaliśmy rodzicom.

– Potem. Pokażę ci, gdzie się wychowałem. Będziemy łowić ryby, jak kiedyś.

– Kochanie, jesteś zmęczony.

W łóżku nie mogli zasnąć.

– Magda… czemu nie mamy dzieci?

Obrócili się ku sobie w ciemności.

Nad ranem jednak Magda skinęła głową.

– Jednym. W niedzielę wróci.

Jechą przez miasto, Krzysław mówi o dzieciństwie, o małym Franku i Maryśce, które pewnie będą mieć kiedyś… Magda kiwa głową, lecz jej myśli biegną w inną stronę: *Zobaczy tę ich ciasną klitkę, tę żonę z obwisłym biustem od ciąży… I wróci do mnie.*

Za szybą Warszawy mija neonowe smugi. Krzysław śmieje się głośno, trzymając kierownicę. Czuję, że po latach wreszcie oddycha.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 − 1 =

„Przyjaźń na zawsze”