**Tak zrządził los**
Stanisław, mężczyzna już nie pierwszej młodości, pochował żonę pięć lat temu. Chorowała ciężko, długo walczyli razem, ale niestety przegrali tę walkę. Odszedł najważniejszy człowiek w jego życiu.
W wieku czterdziestu ośmiu lat został wdowcem. Przez długi czas nie mógł się pogodzić z samotnością, a o ponownym małżeństwie nawet nie myślał. Choć krewni i znajomi ciągle powtarzali:
Jesz jeszcze młody, znajdź sobie kobietę, zacznij żyć na nowo.
Takiej jak moja żona nie znajdę. Są lepsze, są gorsze, ale drugiej takiej nie ma odpowiadał spokojnie.
Młodszy brat Stanisława, Krzysztof, mieszkał w innej dzielnicy. Dzieliła ich spora różnica wieku ponad piętnaście lat. Matka długo nie mogła zajść w drugą ciążę, aż w końcu, gdy już straciła nadzieję, urodził się Krzysiek. Bracia zawsze byli blisko Stanisław pomagał matce w opiece, a mały chłopiec chodził za nim jak cień.
Rodzice odeszli, gdy Krzysiek miał dwadzieścia jeden lat. Starszy brat wspierał go, dopóki ten nie skończył studiów i nie ożenił się. Los jednak bywa przewrotny Stanisław stracił żonę, a Krzysiek rozwiódł się mniej więcej w tym samym czasie.
Każdego wieczora Stanisław szedł na spacer do parku niedaleko domu. To był ich rytuał z żoną gdy tylko mieli wolny czas, wychodzili razem. Tego dnia także powoli wędrował alejką w kierunku stawu, gdzie pływały kaczki i gęsi. Za parkiem rozciągały się domki jednorodzinne stamtąd pewnie przychodziły ptaki.
Wracając, zauważył na ławce młodą dziewczynę, która ocierała łzy. Nie mógł przejść obojętnie.
Dobry wieczór, panienko. Wszystko w porządku? Coś się stało?
Podniosła wzrok pełen smutku.
Nikt mi już nie pomoże Dziękuję, ale nie wiem nawet, gdzie mam iść
Stanisław usiadł obok.
Jak to nie wiesz? Skąd przyszłaś? Jak masz na imię?
Wyrzuciła mnie matka. Teraz ma pełno gości w mieszkaniu. Nie ma tam dla mnie miejsca Boję się ich wszystkich. Jestem Jadzia.
Słuchaj, Jadziu, powoli. Nie rozumiem. Chyba nie zostaniesz tu na noc?
Jadzia mieszkała z rodzicami w kawalerce po dziadku. Przyjechali ze wsi, gdzie wszystko się zawaliło, pracy nie było. Ojciec zmarł, gdy miała piętnaście lat. Z matką żyły jako tako, ale z czasem dziewczyna zaczęła zauważać, że kobieta wraca z pracy z podejrzanym zapachem, często przynosiła butelkę wina. Piła przy kolacji, nie kryjąc się przed córką.
Mamo, po co to robisz? Przestań, to do niczego dobrego nie prowadzi prosiła.
Co ty wiesz o życiu, Jadźka? Twój ojciec zostawił mnie samą, co ja mam teraz robić? Naleję ci, spróbuj. Po drinku świat wydaje się lżejszy. Może tak zagłuszam swój smutek odpowiadała matka, po czym zwalała się na kanapę i zasypiała.
Rano Jadzia sama robiła sobie śniadanie i szła do szkoły medycznej. Uczyła się po gimnazjum, chciała jak najszybciej zacząć pracować. Na matkę nie liczyła kobietę ciągle zwalniano.
Mamo, już nawet na sprzątaczkę cię nie biorą. Jak my teraz przeżyjemy?
A ty na co? Niedługo pójdziesz do pracy i jakoś się utrzymamy mamrotała pijana.
Z czasem było jeszcze gorzej. Do mieszkania przychodzili znajomi matki, pili całymi nocami, zasypiali na podłodze. Jadzia chowała się za szafą, spała niespokojnie, pełna lęku.
Po skończeniu szkoły od razu zatrudniła się jako pielęgniarka. Lubiła nocne dyżury wtedy nie musiała widzieć, co dzieje się w domu. Już myślała o wynajęciu własnego mieszkania.
Tego wieczoru, gdy wróciła zmęczona po ciężkim dniu w szpitalu, zastała matkę w opłakanym stanie. Mieszkanie, w którym kiedyś byli szczęśliwi, było puste. Meble, choć stare, firanki, nawet zasłony wszystko zniknęło. Matka spała na podłodze. Również rzeczy Jadzi zostały sprzedane. Została tylko stara zimowa kurtka na wieszaku.
Wyszła płacząc i szła przed siebie, aż trafiła do parku, na tę ławkę.
Stanisław słuchał jej z rosnącym bólem w sercu. Przeszedł na ty, by ją uspokoić.
Jadziu, życie potrafi być okrutne, ale zawsze trzeba wierzyć, że będzie lepiej mówił cicho. Też myślałem, że wszystko się skończy, gdy straciłem żonę. Była moim całym światem. Zamilkł na chwilę. Ale zrozumiałem, że skoro taki był los, trzeba iść dalej. Ty też nie poddawaj się. Zawsze jest wyjście.
Jakie wyjście? spojrzała na niego. Nigdy nie zarobię na mieszkanie. Gdzie mam iść?
Posłuchaj Mieszkam sam. Dom jest duży, nikt mi nie pomaga. Radzę sobie, ale Może zamieszkasz ze mną? Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Będę cię traktował jak córkę. Żona i ja nie mogliśmy mieć dzieci
Stanisław był uczciwym człowiekiem. Jadzia często dziękowała losowi, że go spotkała. Stał się jej rodziną, drugim ojcem. Wzięła na siebie domowe obowiązki czystość, gotowanie, dbałość o ciepło. Wieczorami rozmawiali, on opowiadał, a ona słuchała z zainteresowaniem. Zrozumiała, jak bardzo stał się jej bliski. Jego dobroć i szlachetność stopiły lód w sercach dwojga ludzi starszego samotnego mężczyzny i młodej dziewczyny.
Ale los znów się odwrócił. Zaczęli do siebie ciążyć. Stanisław znów miał dla kogo żyć, kogo kochać. Z czasem zaczął zauważać, że patrzy na Jadzię nie tylko jak na córkę. Jego uczucie przerosło zwykłą troskę.
Im więcej o niej myślę, tym silniejszy ogień rozpal


