Przez wieś przeszedł straszny wilczy skowyt. Tak głośny i przerażający, że każdemu, kto go usłyszał, stawały włosy dęba.

Była „nietowarzyskim” psem…  Dawno, dawno temu, podczas wycieczki do lasu, dziadek Franciszek znalazł małego szczeniaka. Bóg jeden wie, jak taki maluch znalazł się sam w lesie. Po prostu wędrował cicho przed siebie. Nie był nawet uwiązany… Małe, mokre od deszczu „coś”. Dziadek zmarszczył brwi i podszedł bliżej. Mały pies, brudny i niezbyt ładny. Ale i tak posiadał w sobie coś takiego, co chwytało za serce. Brązowe oczy spojrzały na niego. Nie były to oczy szczeniaka – to oczy mądrego zwierzęcia.

Dziadek pomyślał: „Chodź ze mną! Mam teraz podwórko bez psa. Jeśli będziesz dobrym strażnikiem, nie stanie Ci się u mnie krzywda!”. Wsiadł na rower i pojechał do wsi. Po drodze dziadek nie raz i nie dwa rozglądał się. Nikt jednak nie biegł za nim. Dziadek zdążył już zapomnieć o spotkaniu w lesie. Zabrał się za swoje obowiązki, a było ich wiele: trzy świnie z dziesięcioma prosiętami, krowa, około dziesięciu kur, sześć kaczek z kaczątkami i kot.

Dziadek zwinął swoją fajkę, nie lubił tych sklepowych papierosów, a tym bardziej papierosów z filtrem. Otworzył bramę, zamierzał odpocząć i usiąść wreszcie na ławce koło domu. Nagle ogarnęło go otępienie… Dwoje brązowych oczu patrzyło na niego. A jak uważnie i tak dziwne, że dziadek nie wiedział co zrobić.

– Chodź, wejdźmy na podwórko… – po długiej pauzie szczeniak wycofał się i zniknął w ciemności.

Ta sytuacja powtarzała się przez wiele dni… Brązowe oczy patrzyły na niego co wieczór, jakby go oceniały, jakby szukały w nim bratniej duszy. I pewnego dnia, gdy dziadek siedział na ławce koło swojego domu, paląc, szczeniak podszedł do niego, obwąchał go i położył się u jego stóp. Dziadek był wręcz zakłopotany.

Nie był człowiekiem czułym i miał zwyczaj traktować zwierzęta w sposób dość szorstki. Nie był w stanie zliczyć, ile świnek, krów, kurczaków i innych zwierząt już zabił. Pies był potrzebny do ochrony, koty – do łapania myszy… Nie pamiętał nawet, ile psów zginęło na jego podwórku. Niektóre zostały otrute, inne zmarły na różne choroby. Nawet teraz buda na podwórku była pusta. Na początku lata zmarł ostatni pies. Weterynarz powiedział, że to przez kleszcze. Nikt tak naprawdę go nie żałował. Dziadek Franciszek to surowy mężczyzna, skąpy we łzach, a Katarzyna jeszcze bardziej… Cała wioska plotkowała o tym, jak biła pięścią cielę między oczy, tylko za to, że się bawiło i kopało, kiedy przyszła je uporządkować.

Dziadek zaciągnął się papierosem i spojrzał na leżącego u jego stóp szczeniaka. Brązowe oczy obserwowały go intensywnie.

– No cóż, wygląda na to, że postanowiłaś zostać ze mną? To posłuchaj… Będę cię karmił dwa razy dziennie tym, co Bóg zechce… Ale nie zrobię ci krzywdy. Jest tam buda. Jest ciepło. Wypuszczę cię w nocy na kilka godzin. Trzeba będzie pilnować podwórka, żeby żaden obcy nie mógł bez obaw wejść. Jeśli się zgadzasz, chodź ze mną.

I tak zaczęło się nowe życie… Dowiedziawszy się, że szczeniak to samica, dziadek nadał jej imię Stella. Gdzie usłyszał tak piękne i eufoniczne imię pozostaje dla nas tajemnicą. Teraz Stella miała ciepłą budę, duże gospodarstwo i łańcuch. Z czasem z nieporadnego szczeniaka wyrosła na ogromnego, przystojnego, potężnego psa, którego obawiała się cała wioska.

Mówiło się nawet, że Stella ma w rodzinie wilki. Była tak onieśmielająco piękna i niezwykła, a jej zwyczaje nie były zwyczajami psa. Żadnego machania ogonem, żadnego lizania rąk… Kiedy podchodził do niej dziadek, jego żona lub rodzina, Stella po prostu leżała cicho i obserwowała ich uważnie swoimi bystrymi oczami…

A obcy ludzie? Była gotowa ich rozerwać… Nawet nie szczekała zbytnio. Warknęła, a to warczenie było już straszne. Dlatego jej buda została nawet przeniesiona z podwórka do ogrodu, żeby mieszkańcy wsi nie bali się podejść w dzień do bramy.

W nocy dziadek czasem spuszczał ją z łańcucha ze słowami:

– Wróć za trzy godziny! Przez ciebie mleczarki boją się iść na poranny udój! Trzy godziny…

A ona ruszała jak pocisk z łańcucha i gnała w lasy i pola w swoim psim, a może wilczym, interesie. Nigdy nikogo nie ugryzła ani nie przestraszyła. Miała inne zainteresowania.

Stella regularnie rodziła kolejne szczeniaki, tak jak to powinno wynikać z natury. Ale najdziwniejsze jest to, że mimo iż we wsi się jej bali, szczeniaki rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Ludzie przyjeżdżali nawet z innych wsi po nie. Bo choć bali się Stelli, to szanowali ją.

To był zwykły letni dzień. Po śniadaniu Stella leżała spokojnie przy swojej budzie, wygrzewając się w słońcu i obserwując jednym okiem małą Martę bawiącą się w piaskownicy pod cieniem ogromnego drzewa przy bramie, a drugim okiem babcię Katarzynę dłubiącą w swoim warzywniku…Stella już wiedziała, że babcia Katarzyna przywiązała wnuczkę do drzewa, żeby nigdzie nie odchodziła, kiedy ta zajmie się gospodarstwem.

Marta miała wtedy zaledwie trzy lata, a rodzice czasem przywozili ją na weekend do wsi. I ta mała dziewczynka natychmiast biegła nie do nikogo, ale do Stelli, z szeroko otwartymi ramionami:

– Teeella!!! Teeella!

A psie serce zaciskało się z radości i miłości do tego ludzkiego dziecka! I tego feralnego dnia Stella obserwowała Martę i babcię i zasnęła… Obudziła się, gdy ktoś boleśnie podrapał ją pazurami po nosie. Stella otworzyła oczy. Kot siedział przed jej twarzą, prawie sapiąc i próbując przekazać: „Zrób coś! Marta zaraz utonie”.

Stella zajrzała za ogrodzenie. Marty nigdzie nie było. Nie było jej w piaskownicy, na huśtawce, przy drzewie. Stella spojrzała na kota, który wskazywał na dziewczynkę przy stawie.

A Stella dała głos! Szczekała i szczekała… Tak głośno, jak jeszcze nigdy w życiu nie szczekała. Skakała, wyrywała się, próbowała urwać się z łańcucha… Babcia Katarzyna wyprostowała się i spojrzała na psa.

„Ona zupełnie straciła rozum, ach ten pies…” – pomyślała i zaczęła plewić kapustę.

A potem Stella zawyła… I to nie był byle jaki skowyt. Przez wieś przeszedł straszny wilczy skowyt. Tak głośny i przerażający, że każdemu, kto go usłyszał, stawały włosy dęba. A Stella wyła i wyła… A w tym wyciu było tyle bólu, że słowa nie są w stanie go wyrazić…

I dopiero słysząc ten straszny skowyt babcia Katarzyna zrozumiała, że stało się coś strasznego, i pospieszyła szukać Marty… Dzięki Bogu, inni sąsiedzi pospiesznie wybiegli ze swoich podwórek. W ostatniej chwili znaleziono Martę i wyciągnięto ją z małego stawu, który znajdował się niedaleko domu. Może to nie był staw, może to była kałuża niewiadomego pochodzenia… To nie ma znaczenia. We wsi było zamieszanie. Przyjechała karetka, rodzice Marty. Wszyscy płakali i cieszyli się jednocześnie.

Kiedy cała rodzina uspokoiła się, do Stelli przyszła delegacja: ojciec Marty, jego żona i dziadek Franciszek.

Ojciec dziewczynki przykucnął przed nią i powiedział:

– Dziękuję za uratowanie mojej małej dziewczynki! Dziękuję… Nigdy tego nie zapomnę. Błagam cię, zamieszkaj ze mną, mam dom w mieście. Będziesz miała dużą przestrzeń. Będę cię karmić obficie, będę cię zabierać na spacery. U mnie będziesz bardzo szczęśliwa!

Stella patrzyła na niego swoimi brązowymi oczami i milczała. Potem przyszła i położyła mu głowę na ramieniu przez kilka sekund, po czym odeszła do swojego pana, dziadka Franciszka. Przyszła i położyła się u jego stóp.

A dziadek nie wiedział jak zareagować na te „zwierzęce pieszczoty” i tylko skąpa męska łza potoczyła się zdradziecko po jego pomarszczonym policzku. Nauczył się… Nauczył się kochać zwierzęta.

 

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 3 =

Przez wieś przeszedł straszny wilczy skowyt. Tak głośny i przerażający, że każdemu, kto go usłyszał, stawały włosy dęba.