„Przyjaźń na zawsze”

**Dziennik osobisty**

Siedziałem w biurze, załatwiając sprawy służbowe z kolegami, gdy na biurku zadzwonił telefon. Już miałem odrzucić połączenie, ale zobaczyłem na wyświetlaczu imię dawnego przyjaciela ze szkoły.

– Przepraszam na chwilę – powiedziałem współpracownikom, wyszedłem na korytarz i odebrałem.

– Słucham? – odpowiedziałem ostrożnie.
Miałem w szkole przyjaciela, Andrzeja, ale tyle lat minęło… Sam nie pamiętałem, czy w ogóle zachował mój numer – tyle razy zmieniałem telefon.

– Krzysiek? To naprawdę ty? To ja, Andrzej. Myślałem, że dawno zmieniłeś numer, nawet nie miałem nadziei, że się dodzwonię – rozradowany głos w słuchawce.

– Cześć, Andrzej. Co u ciebie? – pytałem jeszcze oszołomiony, odpowiadając automatycznie. Ale Andrzej tego nie zauważył i mówił dalej, pełen energii:

– Świetnie! Jestem w Warszawie. Słuchaj, wiem, że pewnie pracujesz, nie w porę dzwonię… Może się spotkamy? Tyle lat. Kiedy znaz będzie taka okazja?

– Wiesz, mam teraz zebranie. Ale za godzinę będę wolny. Mów, gdzie mam podjechać. Cholera, dobrze cię słyszeć – odparłem już cieplejszym głosem.

– No to jestem na Dworcu Centralnym. Stoję przed głównym wejściem.

– Znajdę cię. Tylko nie znikaj, dobrze? Czekaj – powiedziałem, wracając do biura.

Mówiłem coś na zebraniu, dyskutowałem, ale myśli krążyły wokół Andrzeja. Piętnaście lat minęło, odkąd wyjechałem z rodzinnego miasta na studia.

Zaparkowałem i ruszyłem w stronę dworca. Jak zawsze, pełno tam było ludzi. Rozglądałem się, wypatrując znajomej twarzy.

– Krzysiu! – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, podchodząc. Nie od razu go poznałem. Stanęliśmy na moment, oceniając się wzajemnie, potem podaliśmy sobie dłonie i w końcu, bez słów, przytuliliśmy się.

– Krzysiu…
– Andrzej…

– Nie wierzę własnym oczom – szepnął Andrzej, znów ściskając mnie mocno. – Świetnie wyglądasz. Widać, że ważny gość. Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko. Tu tłok. Może pójdziemy gdzieś usiąść?

– Jasne – zgodziłem się. – Mam auto. Niedaleko stąd jest dobra kawiarnia. Przyjechałeś w sprawach do Warszawy?

– Teściową przywiozłem na operację. Kolano ma zniszczone, ledwo chodzi. Długo czekaliśmy na termin. O rany… To twoje auto? – Andrzej patrzył niedowierzająco.
Staliśmy przy nowoczesnym SUV-ie.

– Moje, wsiadaj – uśmiechnąłem się, zadowolony z efektu.

Podczas gdy Andrzej komentował każdy szczegół, wjechałem w ruch uliczny, skręciłem w boczną uliczkę i po pięciu minutach zatrzymaliśmy się. W kawiarni panował półmrok mimo dnia. Cisza, zupełny kontrast do dworcowego zgiełku.

– No, wreszcie można normalnie pogadać. Mów, co u ciebie. Ledwo usiedliśmy, gdy podeszła kelnerka.

– Dla mnie czarna kawa, bez cukru. A dla przyjaciela… – spojrzałem pytająco na Andrzeja.

– Dla mnie to samo – odparł szybko.

– A jeszcze stek z ziemniakami, kawę i ciasto dla niego – dopowiedziałem.

Kelnerka odeszła.

– Nie patrz tak. Jeszcze musisz jechać pociągiem. Pewnie nie jadłeś nic od rana.

– Masz rację. Z teściową jechaliśmy do szpitala trzy godziny. Ledwo się rusza… Tylko ja sam zapłacę.

Nie odpowiedziałem.

– Nie myśl, że potrzebuję pomocy. Operacja na NFZ. Po prostu… chciałem cię zobaczyć. Wybrałem numer, myślałem, że dawno go zmieniłeś, a ty odebrałeś – powtórzył.

– Rozumiem. Mów, jak ci się wiedzie. Żonaty?

– Tak. Dwójka dzieci. Syn ma jedenaście, a Basia siedem, właśnie kończy pierwszą klasę. Teść zostawił mi warsztat po śmierci, teraz go prowadzę. Jak powiem Kasi, że cię widziałem, nie uwierzy.

– Której Kasi? – zdziwiłem się. – Moment, ożeniłeś się z Kasią?

– Pamiętasz ją? Z nią – Andrzej rozpromienił się. – W szkole za tobą latała. Nie dawała ci spokoju. Pamiętasz, jak uciekaliśmy przed nią po lekcjach? A mi się podobała, już wtedy. Wiedziałeś? Jak wyjechałeś, bardzo przeżywała. Chciała nawet za tobą jechać do Warszawy. Matka nie pozwoliła. A potem zaczęliśmy się spotykać. Ot, tak. Przynajmniej w tym cię prześcignąłem. A ty? Widać, że żonaty – wskazał na moją obrączkę.

– Tak – potwierdziłem. – Ale dzieci jeszcze nie mamy.

– Rozumiem. A gdzie pracujesz?

– W korporacji. Kieruję działem sprzedaży.

– No proszę. W Warszawie mieszkasz, auto super… Z nas wszystkich to ty najlepiej wyszedłeś – powiedział z uznaniem.

Uśmiechnąłem się skromnie.

– Pamiętasz, jak jeździliśmy na ryby? Albo jak uciekliśmy z domu „na biegun”? Ojej, oberwaliśmy wtedy od rodziców. Ja kilka dni nie mogłem usiąść…

– A jak prawie spaliliśmy szopę na działce? – przerwałem mu.

– Eh, to były czasy – oczy Andrzeja pociemniały. – Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko.

– Nie zazdrość – powiedziałem.

– Nie zazdroszczę, może tylko troszkę. Ale nie narzekam. Po teściu zostało starego poloneza, wyremontowałem go, zmieniłem silnik – teraz śmiga jak szalony. Kasia świetnie gotuje, dzieci… Dałbym się za nich pokroić. Wiesz, jak tak pomyśleć, to nie mam prawa narzekać. A ty?

– Ja? – nie zrozumiałem.

– W Warszawie mieszkasz, pracujesz, masz super auto, pieniądze. Jesteś szczęśliwy? – Andrzej spojrzał poważnie.

– Nie wiem. Nie myślałem o tym. Do czego zmierzasz?

– No weź. Wszystko rozumiesz. Jesteśmy z innych światów. Ty w garniturze… Nawet nie wiem, o czym z tobą gadać.

– Andrzej, przestań. Strasznie się cieszę, że się spotkaliśmy – uśmiechnąłem się.

– Cieszysz się? To czemu nie dzwoniłeś przez tyle lat? Wyjechałeś i zapadłeś się pod ziemię – odparł z lekką urazą.

– Ty też nie dzwoniłeś – nie pozostałem dłużny. Rozmowa przybierała dziwny obróZanim zdążyłem odpowiedzieć, Andrzej westchnął i powiedział: „Wiesz co, nie ważne – po prostu cieszę się, że cię widzę,” a ja poczułem, że dawna przyjaźń wciąż gdzieś tam jest, tylko przykryta warstwą lat i różnych wyborów.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwadzieścia − jedenaście =

„Przyjaźń na zawsze”