**10 maja, Warszawa**
Po pracy wpadłem do centrum handlowego „Zlote Tarasy”. Za kilka dni jubileusz głównej księgowej. Nasz dział zlecił mi wybór prezentu. Znalazłam coś odpowiedniego, zrobiłam zdjęcie telefonem. Jutro pokażę koleżankom – co wybiorą, to kupię. Schodziłem ruchomymi schodami na parter, marząc tylko, by wyrwać się z tłumu i hałasu.
– Wiktoria?! – nagle usłyszałem za sobą głos kobiecy.
Odwróciłem głowę w lewo, wpatrując się w twarze ludzi jadących w górę. Obcy, zupełnie nieznajomi.
– Wiktoria! – powtórzył głos.
Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem dziewczynę z płomiennorudymi włosami. Starała się zejść w dół po schodach jadących w przeciwną stronę.
– Zaczekaj na dole, nie uciekaj! – krzyknęła.
Zatrzymałem się i czekałem. Jaskrawoczerwona czupryna zniknęła na chwilę u szczytu schodów, by zaraz znów się pojawić coraz niżej. Dziewczyna biegła w dół, potrącając ludzi. Te włosy odciągały uwagę od reszty twarzy.
– Kinga! – wykrzyknąłem, gdy wreszcie rozpoznałem w rudowłosej swoją przyrodnią siostrę.
– No ja. Nie spodziewałeś się? Chodziłam po mieście i wypatrywałam cię. Wiedziałam, że kiedyś się spotkamy. Na parterze jest kilka kawiarenek, chodźmy usiąść.
– Dawno jesteś w Warszawie?
– Dwa tygodnie. Tak się cieszę, że cię widzę – powiedziała Kinga szczerze.
Wybraliśmy kawiarnię i usiedliśmy przy stoliku. Przyglądałem się siostrze. Ostre, niemal pomarańczowe włosy, rzęsy sklejone tuszem i sterczące jak igły. Na wąskich ustach pomadka w kolorze wina. Krótka spódniczka w kratę, rajstopy cieliste, białe adidasy na grubej podeszwie. Wyglądała na nastolatkę, choć musiała mieć już ze dwadzieścia lat.
– Świetnie wyglądasz – powiedziała Kinga, gdy kelnerka postawiła przed nami menu. Sama zamówiła pizzę i kawę z ciastkiem. Ja poprzestałem na espresso.
– Strasznie jestem głodna. Tobie dobrze, możesz jeść, co chcesz, i tak nie utyjesz. A ja muszę ciągle na diecie – westchnęła.
– Serio? – uniosłem brwi. Pamiętałem ją zawsze jako chudzielca.
– Nie widziałeś mojej matki. Ważyła ze sto kilo, nie mniej. Dlatego ojciec od niej uciekł. A ty masz dobre geny. Macie tu może piwo?
– Zapytaj, ale ja nie skorzystam, bo prowadzę – odparłem.
– Masz auto? No proszę ciebie! Słuchaj, a u was w firmie potrzebują kogoś? Przyjechałam, a pracy jeszcze nie znalazłam.
– To z czego żyjesz od dwóch tygodni?
– Ograbiłam ojca – zaśmiała się cicho. – I tak by przepił. Jak tylko ty uciekłeś, zaczął pić na umór. Z pracy go wyrzucili, żył z dorywczych zajęć. Potem przyprowadził jakąś kucharkę, ta znosiła mu jedzenie z stołówki. Wtedy już się w ogóle rozpił.
Słuchałem i nie wierzyłem własnym uszom. Choć czemu się dziwić – jej ojciec nigdy mi nie pasował. Ale moja matka, gdy go wprowadziła do domu, tłumaczyła, że po prostu jestem zazdrosny. Razem z nim pojawiła się Kinga. Miałem wtedy osiemnaście lat, szykowałem się na studia.
Z Kingą od początku nie było między nami zgody. Brała moje rzeczy bez pytania, niszczyła je. Matka zawsze stawała w jej obronie.
– Masz tyle wszystkiego, nie bądź skąpy. Kinga wychowywała się bez matki.
Rozumiałem, że mama po prostu nie chciała awantur, ale i tak było mi przykro. Aż w końcu zima przyniosła diagnozę. Rak. Cztery miesiące później jej nie było.
Tak zwany ojczym liczył, że po szkole pójdę do pracy, ale uciekłem do stolicy. Jeszcze za życia matki zacząłem odkładać pieniądze z tych, które dawała mi na jedzenie czy kino. Dostałem się na studia, mieszkałem w akademiku, wieczorami pracowałem w „Kurczaku Express”.
Po dyplomie dostałem pracę jako menadżer. Wszystko sobie odmawiałem, a po roku kupiłem kawalerkę na kredyt. Z Krzysztofem spotykaliśmy się od razu, jak tylko zatrudniłem się w firmie. Pół roku temu pomógł mi kupić używane niemieckie auto.
– A ty jakie masz wykształcenie? – spytałem, wracając myślami do teraźniejszości.
– No co ty? Gdzie ja, a gdzie studia. Ledwo skończyłam szkołę, pracowałam w budce z kebabem. A ojciec po twojej ucieczce kompletnie się rozpił. Z pracy go wyrzucili. Myślisz, że dlatego tu przyjechałam? Znalazł sobie podobną pijaczkę, teraz razem chlają. Nie wytrzymałam już tam. I perspektyw żadnych.
Uśmiechnąłem się. No tak. Ekspedientka z budki to nie kariera.
– To na jakie stanowisko aplikujesz? – spytałem.
– Byłabym dobrą sekretarką. A wasz dyrektor młody?
– Nie specjalnie i żonaty, sekretarka też już jest.
– Szkoda. Ale sprzątaczką nie pójdę, to już mówię od razu – oznajmiła Kinga, gdy kelnerka przyniosła pizzę.
– Jeśli potrzebujesz pieniędzy, czy to ważne, czy układasz dokumenty, czy myjesz podłogi? Ale się rozejrzę – obiecałem. Nie zamierzałem pomagać jej dostać się do naszej firmy. Wpuścić wilka do owczarni – tego by brakowało.
– A w sprawach sercowych jak? – zagadnęła Kinga. – Nie żonaty? Pierścionka nie widzę.
– Nie. Ale mam chłopaka. Jesteśmy razem od dwóch lat i myślimy o ślubie.
Skłamałem. Spotykaliśmy się dwa lata, ale nie mieszkaliśmy razem. Krzysztof często zostawał u mnie na noc, ale miał chorą matkę, nie mógł jej zostawić na dłużej. Dlatego nie spieszył się z oświadczynami – nie chciał, żebym musiał się nią opiekować.
Kinga skrzywiła się.
– Myślałam, że jesteś mądrzejszy. Jak facet nie oświadczy się w pierwszym roku, to pewnie już nie zrobi tego nigdy. Albo od razu, albo wcale – mówiła tonem mentorki.
– Skąd taka głęboka wiedza o życiu? – spytałem sceptycznie, mimowolnie spoglądając na sygnet na palcu. Kinga zauważyła.
– Jego? Skromniutki.
Zrobiło mi się przykro. Kinga zawsze lubiła wszystko, co krzykliwe. A mnie syPotem już tylko patrzyłem, jak Kinga znika w tłumie, i wiedziałem, że nie chcę więcej jej w swoim życiu, bo czasem wystarczy jedna lekcja, by zrozumieć, że niektórzy ludzie po prostu nie potrafią się zmienić.



