Przyjazd do polskiej wsi: pierwsza wizyta u teściów, ciepłe powitanie przez mamę Wiesława, swojskie …

Przyjechaliśmy z mężem do wsi pierwszy raz mam poznać jego rodziców. Mama Pawła, wychodząc na ganek i opierając ręce o biodra niczym gospodyni gotowa na ucztę, woła przez całą wieś:
Ojej, Pawełku! Czemuś mówił, że przyjedziesz sam? Widzę, nie jesteś sam!
Paweł ściska mnie mocno, przytula:
Poznaj, mamo, to moja żona, Bogusia.
Góra, obwiązana falbaniastym fartuchem, rozcapierza szeroko ręce i rusza do mnie:
A witajżeż, synowo!
I, zgodnie z tradycją, całuje mnie trzy razy na powitanie.
Od pani Krystyny czuć wyraźnie zapach czosnku i świeżego chleba.
Teściowa tak mocno mnie obejmuje, że zaczynam się bać.
Moja głowa trafia idealnie pomiędzy dwa poduszkowate piersi teściowej.
Po chwili odsuwa mnie, krytycznie lustruje od góry do dołu i pyta:
Paweł, gdzieś ty taką młódkę znalazł?
Mąż krótko się zaśmiał:
A gdzieżby, w mieście! W bibliotece A tata jest w domu?
U sąsiadki z piecem jej się bawi No, chodźcie do domu, zdejmujecie buty przed chwilą myłam podłogi.
Z podwórza zerkają na nas ciekawe dzieciaki z sąsiedztwa.
Szymek, leć do pani Antoniny, powiedz panu Stefanowi, że syn z żoną przyjechali!
Już lecę! rzuca chłopak i biegnie przez wieś.
Wchodzimy do izby.
Paweł zdjął ze mnie modny, choć tani płaszcz kupiony na wyprzedaży, i wiesza na haku koło pieca.
Potem przykłada moje zziębnięte, czerwone dłonie do pobielonej ściany pieca, tuli się do nich.
Moja karmicielko! Jeszcze cieplutkie
W kuchni już brzęczą żeliwne garnki, stuka gliniana misa, dźwięczą szklanki i aluminiowe łyżki
Teściowa nakrywa do stołu, a ja z zachwytem oglądam wiejską chatę:
W przednim kącie wisi święty obrazek, białe, kwieciste firanki w oknach, na podłodze i taboretach tkane, barwne dywaniki. Koło pieca, odwrócony do nas ogonem, śpi rudy kot
Braliśmy ślub w zeszłym tygodniu głos Pawła dochodzi do mnie jakby z oddali.
Jestem w szoku: tyle smakołyków pojawiło się na stole!
Na środku półmisek z zimnymi nóżkami. Obok kiszona kapusta, ogórki, gliniany dzbanek z mlekiem, na którym popękana, brązowa śmietana; placek z jajkiem i szczypiorkiem
O rety, jak chce się jeść!
Mamcia, starczy już! To na tydzień by starczyło mruknął Paweł, gryząc wielką pajdę domowego chleba.
Teściowa postawiła przy zimnych nóżkach spocone szkło z ćwiartką wódki i wytarła ręce w fartuch:
No, teraz wszystko gotowe!
W taki sposób poznałam mamę Pawła.
Matka i syn byli podobni jak krople wody oboje ciemnowłosi, z rumieńcami na twarzy. Tyle, że mój Pawełek był spokojny i ułożony, a teściowa energiczna i donośna.
Myślę, że niejednego niesfornego konia potrafiła okiełznać, niejedną płonącą chałupę uratować
W sieni huknęły drzwi.
Do kuchni, wpuszczając zimne powietrze, wchodzi niewielkiego wzrostu mężczyzna.
Chłop jak palec klaszcze z radości w dłonie:
No proszę, no proszę!
Jeszcze w ubrudzonej sadzą kurtce, pachnącej dymem, przytula syna:
Witaj, tato!
Ręce umyj, potem się witaj! rozkazuje teściowa.
Ojciec bierze mnie za rękę:
Dzień dobry, młoda pani!
Z oczu teścia patrzy wesołość, błękit pełen figlarności, rude, kręcone włosy połyskujące miedzią, a bródka jeszcze się śmieje.
Krystyno, dawaj mi też kapuśniaku! mówi, stukając w umywalkę, pan Stefan.
Wznosimy szklanki:
Na zdrowie, kochani!
Po jedzeniu i piciu nagle nabieram werwy:
Panie Stefanie, czemu wszyscy w waszej rodzinie mają na imię Stefan?
Proste, Bogusiu! I dziad, i ojciec, i ja wszyscy myśmy piekarze, z dziada pradziada. Tylko Pawełek tu kiwa na syna zdecydował się zostać tokarzem.
Tokarze też Polsce potrzebni!
Panie Stefanie, trudno stawiać taki piec?
Toż to całe rzemiosło! unosi palec teść. Żeby był piękny, nie kopcił, żeby chleb i ciasto smakowały nieziemsko. Nie wyglądam, ale siły nam, rudym, słońce dodało!
Stefan to złota rączka! odzywa się teściowa.
Tato, opowiedz coś, posłuchamy.
Teść wzdycha, głaszcze bródkę, patrzy łobuzersko:
No, jak tak chcecie, to posłuchajcie! Bajka pierwsza
Pojechaliśmy raz w lipcu na sianokosy. Balbina mieliśmy wtedy, pamiętasz, Krystyno? Krowa jak marzenie, mleka dawała jak fabryka. Pojechaliśmy całą bandą gospodynie, gospodarze, i my z Krystyną.
Słońce zza lasu nie wzeszło, a my już kosiliśmy w najlepsze: szu-szu, szu-szu
Upał wtedy był okrutny, muchy twardo kąsały!
A wtedy, pamiętam, dzików się zaroiło w lesie co niemiara!
W porze obiadu leje się z nas siódmy pot, wszyscy ledwo żywi.
Oj, głupoty jakieś wspominasz! Bogusię to pewnie nudzi
Nieprawda, bardzo ciekawe!
Tak więc patrzę sobie na ludzi i myśl: trzeba rozruszać towarzystwo. Zostawiam więc kosę, biegnę i krzyczę: Ej, ratunku! Dziki idą!.
I co sił na drzewo się wspinam. Patrzę wszyscy jakby rywalizowali, kto wyżej na drzewa, kosy, grabie porzucili
Haha, a co potem?
Potem babki i chłopy omal mnie grabiami nie sprały! Ale praca szybciej poszła.
Teściowa ręką męża trzepnęła:
Ty śmieszek rudy!
Tato, opowiedz o prawdziwych dzikach.
No to, proszę bardzo
Z Krystyną młodzi byliśmy, Pawełka jeszcze nie planowaliśmy. Wtedy ja zaciętym myśliwym byłem, po tym wszystkim zupełnie mi przeszło.
Tamtego dnia śnieg świeży spadł i mówię: Idę na polowanie.
Idź, zgadza się Krystyna.
Biorę strzelbę i idę Błądziłem, błądziłem po lesie nic. Słońce zachodzi, już zbieram się wracać, aż tu słyszę dziki blisko. Podkradam się, strzelam i pudło! I wtedy nagle na mnie ruszył rosochaty odyniec! Uciekam, na drzewo łaziłem, nawet nie wiem jak.
Pewnieś się bał jak zając! wtrąca teściowa.
Nie przeszkadzaj! No więc siedzę na drzewie, żywy, nie żywy. Myślę: miną dziki wrócę do domu. Nie tu prędko! Odyniec kopie ziemię pod drzewem, po chwili kładzie się i całe stado z nim zostaje.
Ojej! oczy mi się szeroko otwierają. I co dalej?
No i tak, Bogusiu! Całą noc z drzewem się przytulałem. Na szczęście mróz nie był duży, bo bym zamarzł na sztywno.
A ja się Pawła naszukałam, całą wieś zebrałam, szukałam!
Wołali, wołali jakoś znaleźliśmy. Na barana go nieśliśmy, zanim strach mu przeszedł.
Tyś ze mnie nie dziewczyna, a krew z mlekiem!
Oj, przestań, rozrabiako! Bogusia, herbaty może? Z dziurawcem, z własnym miodem.
Czemu nie, poproszę.
Krystyna rozlewa aromatyczną herbatę.
Paweł, opowiedz jeszcze, jak moją siostrę wyleczyłeś.
Teść o mało się nie zakrztusił, chichocze:
Bywało i tak! Ot, raz siostra Krystyny napisała telegram że przyjeżdża w odwiedziny. Ucieszyliśmy się, wyczekaliśmy Jada, i przy obiedzie narzeka: nogi ją bolą, chodzić nie może.
Co się dzieje? pytamy.
Nie wiadomo, do lekarza powinnam, ale nie idę.
A pszczoły próbowałaś? pytamy.
Gdzie ja w mieście pszczoły znajdę?
Chodźże, Tereniu, do uli, zaraz cię uleczę!
Nasz domowy doktor!
Podchodzimy pod ule, mówię: podwiń sukienkę po kolana Na każdą nogę po pszczole.
Terenia jeszcze mi wtedy dziękowała, ale po pół godzinie klęła na całe podwórze! Okazało się, że ma alergię na jad pszczeli, nogi jak balony ruszyć się nie może!
Co za doktor z ciebie!
Skąd miałem wiedzieć? Ty też nie wiedziałaś! Bogusiu, miodu próbuj, chyba uczulenia nie masz?
Nic mi nie jest, panie Stefanie!
No i na zdrowie
Kończymy herbatę.
Za oknem już ciemno, ogarnia mnie zmęczenie.
Teściowa zaciąga zasłony:
Pawełku, gdzie wam pościelić?
Mamo, możemy na piecu? Co ty na to, Bogusiu, chcesz spać na piecu?
Jak najbardziej!
Zaraz naszykuję! Tata własnoręcznie budował, cegiełka po cegiełce chwaliła teściowa.
Pan Stefan patrzy dumnie.
Jest czym się chwalić piec nie tylko ogrzeje, nakarmi, ale i rodzinę wokół siebie zgromadzi.
W piecu wesoło huczy ogień życie!
Dziękujemy gospodyni, wstajemy od stołu. Paweł podrzuca mnie delikatnie na piec.
Z półki nad piecem wydobywa się zapach lat ciepłej cegły, suszonych ziół, wełny owczej i chleba.
Paweł szybko zasypia, a mnie sen nie bierze.
Co się dzieje?
Po mojej prawej ktoś oddycha głośno:
Szu-chu, szu-chu
Strach na wróble? Chyba domowy duszek! Przecież czytałam
I przypomniała mi się dziecięca rymowanka:
Duszku domowy, nie zadzieraj z nami!
Dopiero rano dowiaduję się prawdy to żaden duszek, tylko rozczyn, który teściowa zostawiła w cieple, aż zapomniała.
Nie raz jeszcze odwiedzę gościnny dom Pawłowych rodziców posłuchać historyjek Stefana, ogrzać się przy piecu, zjeść domowy chleb.
Ale to już historia na inną opowieść!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście − 16 =

Przyjazd do polskiej wsi: pierwsza wizyta u teściów, ciepłe powitanie przez mamę Wiesława, swojskie …