Przestałam prasować Szymonowi koszule, kiedy nazwał mój trud siedzeniem w domu.
A po co ci zmęczenie, Bogno? Po serialach? Po rozmowach z przyjaciółkami? pytał, rozkładając ręce na stole, jakby chciał objąć cały świat. Ja przychodzę z pracy wyciśnięty jak cytryna, a ty opowiadasz mi o bólu pleców! To nie ja mam ból pleców, bo noszę cały dom na ramionach, a wy jedynie siedziecie i rozkoszujecie się życiem!
Szymon rzucił widelec tak mocno, że metaliczny dźwięk odbił się od ścian i widelec podskoczył, lądując z trzaskiem na podłodze. Kotlet, który Bogna smażyła od pół godziny, starając się uzyskać idealną chrupiącą skórkę, leżał nieporuszone na talerzu, jakby już nie chciał być jedzeniem.
Bogna stała przy zlewie kuchennym. Woda szumiała, zmywając pianę, ale ona słyszała tylko jedno zdanie, które rozbrzmiewało w uszach niczym dzwonek kościelny: Po prostu siedzą w domu.
Szymonie szepnęła, powoli zakręcając kran i odwracając się do męża. Jej ręce drżały, a ona chowała je w kieszenie fartucha. Naprawdę? Myślisz, że cały dzień spędzam przed serialami?
A co ty robisz? odparł, opierając się o krzesło, w oczach błysnęło mu złośliwe uniesienie, które w ostatnich miesiącach stało się coraz częstsze. Nie mamy małych dzieci, Artur jest na studiach, mieszka w akademiku. Nasze mieszkanie to nie pałac, a zwykła trzypokojówka. Co tu sprzątać? Odkurzaczrobot odkurza, pralka pierze, wielofunkcyjny garnek gotuje. Ty masz kurort, a nie życie. A ja zarabiam, żeby ten twój kurort płacić. Czy mam prawo wrócić do domu i zobaczyć wypoczętą żonę, a nie słuchać narzekań o zmęczeniu?
Bogna patrzyła na człowieka, z którym spędziła dwadzieścia pięć lat. Na jego idealnie wyprasowaną koszulę w delikatne niebieskie paski. Przypomniała sobie, jak wczoraj wieczorem stała przy desce do prasowania czterdzieści minut, gładząc każdy fałd, każdą mankietę, by wyglądał jak nowy. Przypomniała sobie poranne bieganie na targ po świeży twaróg, bo Szymon jadł serniczki tylko z domowego twarogu. Pamiętała, jak szorowała wannę, sortowała zimowe rzeczy, dźwigała torby z zakupów
On tego nie widział. Dla niego czyste podłogi były oczywistością, gorąca kolacja funkcją wielofunkcyjnego garnka, a świeże koszule najwyraźniej rosły na drzewach w szafie.
Dobrze wyszeptała Bogna. Usłyszałam cię. Mam kurort. Po prostu siedzę w domu.
No i wspaniale, że się rozumiemy mruknął Szymon, podnosząc widelec z podłogi i wrzucając go do zlewu. Daj mi czysty. I herbatę, mocną, bo ostatnio była jakaś smara.
Bogna podała mu widelec w milczeniu, nalała herbatę bez słowa. W jej wnętrzu coś pękło. Nie doszło do ostrego kłótni, nie rozbiły się naczynia po prostu zrobiło się lodowato i pustko, jakby w przytulnej kuchni nagle wyrwały się okna w zimowy wieczór.
Wieczorem, gdy Szymon, najedzony i zadowolony, położył się przed telewizorem oglądać mecz, Bogna weszła do sypialni. Zwykle wtedy zaczynała drugą zmianę. Szymon był kierownikiem działu w dużej firmie, w której obowiązował sztywny dress code i koszule zmieniano codziennie.
Wyciągnęła deskę do prasowania, postawiła żelazko. Potem spojrzała na kosz z bielizną, w którym leżały jego koszule po praniu pomarszczone, sztywne po wirowaniu, pokręcone.
Pralka pierze mówił mąż. Pralka pierze.
Rzeczywiście, pralka prała. A prasować nie umiała. Czy to drobiazg? Czy to zajęcie dla tych, którzy po prostu siedzą w domu i nudzą się bezczynnością?
Bogna wyrwała wtyczkę żelazka, schowała deskę za szafę. Kosz z pomarszczonymi koszulami wsuła w róg garderoby.
Odpoczywaj, Bogno powiedziała swojemu odbiciu w lustrze. Masz kurort.
Poranek zaczął się jak zwykle. Szymon obudził się dźwiękiem budzika, przeciągnął się, poszedł pod prysznic. Bogna w tym czasie już stała przy kuchni, piła kawę. Nie przygotowała śniadania. Na stole leżała paczka musli i karton mleka.
A gdzie jajecznica? zdziwił się Szymon, wchodząc do kuchni i wycierając ręcznikiem włosy.
Nie zdążyłam odpowiedziała spokojnie Bogna, przeglądając newsy w telefonie. Przecież odpoczywam. Postanowiłam się położyć dłużej, nabrać sił przed popołudniowym seansami.
Szymon zmrużył oczy, uznając, że żona po prostu figluje po wczorajszej kłótni.
Dobra, niech tak. Muszę iść, mam spotkanie z szefem. Nie znalazłem białej koszuli pod spinkami. Muszę wyglądać na pełnym gwizdku. Gdzie ona jest?
W koszu odpowiedziała Bogna, nie odrywając wzroku od ekranu.
W koszu? Brudna?
Czysta. Wyprana. Pralka przecież pierze.
Szymon zakrztusił się mlekiem.
Bogno, co ty robisz? Za dwadzieścia minut muszę wyjść. Gdzie jest wyprasowana koszula?
Tam, gdzie wszystkie pozostałe. Niewyprasowane.
Szymon powoli położył łyżkę. Jego twarz zaczęła nabierać barw.
Dość tego cyrku. Może wczoraj trochę przesadziłem, ale to nie powód, by sabotować. Idź i wyprasuj mi koszulę. Szybko.
Bogna podniosła wzrok. W jej oczach nie było strachu ani gniewu, tylko obojętność.
Nie, Szymonie. Nie będę prasować. Prasowanie to praca, a ja, jak sam zauważyłeś, nie pracuję. Siedzę w domu. A siedzenie w domu nie oznacza stania przy rozgrzanym żelazku godzinami. Technologia pierze niech technologia też prasuje. Albo ty sam. Jesteś mężczyzną, wszystko na siebie bierzesz. Myślę, że żelazko nie jest ci cięższe niż odpowiedzialność za rodzinę.
Czy żartujesz?! wykrzyknął Szymon. Mam spotkanie! Spóźniam się!
Żelazko w szafie, deska obok. Zrobić to zdążysz, jeśli się pospieszysz.
Szymon wybiegł z kuchni, przeklinając pod nosem. Bogna słyszała, jak tłukł deskę, jak upadało żelazko, jak syczał parą. Po dziesięciu minutach pojawił się w drzwiach czerwony, rozczochrany, w koszuli z krzywą, nową fałdą na piersi i kołnierzem, który rozchylał się w nieładzie.
Dzięki, żono! wykrzyknął. Uratowałeś mnie!
Drzwi zadrżały tak, że szklanki na szafce zadrżały. Bogna spokojnie dokończyła kawę i udała się na swój plan. Zapisala się na basen, na który od dawna chciała pójść, ale brakowało czasu. Umówiła się też z przyjaciółką Heleną. Kurort taki już kurort.
Wieczorem Szymon wrócił przygnębiony jak burzowa chmura. Koszula zgnieciona jeszcze bardziej, nadawała mu wygląd człowieka, który nocował na dworcu.
Zadowolona? zapytał, rzucając teczkę w róg. Szef patrzył na mnie cały dzień. Zapytał, czy nie choruje żona, widząc mój stan.
Co mu odpowiedziałeś? dopytała Bogna.
Powiedziałem, że żona gra w feminizację. Masz coś do jedzenia, czy mam znowu jeść suchą karmę?
W zamrażarce są pierogi. Sklepowe, Pierogownia.
Szymon zgrzynął zębami, ale sił na krzyczenie brakowało. Bez słowa ugotował pierogi, zjadł je prosto z garnka i poszedł do sypialni, demonstracyjnie zamykając drzwi.
Minął tydzień. Mieszkanie powoli pogrążało się w chaosie. Bogna sprzątała, zmywała naczynia, wycierała kurz w widocznych miejscach, ale magia przytulności znikła. Zniknęły ręczniki pojawiające się w łazience jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zniknął zapach domowych ciast. A najważniejsze zniknęły wyprasowane rzeczy.
Szymon cierpiał. Najpierw nosił starą odzież z głębin szafy, ale zapasy szybko się wyczerpały. Musiał sam próbować prasować. Szlaki na spodniach się podwajały, koszule nabierały żółtawego odcienia, bo nie umiał dobrać temperatury. Pewnego dnia spalił dziurę w ulubionym swetrze i godzinę krzyczał po całym mieszkaniu, oskarżając Bognę o sabotaż.
Bogna rozkwitła. Zrozumiała, ile ma wolnego czasu. Czytała książki, spacerowała po parku, zmieniła fryzurę. Nie garbiła się już, jakby zrzuciła z ramion ciężki worek.
W piątkowy wieczór Szymon przyszedł do domu nie sam. Ze sobą miał kolegę, Igora Borkowskiego. Szymon ostrzegł o tym tydzień wcześniej, lecz Bogna zapomniała.
Bogno! zawołał Szymon z nienaturalnym entuzjazmem. Przywitaj gości! Wpadliśmy z Igorem na podsumowanie raportu!
Bogna wyszła na korytarz w eleganckim domowym kostiumie, z makijażem.
Dobry wieczór, panie Borkowski uśmiechnęła się.
O, jakaż masz żona, Szymonie! zachwycił się kolega. Kwitnie i pachnie! A ty narzekałeś, że choruje.
Szymon się zarumienił i popchnął go w stronę kuchni.
Proszę, Bogno, nakryj nam stół. Coś do przekąsek, ogórki, coś gorącego.
Bogna nadal się uśmiechała.
Szymonie, chyba zapomniałeś. Nic nie mamy. Nie gotowałam dziś. Możemy zamówić pizzę albo sushi. Dostawa już jest szybka.
Jak nie gotowałam? zakrzyknął Szymon. Goście!
Nie przypomniałeś. A ja odpoczywałam. Byłam w kinie.
Igor wyczuł napięcie i próbował wygładzić sytuację:
Spokojnie, Szymonie, nie obciążaj żony. Pizza to świetny pomysł! Lubię pepperoni.
Szymon, zgrzytając zębami, wyciągnął telefon i zamówił pizzę. Cały wieczór siedział jak na igle. Patrzył, jak Igor przygląda się pomarszczonej koszulce domowej (Szymon przestał ją prasować, uznając, że wystarczy). Zauważył, że na stole nie ma zwykłej obfitości, którą zawsze okazywał przed znajomymi.
Kiedy gość odszedł, Szymon eksplodował.
Poszkodzisz mnie! Celowo? Przed kolegą! Teraz wszyscy będą gadać, że mieszkam w chlewie i jem pizzę z pudełka!
Co z pizzą nie tak? zapytała Bogna. Przecież smaczna. I nie trzeba zmywać naczyń. Sam mówiłeś, że dom nie powinien być problemem.
Zacznij prasować! ryknął. Czuję się jak chata! W pracy już mnie palcują!
Powiedz im prawdę, Szymonie. Powiedz: Moja żona siedzi w domu, a ja jej nie pozwalam zmęczyć się. Dlatego sam prasuję. Zrozumieją. Są nowocześni.
Nie umiem prasować! Jestem mężczyzną! Nie mam do tego nóg!
Zatrudnij sprzątaczkę.
Szymon zamrzał.
Kogo?
Sprzątaczkę. Kobietę, która będzie prała, sprzątała i przede wszystkim prasowała twoje koszule. Skoro mój trud jest siedzeniem w domu, zatrudnijmy profesjonalistę. Sprawdziłam ceny. Prasowanie jednej koszuli kosztuje od 300 zł. Masz ich siedem tygodniowo, plus spodnie, plus koszulki. To już 10 000 zł miesięcznie tylkoW końcu zdecydowali się podzielić obowiązki, odnaleźć równowagę i ponownie cieszyć się wspólnym życiem.



