No Krzysiu, proszę cię! Naprawdę nie wiem, co robić, woda leci jak z kranu, zaraz zaleję sąsiadów, a przecież znasz tę zołzę z dołu, ona mnie zje żywcem! Trzęsą mi się ręce, nawet kurka nie mogę znaleźć! głos w słuchawce był tak ostry i roztrzęsiony, że słyszałem go nawet po drugiej stronie stołu, chociaż telefon nie był włączony na głośnik.
Justyna powoli odłożyła widelec na talerz. Stuknięcie sztućca o porcelan zabrzmiało w ciszy naszej przytulnej kuchni jak gong znak, że zaraz zacznie się kolejna runda walki, w której braliśmy udział już trzeci rok. Naprzeciw mnie siedziała moja żona, Justyna, a ja, Krzysztof, gryząc nerwowo wargę, zerkałem to na stygnący schabowy, to na świecący ekran smartfona.
Monika, uspokój się mamrotałem do telefonu. Jaki kurek? Pod zlewem, czy w łazience? Zakręć główny zawór.
Nie wiem, gdzie on jest! Krzysiu, przyjedź, błagam! Boję się! Może to gorąca woda? Sama jestem, strasznie się boję!
Zerknąłem na Justynę. W jej spojrzeniu widziałem znajome połączenie rezygnacji i prośby to, co ostatnio widywałem zbyt często.
Justa, słyszysz? Zaleje ludzi. Monika ma dwie lewe ręce do technicznych rzeczy, jak dziecko. Muszę jechać.
Jasne, musisz odpowiedziała spokojnym głosem, choć widziałem, jak ją to kosztuje. To przecież nie nasza rocznica. I tego wieczoru nie planowaliśmy od dwóch tygodni. I nie stałam dziś trzy godziny przy garach. Jedź, Krzysiek. Ratuj Monikę. Przecież bez ciebie zginie.
Nie zaczynaj, dobra? sięgnąłem po kluczyki do samochodu. Znamy się od podstawówki. Monika ma kłopot. Zaraz wracam, szybko ogarnę uszczelkę i wrócę. Schabowego wrzuć później do piekarnika, żeby nie wystygło.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Została sama w pachnącym świętem mieszkaniu, w którym unosił się zapach domowego obiadu i gorycz rozczarowania. Wstała, podeszła do okna. Widziała, jak mój samochód rusza spod bloku i znika w mroku.
Monika. Imię, które w naszym małżeństwie było zawsze trzecim. Koleżanka z podstawówki, stara znajoma, swój chłop jak tylko nie nazywałem Moniki. Pojawiła się nieoczekiwanie po swoim rozwodzie i od tego momentu stale krążyła wokół naszej rodziny. Najpierw drobne prośby: pomoc przy przeprowadzce, komputer trzeba ustawić. Ja, wieczny dobry duszek i złota rączka, pomagałem bez wahania.
Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Stopniowo Monika zaczęła dzwonić wtedy, gdy najbardziej nie pasowało. Opona złapana na krajówce, półka spadła w łazience, szafa do złożenia, bo wszystko leży w kartonach. I zawsze wtedy, kiedy z Justyną mieliśmy swoje plany.
Moja żona nie była chorobliwie zazdrosna. Rozumiała: przyjaźń to przyjaźń. Ale jej kobieca intuicja szeptała coraz głośniej, że nie chodzi o cieknące krany. Monika była zadbaną kobietą, z tym swoim spojrzeniem na facetów jak na herosów, i umiejętnością udawania bezradnej dziewczynki. A ja się unosiłem, czułem się potrzebny bohater na białym koniu.
Justyna schowała kolację do lodówki. Straciła apetyt. Wróciłem po trzech godzinach, przemoczony, brudny, ale zadowolony z siebie.
Uff, zdążyłem! Zalało by zgniło. Sifon trzeba było wymienić, po uszczelkę latem do nocnego sklepu. Monika się bała, aż waleriany musiała popijać.
I nakarmiła cię chociaż? rzuciła Justyna z udawaną obojętnością, wertując książkę.
Nakarmiła, dała szarlotkę. Przepraszała i pozdrawiała cię. Mówiła, że przykro jej, że zepsuła ci wieczór.
Szarlotka?, pomyślała Justyna. Czyli woda lała się, a ona piekła ciasto ciekawa sprawa
Nie wybuchła sprzeczką. Gdyby zaczęła, od razu by mnie oskarżał o bezpodstawne podejrzenia i niedobór empatii. Postanowiła działać sprytniej. Następnym razem jedzie ratować Monikę razem ze mną.
Nie trzeba było długo czekać. W sobotę rano pakowaliśmy się na działkę. Piękny początek maja, słońce grzało, w bagażniku leżała marynowana karkówka, a w głowie marzyłem już o leżaku i winku we dwoje.
Telefon zabrzęczał, gdy pakowałem grill do auta. Justyna spiąła się. Znała ten dzwonek osobny dla Moniki.
Tak, Monia? Jak iskrzy? Dużo? Czuć spalenizną? Dobra, nic nie ruszaj, wyłącz korki w korytarzu! Jasne, zaraz będę.
Spojrzałem na żonę, niosącą skrzynkę z sadzonkami do ogrodu.
Justa, wiesz…
Gniazdko? uprzedziła mnie.
Gorzej. Cały bezpiecznik iskrzy, mówi że zapach spalenizny na całą klatkę. Żadnego elektryka z administracji się dziś w sobotę nie doczeka, prywaciarze drodzy i mają w nosie.
Rozumiem postawiła spokojnie skrzynkę. Czyli działka odpada?
Nie, pojedziemy do niej, spojrzę, najwyżej zadzwonię do pogotowia elektrycznego. To po drodze. Stracimy godzinę, nie więcej.
Jadę z tobą zdecydowała stanowczo.
Zagapiłem się. Ale po co? I tak nic nie pomożesz.
A ja nie zamierzam siedzieć i czekać. Pojedziemy razem, ty naprawisz, ja przywitam się z Moniką. Dawno jej nie widziałam.
Nie dałem rady dyskutować. W aucie przez całą drogę dudniłem palcami o kierownicę. Justyna wydawała się spokojna, chociaż nerwy miała napięte jak struna.
Monika otworzyła w szlafroku do połowy uda, z makijażem nawet o poranku. Zobaczyła żonę, wychodzącą z samochodu przez krótki moment jej mina spoważniała, ale zaraz wywołała promienny uśmiech.
Justynko! Ależ niespodzianka! Wyglądam okropnie, wystraszona, zaspana poprawiła niby niechlujne loki. Chodźcie. Krzysiu, w przedpokoju coś warczy, strzela!
Rzeczywiście, lekko pachniało przypalonym plastikiem, ale szału nie było. Wziąłem się do roboty. Monika zagadywała Justynę:
Justyś, idź na kawę, pogadamy, póki panowie naprawiają!
Nie, postoję tutaj. Może Krzysiowi trzeba będzie pomóc? Przyświecić latarką?
Latarką? Oj, wy kobiety! Przecież Krzysiek wszystko zrobi z zamkniętymi oczami, prawda?
Pokręciłem tylko głową, skupiając się na kablach.
Monika odezwała się Justyna, patrząc Monice prosto w oczy nie przyszło ci do głowy zadzwonić po pogotowie elektryczne? To niebezpieczne. Oni są non stop pod telefonem.
Oj, błagam tam są chamy i brudasy! Przyjadą, nabrudzą, nawrzeszczą. Krzyś to co innego swój chłop, złota rączka. Tylko jemu ufam.
Złote ręce mojego męża podkreśliła wyraźnie Justyna dziś miały robić szaszłyki. Jedziemy na działkę.
Przepraszam! Ja już taka jestem niezdarna. Bez mężczyzny wszystko się psuje, wszystko się wali Nie masz pojęcia, jak to jest być samą.
Skończyłem po piętnastu minutach.
Wypalony styk. Podciągnąłem, wymieniłem przewód. Ale Monika, ten bezpiecznik trzeba będzie zmienić, już ledwo zipie.
Krzysiu, a kupisz? I założysz, proszę!
Krzysiek nie założy przerwała mu Justyna. My wyjeżdżamy na działkę. Wrócimy późno, a w następny weekend mamy bilety do teatru. Zadzwoń do elektryka, Krzysiek napisze ci model na kartce.
Monika rzuciła jej niechętnym spojrzeniem, jednak zaraz uśmiechnęła się do mnie:
To może chociaż kawa i eklerki? Twoje ulubione!
Dziękujemy, jesteśmy najedzeni ucięła żona, łapiąc mnie za ramię. Czas jechać.
Kiedy wyszliśmy, odetchnąłem z ulgą, choć zaraz zacząłem bronić Moniki:
Justa, czemu tak ostro? Ona ze szczerości
Monika zwisa ci na szyi. Nie widzisz tego? Szlafroczek, oczka. Szuka nie tyle pomocy, co twojej uwagi.
Daj spokój, to tylko przyjaźń, od zawsze.
O, właśnie. Jak brat co naprawi, wysłucha i poprawi jej nastrój. Bardzo wygodny brat.
Pojechaliśmy na działkę, ale w głowie zostawał niesmak. Justyna wiedziała, że to nie koniec. Monika tak łatwo się nie podda lubiła pociągać za sznurki, sprawdzać, jak na widok jej problemów facet porzuca wszystko.
Finał nastąpił dwa tygodnie później. Byłem w delegacji, miałem wrócić w piątek wieczorem. Justyna przygotowywała kolację, cieszyła się na mój powrót. Koło szóstej zadzwoniłem.
Justa, słuchaj, wracam, ale muszę jeszcze podjechać do Moniki. Awaria.
Jaka? Meteoryt jej spadł na balkon?
Kupiła nową karnisz, żebym powiesił. Samodzielnie próbowała, spadło jej na stopę, mówi że palec spuchnięty. Nie może chodzić. Karnisz blokuje przejście, prosi żebym zajrzał i wpadł do apteki po maść. Będę krótko.
Justyna westchnęła.
Słuchaj. Ty jedź do domu. Ja zajadę do Moniki.
Ty? Dlaczego?
Bo lepiej wiem, jaką maść wybrać i lepiej ogarnę kobiece urazy. Poza tym, jesteś zmęczony. Kolacja czeka na ciebie, a ja będę u Moniki za pół godziny.
Skoro chcesz tylko nie kłóć się z nią, OK?
Rozłączyła się i zaczęła działać. Wcale nie zamierzała jej opatrywać. Miała zamiar wyleczyć sytuację.
Otworzyła internet, zamówiła przez Złotą Rączkę najlepszego fachowca do drobnych napraw, a przez aptekę internetową paczkę z maścią i bandażem na adres Moniki.
Pojechała do niej.
Przed blokiem spotkała kuriera z apteki, odebrała przesyłkę i weszła do mieszkania. Drzwi były otwarte, Monika czekała zapewne na bohatera.
W salonie panował półmrok, świeczki, dwa kieliszki i otwarte czerwone wino. Monika wyciągnięta na kanapie w tym samym szlafroku, noga na poduszce, karnisz leży obok wyglądało to, jakby go starannie położono.
Usłyszała kroki.
Krzysiu, to ty? Bardzo boli, masz maść?
Justyna weszła do pokoju i zapaliła duże światło. Romantyczny klimat uległ zniszczeniu.
Monika aż podskoczyła, zapominając o zranionej nodze.
Justyna?! Co ty tu robisz? Gdzie Krzysiek?
Krzysiek jest w domu. Ja przywiozłam maść i zamówiłam fachowca.
Ale ja Krzysia chciałam! On miał powiesić karnisz!
Karnisz powiesi specjalista powiedziała Justyna.
W tym momencie rozległ się dzwonek. Justyna wyszła, otworzyła drzwi. Stał tam postawny facet z wielką skrzynką narzędzi.
Złota rączka, miał być karnisz do zawieszenia?
Tak, zapraszam do środka. Wskazówki da właścicielka mieszkania.
Fachowiec zabrał się za robotę. Monika zwróciła się do Justyny, z złością w oczach:
Po co to robisz?! warknęła, zagłuszona wiertarką.
Pomagam. Prosiłaś o pomoc, masz i bandaż, i fachowca. Krzysiek nie może dziś chce być ze mną. Potrzebny ci był karnisz, a może jednak mój mąż?
Monika wstała gwałtownie, nie zważając na uraz.
Wynoś się! syknęła. Krzysiek już wariuje przez twoje sztywne zasady! Jemu trzeba oddechu, a ty dusisz!
Być może przyznała Justyna. Ale przynajmniej wraca do mnie. Każdy twój awaryjny przypadek to próba wciągania go w twoje sprawy. Miej honor, Monika. Jesteś ładna, ogarnij sobie własnego mężczyznę. Nie żebrz pod cudzym progiem.
Wynocha!
Oczywiście. Pan skończy za dwadzieścia minut. Już wszystko opłacone. Powrotu do zdrowia. Nóżka jak nowa, skoro tak szybko zaczęła chodzić.
Justyna wyszła lekka jak piórko. Nie zrobiła awantury mężowi, nie wyrywała włosów rywalce. Po prostu dobitnie pokazała wszystkim prawdę.
W domu czekałem już lekko spięty.
I co tam? Mocno uderzyła nogę? Próbowałem się dodzwonić, nie odbierała.
Usiadła, nalała herbaty. Spojrzała na mnie.
Z nogą wszystko ok. Sama biega. Karnisz montuje jej złota rączka. I tyle.
Fachowiec? Po co? Sam bym
Krzysiek, siadaj wskazała na krzesło. Przyznaj, czy naprawdę nie zauważałeś, o co chodzi? Świece, winko, szlafroczek, dramaty wtedy, gdy mnie nie ma?
Spuściłem głowę, dłubałem chleb.
Domyślałem się, ale nie chciałem wierzyć. Jesteśmy przecież starymi znajomymi. Głupio mi było odmówić, sama, biedna, słaba.
Słaba? parsknęła żona. Monika kręciła tobą jak chciała. A przez to zaniedbywałeś nas. Twoja chęć bycia dobrym dla niej była kosztem naszej rodziny. Widziałaś dziś dwa kieliszki, wino. Czekała na ciebie, nie na majstra.
Siedziałem zawstydzony. Wspomniałem, jak Monika pociągała mnie za rękę, nadmiernie podziwiała, rzucała spojrzeniami, przy okazji przyciskając Justynę.
Przepraszam szepnąłem byłem głupi.
Trochę uśmiechnęła się smutno. Ale dobry z ciebie głupiec. Kocham cię. Ale od dziś kończysz z pomocą dla Moniki. Ma numer złotej rączki. Jak coś się popsuje, dzwoni tam. Ty nie jesteś od ratowania jej świata. Zgadzasz się?
Zgadzam się, naprawdę. Dzięki, że pojechałaś. Gdybym to ja przyjechał, i zobaczył świece byłoby gorzej.
Monika już nie zadzwoniła. Ani po tygodniu, ani po miesiącu. Najwyraźniej reszta godności zatrzymała ją przed kompromitacją.
Po pół roku Justyna zobaczyła Monikę w galerii handlowej pod rękę z eleganckim facetem, obładowaną torbami z butików, w świetnym humorze. Spotkały się wzrokiem. Monika wyprostowała się, fuknęła i przeszła obok, udając obcą.
Justyna tylko śmiała się pod nosem. Cieszyła się wreszcie Monika znalazła własnego faceta do kranów i karniszy. U nas w domu wreszcie nastał spokój, a wieczory upływały przy herbacie, planowaniu urlopu i pewności, że jeśli gdzieś pojedziemy, to razem. Bo granic własnej rodziny trzeba pilnować, nawet jeśli ktoś udaje najbardziej bezbronną istotę na świecie.
Jeśli spodobała Wam się ta historia i też uważacie, że przyjaźń to jedno, a granice drugie dajcie lajka i napiszcie w komentarzach, jak Wy byście zareagowali na miejscu Justyny!


