Dziennik, 14 marca
Przez pięć lat byłem przekonany, że mam w domu żonę, a dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że ona oczekuje ode mnie czegoś, czego sam nie rozumiem jakbym miał być jej matką, a nie mężem.
Moja żona, Bogusława, pochodzi z niewielkiego miasteczka pod Lublinem. Tam poznaliśmy się na festynie rodzimym i tam też od razu między nami coś zaiskrzyło. Postanowiliśmy wyrwać się z prowincji i zacząć nowe życie w Warszawie. Rodzinie powiedzieliśmy, że jedziemy do stolicy, zarobić na wesele. Owszem, pojechaliśmy za chlebem, ale szybko uznaliśmy, że tradycyjne wesele to zbyt wielki wydatek jak na naszą kieszeń.
Urządziliśmy ceremonię na luzie ślub w trampkach, ja w jeansach, ona w kolorowej sukience, zamiast wystawnego przyjęcia bufet dla najbliższych i symboliczne prezenty: wyłącznie gotówka, którą od razu wrzuciliśmy w ratę naszego kredytu hipotecznego na małe mieszkanie na Pradze. Mimo to matki zarówno moja, jak i jej nie wytrzymały i po jakimś czasie zrobiły na naszej rodzinnej wsi małe przyjęcie z barszczem i pierogami.
Mijało pięć lat od ślubu. Dzieci odsuwaliśmy w czasie, bo marzenie o własnym M2 kosztowało więcej, niż się spodziewaliśmy, a rodzinna presja była coraz większa. Matka Bogusławy silna, samotnie ją wychowała, nieustannie sugerowała przez telefon: No kiedy te wnuki? Ale ona ciągle powtarzała, że to jeszcze nie czas twierdziła, że mamy jeszcze chwilę na odpoczynek i budowanie siebie.
Niedawno zauważyłem, że Bogusława jest dziwnie rozdrażniona drobiazgi, które wcześniej nie zaprzątały jej głowy, teraz wywołują lawinę pretensji pod moim adresem. Zadzwoniła do swojego kolegi Pana Marka (znamy się wszyscy z pracy) i wyżala się:
On gada godzinami z innymi przez telefon, a dla mnie tylko cześć i do widzenia.
To jak wróci z roboty, przecież jest czas, żeby pogadać odpowiada jej Marek.
Ale ja po pracy chcę obejrzeć romantyczny film, a on woli horrory.
Ile macie telewizorów? Zresztą, w dzisiejszych czasach każdy ma laptopa można oglądać co się chce. Ale jak tak siedzicie osobno przed ekranami, to czy to jeszcze wspólne życie?
Bogusława kiwa głową:
Właśnie! Ja myślę, że on mnie już nie rozumie.
Kiedy spędzacie dobrze czas razem? dopytuje Marek.
Na wakacjach albo jak mamy gości. Wtedy jest taki czuły…
Ich rozmowa trwała prawie godzinę. Z jej opowieści jasno wynikało, że Bogusławie brakuje poklasku, potwierdzenia swojej wyjątkowości, szczególnie na tle innych. Chciała się chwalić, być podziwiana przez znajomych. To pierwszy problem. Drugi poszukiwanie bezwarunkowej uwagi, którą dawniej zapewniała jej matka.
Marek zapytał ją wprost, jak wyobraża sobie idealne małżeństwo.
Z dziećmi, to oczywiste odpowiedziała.
Tylko że po narodzinach dzieci różnie bywa…
Mąż powinien wiedzieć, jaki mam humor, jak idzie mi w pracy, powinien chwalić obiad i dopasowanie sukienki…
Ale przecież cię chwali Marek dopytuje.
Powie, że dobre, ale mnie to nie wystarcza.
Przychodzi z pracy, dostaje kotlety z puree, zaczyna się uśmiechać i cieszyć się, że ciepło w domu…
Ale ja potrzebuję czegoś więcej!
Ona sama nie potrafiła sprecyzować, czego jej brak, ale czuła żal do mnie. Wtedy padło ważne pytanie o relacje z matką. Okazało się, że jej mama była ciepła, wspierająca, może aż nadto wchodząca w życie dorosłej już córki, aprobująca nawet wtedy, gdy coś nie wychodziło. Bogusława, nie mając ojca, nie nauczyła się, że mężczyźni okazują uczucia inaczej.
I wtedy Marek powiedział jej wprost: Bogusławo, ty jesteś żoną swojej matki, tylko nie widzisz tego, bo chcesz, by twój mąż zastąpił ci mamę. Najpierw była zaskoczona, ale po chwili zadumy przyznała rację.
Jak się więc rozwieść z mamą? zapytała.
Bardzo prosto: gdy masz do mnie pretensję, pomyśl, że to nie ja tylko twoja troskliwa mama stoi obok. I wtedy zobaczysz, że żaden mąż nie da ci tego, co dawała matka.
Kiedy o tym pomyślałem, poczułem ulgę. Zrozumiałem, że nie muszę spełniać wszystkich oczekiwań, być i partnerem, i powiernikiem, i rodzicem. Nikt nie jest w stanie zastąpić rodzica, nawet najlepszy mąż. Zamiast żyć w ciągłej frustracji warto szukać swojego sposobu na bliskość i szczęście, doceniając to, co jest. To, czego się nauczyłem, to akceptacja innego człowieka z jego przyzwyczajeniami, nawet jeśli nie zawsze odpowiadają naszym wyobrażeniom.



