Dziennik, 7 czerwca
Dokładnie pięć lat temu rozwiodłem się spokojnie z żoną i bardzo szybko przywykłem do samotnego stylu życia. Jednak ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że powroty do pustego mieszkania zaczynają mnie po prostu przygnębiać.
Mam 56 lat, zdrowie dopisuje, nie brak mi energii. Postanowiłem założyć profil na portalu randkowym, z nadzieją, że znajdę kobietę, z którą mógłbym dzielić codzienność i plany na przyszłość. I ku mojemu zdziwieniu, już po kilku dniach okazało się, że trafiłem na naprawdę ciekawą osobę.
Profil był bardzo prosty:
Helena, 56 lat, wdowa, szukam uczciwego mężczyzny do poważnego związku.
Na zdjęciu uśmiechała się do mnie zwyczajna, ciepła kobieta o serdecznych oczach żadnego pozowania. Zaczęliśmy rozmawiać i od razu jasno postawiłem sprawę: nie interesują mnie relacje trwające miesiącami tylko wirtualnie. Szukam kogoś na życie, by wspólnie spędzać czas, jeździć na wakacje, dzielić się codziennością. Zgodziła się. Spotkaliśmy się trzy dni później, w sercu Krakowa.
Pierwsze spotkanie było udane. Pogoda nam sprzyjała, spacerowaliśmy długo, ona z pasją opowiadała o swojej pracy i wnukach, a ja słuchałem z uwagą. Polubiłem ją za spokój i opanowanie nie mówiła bez przerwy, potrafiła też słuchać. Na koniec zaprosiłem ją na kawę i ciasto do kawiarni przy Rynku zapłaciłem, bo uważam, że tak wypada. Mam swoją staroświecką wizję świata: jeśli mężczyzna zaprasza, to on reguluje rachunek.
Rozpoczęło się klasyczne czekoladki i kwiaty. Prezenty kupowałem zawsze ja, ale wspólne wieczory były wyjątkowe. Co piątek i sobotę spotykaliśmy się: teatr, kino, koncert, wystawa, wyjazd za miasto na obiad. Budżet dwumiesięcznych randek, gdybym teraz to podliczył w złotówkach, przyprawiłby mnie o lekki zawrót głowy.
Nie żałowałem chciałem być dżentelmenem, sądziłem, że między nami powoli rodzi się bliższa relacja. Podobało mi się, gdy szła ze mną pod rękę ulicami Krakowa i szeptała:
Zbysiu, z tobą tak dobrze się rozmawia, jesteś prawdziwym kawalerem z klasą.
Nie ukrywam, to bardzo podnosiło mi ego.
Z czasem jednak pojawiły się sygnały ostrzegawcze
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, jej zachowanie wiele tłumaczyło.
Najpierw: ani razu nie zaproponowała, żebym ją odwiedził u niej w domu. Nigdy. Nawet na krótki popołudniowy podwieczorek. Zawsze jakieś wymówki: Nieposprzątane, Dziś wnuczka śpi, Jestem wykończona po pracy, spotkajmy się na mieście. Myślałem, że pewnie się wstydzi, bo żyje samotnie i odwykła od obecności mężczyzny w swoim domu. Nie naciskałem, czekałem z cierpliwością.
Po drugie, interesująco zmieniała front, gdy w rozmowie pojawiał się temat wieku. Gdy omawialiśmy rozrywki, wspólne wyjazdy czy restauracje była pełna werwy, gotowa na każdą propozycję. A kiedy tylko rozmowa schodziła na nieco śmielsze tory, nagle budziła się w niej babcia-moralizatorka.
Sytuacja w kinie wyjątkowo utkwiła mi w pamięci. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie, lekko położyłem dłoń na jej kolanie. Zupełnie niewinnie, tylko dłoń nic więcej. Natychmiast ją odsunęła i stanowczym, acz opanowanym głosem powiedziała:
Zbysiu, ludzie patrzą.
Ależ, Hela, w sali jest ciemno, nikogo obok.
Nieważne. Tak nie wypada. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, nie nastolatkami.
Przypisałem to surowemu wychowaniu. Pomyślałem, że z wiekiem zdobywa się pewne zasady i trzeba je uszanować. Jednak coraz wyraźniej odczuwałem dyskomfort. Nie mamy przecież po szesnaście lat i nie chcę przez kolejne miesiące grać rolę obrażonego chłopca z podstawówki.
Helena miała tez inny zwyczaj z upodobaniem roztrząsała swoje dolegliwości. Wiem, w tym wieku kręgosłup czasem boli, ciśnienie skacze ale ona wręcz celebruje każdy ból i każdą tabletkę. Potrafiła przez całą kolację opowiadać, jaką ma nową receptę na cholesterol.
Słuchałem cierpliwie, współczułem szczerze, nawet zaproponowałem, że zawiozę ją do świetnego lekarza przy Rynku. Ale gdy tylko wspomniałem, że pływam dwa razy w tygodniu na basenie, skrzywiła się i rzuciła z przekąsem:
Po co ci te wyczyny? Jeszcze sobie serce popsujesz. W tym wieku lepiej poleżeć z książką, a nie moczyć się w chlorze.
A mnie nie odpowiada taka wizja emerytury. Chciałbym jeszcze cieszyć się pełnią życia.
Przełom
Wczoraj w końcu uznałem, że już czas. Dwa miesiące spotkań wystarczy, by zorientować się, czy nadajemy na tych samych falach.
Kolacja w gruzińskiej restauracji przy Placu Wolnica, wybitne chinkali, butelka wina, atmosfera rewelacyjna. Helena w znakomitym humorze opowiadała zabawne anegdoty, ja słuchałem i chłonąłem każdą wspólną chwilę. Pomyślałem: czas na szczerą rozmowę.
Po kolacji zaprosiłem ją do samochodu. Na zewnątrz padał drobny deszcz, w środku przytulnie, muzyka cicho sączyła się z głośników. Ująłem delikatnie jej dłoń, ona jej nie cofnęła.
Hela, może pójdziemy do mnie na herbatę? Posłuchamy muzyki, porozmawiamy spokojnie.
Nagle zobaczyłem, jak spięła się cała, uśmiech zniknął, oczy stały się zimne.
Zbysiu, na co ty liczysz?
Niczego nie sugeruję, mówię wprost podobasz mi się. Jesteśmy oboje wolni, spotykamy się dwa miesiące. To normalne, że chcę być bliżej ciebie.
Wtedy wygłosiła mi długą przemowę o wieku, wstydzie i duchowym pokrewieństwie. Zamarłem ze zdumienia.
Ty wiesz, co mówisz?! zapytała ostrym tonem. Takie rzeczy są dla młodych, dla tych, co chcą mieć dzieci. Nam to niepotrzebne. Sam pomyśl rozebrani po pięćdziesiątce Przecież to śmieszne. Najważniejsze to być dla siebie wsparciem, przyjaciółmi. Na intymność już chyba za późno.
Doznałem szoku. Okazało się, że jestem dla niej prymitywnym zwierzęciem, bo po ośmiu tygodniach chciałem normalnej bliskości.
Przestań, Hela. Jaki brzuch? Chodzę na siłownię, czuję się dobrze. Ty również wyglądasz świetnie jak na swój wiek. Czemu odmawiasz sobie prawa do radości, bo masz kilka zmarszczek? Kto ustalił, że po pięćdziesiątce życie to już tylko pielęgnacja wnuków i sadzenie pomidorów?
Tak robią porządne kobiety, Zbysiu! ucięła ostro. Gdybym miała mężczyznę w takim celu, wstydziłabym się przed dziećmi.
W tym momencie nie wytrzymałem:
No więc mężczyzny na życie wcale nie szukałaś! Przez dwa miesiące jadłaś za moje pieniądze, woziłem cię samochodem, zabierałem do filharmonii. Nie było ci głupio przyjmować prezenty od tego zwierzęcia? Gdy tylko chcę czegoś więcej, to nagle staje się to obrzydliwe?
Zaczerwieniła się, ale nie z zawstydzenia z gniewu.
Uważasz, że po kilku kolacjach mam się rzucać w ramiona? syknęła.
Nie przeinaczaj powiedziałem już spokojnie, choć wewnątrz mnie aż gotowało. Dbałem o ciebie, a każda normalna znajomość dojrzewa. Ty najwyraźniej oczekiwałaś sponsora, nie partnera.
Wybiegła z auta jak burza, trzaskając drzwiami. Patrzyłem, jak z podniesioną głową maszeruje w kierunku swojego bloku. Poczułem więcej żalu do siebie niż do niej.
Lubię dobre rozmowy, cenię literaturę i historię. Ale jestem żyjącym mężczyzną, mam pragnienia i nie zamierzam ich wypierać, bo jakaś kobieta wyznaje betonowe zasady i wstydzi się własnych krągłości.
Skasowałem jej numer i swój profil w serwisie randkowym. Potrzebuję chwili, by dojść do siebie po tym teatrze absurdu.
Doszedłem do jednej decyzji: już na pierwszej randce poruszam temat bliskości. Usłyszę frazesy o starości i wnukach jako sensie życia dzielimy rachunek i rozchodzimy się w pokoju.
Czy ja zwariowałem? Czy w Polsce po pięćdziesiątce chęć bycia blisko drugiej osoby to faktycznie powód do wstydu? Po co te panie w ogóle trafiają na portale, jeśli dla nich życie już się skończyło?


