Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na zastawiony stół, więc zamknęłam lodówkę — Czy na pewno trzy…

Wyobraź sobie to: w sobotę zaprosiłam znajomych na parapetówkę, a po raz kolejny wpadli z pustymi rękoma do praktycznie gotowego stołu. Nawet nie otwierałam lodówki, żeby coś jeszcze donieść, co by się nie rozczarować.

Arek, jesteś pewien, że trzy kilo karkówki wystarczą? Ostatnim razem wszystko zjedli, nawet chleb wycierali sosem, żeby nic nie zostało. A Kaśka jeszcze prosiła o pojemnik na wynos dla psa, a potem wrzucała zdjęcia mojego schabowego na Instagramie, jakby sama wymyśliła przepis.

Nerwowo ścierałam ręce o brzeg ręcznika, bo kuchnia wyglądała po całym dniu jak po wojnie. Było zaledwie południe, a ja już nie miałam sił. Od szóstej rano biegałam: najpierw ryneczek po świeże mięso, później supermarket po dobre wino i jakieś delikatesy, potem krojenie, gotowanie, duszenie, pieczenie bez końca.

Arek, mój mąż, stał przy zlewie i z melancholią obierał ziemniaki. Sterta obierek rosła w takim tempie, jak jego ciche niezadowolenie, które jednak próbował maskować.

Gosia, ile ty chcesz tego mięsa? Trzy kilo na czterech gości i nas? To po pół kilo na głowę! Rozpukną się. Już się postarałaś jest tatar, jest łosoś, miski sałatek. Przecież to nie wesele, tylko parapetówka, i to z opóźnieniem.

Ty nie rozumiesz, machnęłam tylko ręką, mieszając porządnie sos na patelni. To przecież Kaśka z Tomkiem i Ela z Krzyśkiem. Nasza stara ekipa. Sto lat się nie widzieliśmy, specjalnie śmigają z drugiego końca miasta. Głupio tak, jakby stół był ubogi. Pomyślą, że się wywyższamy, jak już mamy własne mieszkanie, i się skąpimy.

Od zawsze taka byłam gościnność wyniosłam z domu po babci, która potrafiła ugotować obiad dla pułku żołnierzy mając tylko kawałek słoniny i kaszę. U mnie zawsze musiało być na bogato, stół uginał się pod jedzeniem. Planowałam menu tydzień, wertowałam przepisy, odkładałam z pensji na to konkretne czerwone wino, które lubi Tomek, i na ten wyjątkowy koniak dla Krzyśka.

Lepiej by coś przynieśli burknął Arek. Jak byliśmy na urodzinach Elki, to przyszliśmy z drogim prezentem, z alkoholem, upiekłaś tort. A oni? Pamiętasz, jak do nich wpadliśmy ot, tak? Herbatę z torebki i sucharki sprzed pandemii.

No weź, nie bądź drobiazgowy, Arek, spojrzałam na niego z lekkim wyrzutem. Wtedy mieli trudno kredyt, remont. Teraz jest lepiej, Kaśka się chwaliła, że kupiła futro, Tomek dostał awans. Może w końcu coś przyniosą tort chociaż, albo owoce. Wspomniałam już Kaśce, żeby się zaopiekowała deserem.

Do piętnastej mieszkanie błyszczało, a stół wyglądał jak dzieło sztuki kulinarnej w środku język w galarecie, wokół tego salaterki z luksusowym oliwkiem (z językiem i rakiem, nie żadna mortadela!), śledź pod pierzynką, swojskie wędliny, do pieca trafiła karkówka z ziemniakami i grzybami. W lodówce chłodziła się Finlandia, koniak za stówę i trzy flaszki wina.

Założyłam najlepszą sukienkę i czekam, niby spokojna, ale z lekkim stresem. Denerwuję się, przyznałam się Arkowi. Pierwszy raz w nowym mieszkaniu, chcę, żeby było idealnie.

Punkt siedemnasta dzwoni domofon. Ekipa punktualna. Kaśka w nowym futrze z norek, wartych połowę naszego remontu, Tomek w skórzanej kurtce, Ela z mocnym makijażem, Krzysiek już lekko wstawiony.

Hej! Nowi właściciele! wrzeszczy Kaśka wpadając do przedpokoju otulając mnie chmurą perfum, po których można dostać zawrotów głowy. Pokażcie apartamenty!

Zdejmuje płaszcz i wrzuca go Arkowi na ręce. Stoję, witam wszystkich z uśmiechem, ale podprogowo zerkam na ich ręce.

Puste. Bez reklamówki, bez tortu, bez butelki wina, nawet czekoladki.

A gdzie zaczęłam, ale ugryzłam się w język. Może coś jeszcze w aucie? Albo upchali po kieszeniach?

Gosia, jak ty schudłaś! Ela cmoka mnie w policzek i bez ściągania butów ciśnie do salonu. Ale tu macie skromnie Ale czysto. Tapety pod malowaniem? Ojej, trochę jak w biurze. Trzeba było dać trochę koloru!

My lubimy minimalizm, spokojnie odpowiada Arek. Wejdźcie do salonu, wszystko gotowe.

Tylko wycieczka zajęła miejsca, już Władzio miał oczy jak dioda na widok stołu.

Ooo! Ależ tu uczta! i trzaska rękami. Gosiula, wiedziałem gdzie przyjechać. Nic nie jadłem od rana, zostawiłem miejsce na twoją karkówkę.

Wszyscy rozsiedli się dookoła. Ja śmigam do kuchni po ciepłe przystawki żurek w kubeczkach. W głowie jedno: może kasę dali w kopercie, dlatego puste ręce?

Wracam z tacą, a oni już przed pierwszym toastem demolują sałatki widelem.

Ooo, sałatka palce lizać! mlaska Krzysiek. Arek, wódę lejesz, czy będziemy przełykać na sucho?

Arek rozlewa Finlandię chłopakom, a wino babkom.

No to za nowe mieszkanie! wykrzykuje Tomek. Niech się dobrze mieszka, ściany niech nie pękają, sąsiad nie zalewa. Na zdrowie!

I pierwszy idzie kieliszek. Po czym sięga od razu po łososia.

Gosia, a czemu ta wódka taka ciepła? Do zamrażarki trzeba było dać!

Prosto z lodówki, pięć stopni mówię przez zęby, a we mnie już zaczyna buforować niechęć.

No ale wódka powinna być lodowata! Ale przeleci. Masz koniak? By się przepłukało usta.

Jest, przytaknęłam. Ale może najpierw zjemy?

Jedno drugiemu nie przeszkadza! zarywa Krzysiek z rechotem.

Zaraz rusza uczta z rozmachem. Jedzenie znika w tempie ekspresu. Jedzą, jakby ich tydzień głodzono, i jeszcze krytykują.

Śledzik pod pierzynką trochę suchawy, dałaś wystarczająco majonezu? Kaśka ładuje trzecią porcję. Oszczędzasz na nas?

Sama robiłam domowy majonez, mniej tłusty.

Ech, daj spokój, kup w sklepie, zalej i jest git ma ręką Ela. A ta ikra jakaś drobna. To łosoś? Kupiłabyś jesiotra, jest większy.

Rzucam porozumiewawcze spojrzenie Arkowi, ten czerwony jak burak, ściska widelec aż mu bieleją kłykcie.

To, co u was słychać? próbuje zmienić temat mąż. Kaśka, wypad do Turcji się udał?

Udał się! rozmarzyła się Kaśka. Hotel pięciogwiazdkowy, szampan leje się strumieniami, krewetki na śniadanie. Torebka z Louis Vuitton oryginał! Osiem tysięcy złotych, ale warto! Tomek kręcił głową, ale powiedziałam żyje się raz!

Kobiety potrafią zrujnować portfel rechota Tomek, sam leje sobie koniak bez pytania. Ja auto kupuję. SUV. Pieniądze są, nie wydajemy na pierdoły typu remont.

W sensie pierdoły? nie kumam.

No tapety, podłogi to tylko ściany Ela wyjaśnia. U nas dalej te od babci, ale co roku śmigamy nad Bałtyk, ciuchy, restauracje. Wy to tylko beton, szara rzeczywistość.

Apropos restauracji, wtrącił Krzysiek, wycierając tłuste usta serwetką rzucając ją na obrus wczoraj byliśmy w Pod Gigantem. Sztos kuchnia. Rachunek pięć stówek! Ale poziom! Nie to, co domowy rosołek. Gosia, a z tym mięsem to długo jeszcze? Chce się czegoś konkretnego, a nie sałatki podjadać.

Idę pozbierać brudne talerze, trzęsą mi się ręce. Słucham, jak przed chwilą chwalili się torebką za osiem tysięcy i kolacją za pięćset, a zjawili się z pustymi dłoniami. Ani kwiatka w doniczce, ani czekoladki, nic.

Wychodzę do kuchni. Za mną Kaśka, niby pomóc, ale bardziej plotkować.

Gosiula, dałaś czadu, stół zacny, ale trochę chyba przesadziliście szepcze do ucha. Wino takie sobie, powiem szczerze. Takie u nas na grilla tylko. Trzeba było coś lepszego dla gości.

To francuskie Bordeaux, dwie stówy za butelkę, mówię przez zęby.

Żartujesz? Na mój gust cię wykiwali! Kwaśniejsze niż ocet. Słuchaj, możesz mi coś dać na wynos? Bo jutro na kaca nie chce mi się gotować. Mięsko, sałatkę… Napracowałaś się, a przecież nie zjecie tego we dwójkę.

Zamieram z talerzem w dłoni. Powoli odwracam się do Kaśki.

Chcesz, żebym ci spakowała jedzenie na wynos?

No tak, zawsze tak się robi! Budżetowa oszczędność! A, i będzie ciasto? Spróbowałoby się czegoś słodkiego. Masz tort?

Przecież mówiłaś, że to wasz dział, przypominam jej cicho.

Ja? Kiedy niby?! Jestem na diecie, nie kupuję słodyczy. Myślałam, że upieczesz swój biszkopt, jesteś mistrzynią. Albo kupisz coś fikuśnego. Przyszliśmy z pustymi rękoma, bo u was już przecież wszystko jest! Jesteście teraz bogaci, macie własne M.

Odkładam talerz na stół, a dzwonek porcelany brzmi jak wystrzał.

Czyli myśleliście, że wszystko mamy, powtarzam.

No pewnie! Kredyt spłacacie, remont zrobiliście, to znaczy, że kasa wam się sypie. A my tacy, biedni krewni, oszczędzamy na Malediwy. Dobra, daj mięso, faceci już prawie bawią się widelcami.

Stoję, patrzę na nią i zaczynam na szybko wspominać: jak pożyczałam jej kasę na last minute, a ta oddawała pół roku, bez dziękuję. Jak Krzysiek prosił Arka o pomoc przy przeprowadzce i nawet benzyny nie zwrócił. Zjawiali się na każde nasze święto, wyjadali wszystko, ale do siebie zapraszali raz na pięć lat, a na stole mieli tylko pierogi z dyskontu.

Podchodzę do piekarnika. Otwieram drzwiczki: zapach pieczonego mięsa z aromatycznymi ziołami i czosnkiem rozlewa się po kuchni. Złocista skórka, mięso aż ocieka sokiem, pieczarki… To całe popołudnie mojej pracy i pół wypłaty.

Rzucam okiem na lodówkę w środku gigantyczny tort-beza z owocami z cukierni, za który zapłaciłam trzysta złotych, bo chciałam zrobić niespodziankę. Mimo umowy…

Zamykam piekarnik, wyłączam gaz. Dociskam drzwi lodówki.

Mięsa nie będzie, mówię głośno.

Co? nie kuma Kaśka. Coś się zepsuło?

Nie. Po prostu nie będzie.

Wchodzę do salonu. Chłopaki już rozlewają kolejną kolejkę, dyskutując o polityce. Arek patrzy, jakbym miała wybuchnąć.

Szanowni goście, głos mi się trzęsie impreza skończona.

Cisza. Tomek z kieliszkiem zawisł w powietrzu.

Gośka, co ty odwalasz? Jeszcze nie było dania głównego! Przecież obiecałaś karkówkę!

Obiecałam przytakuję. Ale już nie mam ochoty.

Jak to nie masz? Ela zdziwiona. Przecież głodni jesteśmy! Sałatki to nie obiad, dawaj mięso!

Zostaje w piecu. A wy się, moi drodzy, ubieracie i wychodzicie. Albo możecie iść do waszej Giganty, tam za pięć stówek się najecie.

Pogięło cię? wybałusza oczy Krzysiek. Arek, powiedz coś tej swojej! Co to za cyrk, my jesteśmy gośćmi!

Arek wstaje. Patrzy na mnie, potem na nich, z ulgą mówi:

Gosia nie zwariowała, tylko ma dość. Przyszliście do nas, nie przynieśliście nawet czekolady, wypiliście mój koniak, naśmiewaliście się z jedzenia mojej żony, obraziliście nasze wino, nasze mieszkanie. I co? Chcecie jeszcze mięsa?

Oj, żartowaliśmy! Kaśka krzyczy. Torta zapomnieliśmy, wielkie rzeczy! Najważniejsze, że jest impreza, jest dobra zabawa!

Dobra zabawa za naszą kasę, śmieję się przez zęby. Nie, dziękuję. Wiecie, ile dzisiaj gotowałam? Wydałam połowę pensji, żeby zrobić wam dobrze. A wy? Pasożyty. Tylko umiecie żreć i wynosić. Malediwy, futro, kolacja za pięć setek, a szkoda wam pięciu zetów na czekoladę?

O, jak mówisz! Tomek wstaje i przewraca krzesło. Obrażasz nas? Udław się tą karkówką! Idziemy stąd. Już nas tu nie zobaczysz, sknerusie!

Zbierajcie się, rzuca Arek, otwierając szeroko drzwi. Pamiętajcie o swoich pojemnikach. Pustych.

Ekipa wychodzi burcząc, przeklinając, Kaśka wrzeszczy, że już więcej mnie nie zna, Ela syczy o zmarnowanym wieczorze, chłopaki klną pod nosem.

W końcu cisza. Siadam pośród bałaganu. Arek obejmuje mnie z tyłu.

Jak się czujesz? pyta cicho.

Trzęsą mi się ręce przyznaję. Może rzeczywiście przesadziłam, mogłam przemilczeć i nakarmić? W końcu goście…

Nie, Gosia. Po prostu zaczęłaś siebie szanować. Jestem z ciebie dumny. Ja sam bym ich wyprosił po pięciu minutach. Było trzeba już dawno.

Przytulam się do niego, trochę lżej mi na duszy.

To mięso jest? Arek się uśmiecha pod nosem Bo tak pachnie, że zaraz się rozpuszczę.

Parskam śmiechem. Pierwszy raz tego wieczoru bez żalu.

Jest, Areczku. I tort jest, ogromny, z owocami.

Siedliśmy do stołu, zepchnęliśmy brudne talerze na bok, wyjęłam z piekarnika pachnącą karkówkę, wyciągnęłam tort. Nalaliśmy sobie tego kwaśnego wina, które w rzeczywistości było aksamitnym, świetnym Bordeaux.

Za nas, powiedział Arek, stukając kieliszkiem. Za to, żeby w naszym domu bywali tylko ci, którzy przychodzą z sercem, a nie z pustymi rękoma.

Jedliśmy, śmialiśmy się i było to najlepsze jedzenie w naszym życiu.

Godzinę później na telefonie wyświetlił się SMS od Kaśki: No i jesteś suką! Siedzimy w McDonaldzie, wcinamy burgery przez ciebie! Wstydu nie masz, mogłaś chociaż przeprosić!.

Popatrzyłam, uśmiechnęłam się i wcisnęłam blokuj. Po chwili to samo zrobiłam z Elą, Tomkiem i Krzyśkiem.

Kontakty w telefonie skróciły się o cztery numery. Za to w mieszkaniu zrobiło się jakby lżej. A lodówka pełna pysznego jedzenia, które starczy nam z Arkiem na tydzień. I ani kawałek nie pójdzie do nikogo niegodnego.

Bo przyjaźń to droga dwukierunkowa i czasem najlepiej zamknąć lodówkę dla własnego szacunku.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

14 − pięć =

Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na zastawiony stół, więc zamknęłam lodówkę — Czy na pewno trzy…