Przestała odzywać się do męża po jego wybryku na urodzinach. On pierwszy raz naprawdę się przestraszył.
No to co, wznosimy toast za naszą solenizantkę! Czterdzieści pięć lat kobieta znów dojrzała, znowu wiosna! Choć w naszym przypadku raczej suszona śliwka, ale przecież śliwki na trawienie dobre! głos Marka rozbrzmiewał w całej sali małej restauracji, przebijając nawet muzykę z głośników.
Goście siedzący przy długim stole zastygli. Ktoś nerwowo zachichotał, próbując rozładować napięcie, ktoś inny spuścił wzrok, udając, że jest bardzo zainteresowany papryką w sałatce. Justyna, siedząca na czele stołu w nowej granatowej sukience, którą wybierała przez dwa tygodnie, poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Uśmiech, przylepiony od początku wieczoru, zamienił się w grymas bólu.
Marek, zadowolony ze swojego żartu, wychylił kieliszek wódki i z impetem usiadł obok żony, obejmując ją ciężką, spoconą ręką.
A co tacy wszyscy smutni? Justynka ma poczucie humoru, ona wie! No nie, matka? klepnął ją po plecach jak kolegę w saunie. Poza tym jest oszczędna. Ta sukienka… ile ma lat? Trzy? A wygląda jak nowa.
To nie była prawda. Sukienka była całkiem nowa, kupiona za pieniądze, które Justyna odkładała po nocach, tłumacząc teksty z niemieckiego. Dyskutować przy znajomych, koleżankach i rodzinie, znaczyłoby zamienić wieczór w farsę. Powoli zdjęła męską dłoń ze swojego ramienia i pociągnęła łyk wody. W środku, gdzieś pod żebrami, zawiązał się lodowaty węzeł. Dawniej umiała z tego zaśmiać się, odparować: Bylebyś ty, kochanie, nie zbutwiał, ale dziś jakby wyłączyło jej bezpiecznik.
Wieczór toczył się siłą rozpędu. Marek pił coraz więcej, próbował wyciągać młodsze koleżanki Justyny do tańca, głośno opowiadał o polityce i jak to baby rozpierdzieliły ten kraj. Justyna przyjmowała prezenty, dziękowała za życzenia, pilnowała, by wszyscy dostali ciepłe danie, ale robiła to automatycznie, jak nakręcona lalka. W jej głowie rozlegała się cisza. Absolutna, grobowa cisza, w której tonęły pijackie pohukiwania męża.
Po powrocie do domu Marek ledwo zdjął buty, ruszył w stronę sypialni.
Uff, porządnie było, mruknął, rozpinając koszulę. Tylko ten twój szef Tomek jakiś dziwny typ. Z wilkiem na twarzy patrzył, chyba ci zazdrości, że masz tak cierpliwego męża! Słyszysz, Justyna? Przynieś mi mineralnej, mam suszenie.
Justyna stała w przedpokoju i wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Zmęczone oczy, rozmazany tusz. W milczeniu zdjęła buty, ustawiła je równo na półce. Potem weszła do kuchni, ale nie po wodę. Nalała sobie szklankę i powoli wypiła ją, patrząc przez okno na ciemną ulicę, gdzie szumiały nocne auta. Później po cichu weszła do salonu, wyciągnęła z szafy koc i poduszkę, rozłożyła kanapę.
Justyna, gdzie jesteś! Wody daj! dobiegało z sypialni.
Justyna zgasiła światło w przedpokoju, położyła się na kanapie i nakryła szczelnie. Nadszedł zmrok, ale sen nie przyszedł. Nie rozważała zemsty, nie planowała awantury. Czuła tylko jasno i wyraźnie: to był ostatni raz. Kredyt wyczerpany. Bilans wyzerowany.
Rano nie zadzwonił znajomy zgrzyt młynka do kawy. Zwykle Justyna wstawała pół godziny wcześniej, żeby zrobić mężowi śniadanie, uprasować koszulę, spakować obiad. Tym razem Marek obudził się nie przez zapach jajecznicy, tylko przez ciszę.
Ruszył do kuchni, drapiąc się po brzuchu. Justyna siedziała przy stole, już ubrana, czytała coś na tablecie. Przed nią stał pusty kubek.
A gdzie śniadanie? ziewnął Marek, zaglądając do lodówki. Myślałem, że będą placuszki, przecież został twaróg.
Justyna nie podniosła oczu. Przewróciła stronę, pociągnęła łyk zimnej herbaty i czytała dalej.
Justyna! Do ciebie mówię! Marek obrócił się z kawałkiem kiełbasy w dłoni. Ogłuchłaś po wczorajszym?
Wstała, spokojnie zdjęła z krzesła torebkę, sprawdziła klucze i poszła do wyjścia.
Hej! Dokąd idziesz? A koszula? Ta niebieska nie jest wyprasowana!
Trzasnęły drzwi wejściowe. Marek został w kuchni, w samych slipkach, z kiełbasą w dłoni i zupełnie nie rozumiał, co się dzieje.
No trudno, wariatka… burknął, odcinając kawałek prosto z patyka. Pewnie PMS. Albo się obraziła za żart. Minie jej kobiety lubią dramaty.
Wieczorem, gdy wrócił z pracy, w mieszkaniu było ciemno. Justyny nie było. To już dziwne. Zwykle wracała wcześniej. Zadzwonił sygnały, ale nikt nie odbierał. Ogrzał wczorajszy makaron, włączył serial, położył się, myśląc, że jutro zrobi jej awanturę.
Justyna wróciła nocą, gdy już spał. Nie słyszał, jak wchodziła, rozłożyła sobie posłanie na kanapie. Rano sytuacja się powtórzyła. Żadnego śniadania, dzień dobry, spakowanego obiadu. W milczeniu się ubrała i wyszła.
Trzeciego dnia naprawdę się zdenerwował.
Skończ tę cichą wojnę! ryknął, łapiąc ją w korytarzu, gdy zakładała buty. No palnąłem głupotę, komu się nie zdarza? Wszyscy pili. Ty co, królowa angielska? Przepraszam cię, dobrze? Zapomnijmy. Gdzie są moje czarne skarpetki? W szufladzie nie ma ani jednej!
Justyna spojrzała na niego chłodno, badawczo, jakby patrzyła nie na męża z dwudziestoletnim stażem, a na plamę wilgoci na ścianie. Niemiłe, ale nieszkodliwe. Bez słowa odwróciła się, wzięła parasolkę i wyszła.
Pod koniec tygodnia mieszkanie zaczęło się zmieniać. Rzeczy Marka, które kiedyś magicznie wracały czyste, wyprasowane, na swoje miejsce, teraz leżały w stosach na fotelu w sypialni. W lodówce zniknęły przygotowane potrawy. Były jajka, masło, mleko, warzywa ale nie było już kotletów, zup, ani jego ulubionej pieczeni. Brudne naczynia piętrzyły się w zlewie.
Marek postanowił się uprzeć. Nie zmywał. Prędzej czy później ją to wkurzy, wtedy zmyje, myślał. Ale Justyna po prostu zmywała sobie talerz i widelec, jadła, zmywała znowu i chowała. Jego górka rosła.
W sobotę zmienił strategię. Kupił tort i bukiet chryzantem.
Justyna, skończ się obrażać, postawił tort na stole, przy którym Justyna siedziała z laptopem. Wypijmy herbatę. Przecież wiem, że jesteś w domu.
Uniosła wzrok znad ekranu. W oczach pusto. Delikatnie odsunęła laptop, wstała i wyszła z kuchni. Po chwili usłyszał plusk wody w łazience.
Wściekły rzucił kwiaty do kosza.
Idź do diabła! Myślisz, że sobie beze mnie nie poradzę? Sam żyłem, jak ty biegałaś jeszcze do gimnazjum! Ty cholerny manipulatorze!
Zamówił pizzę, otworzył piwo i rozkręcił mecz tak głośno, jak się dało. Justyna, wracając z łazienki, przeszła obojętnie, włożyła stopery i położyła się na kanapie, plecami do niego.
Minął miesiąc. Marek przeszedł przez wszystkie etapy: od wściekłości, przez próby awantury, po przekupstwo i w końcu obojętność. Okazało się jednak, że to bardzo trudne ignorować kogoś, kto ciebie nie zauważa. To trochę jak grać w ping-ponga ze ścianą: piłka wraca, ale ściana nic nie czuje.
Zaczął zauważać, jak jego życie się sypie. Musiał sam prasować koszule, zawsze powykrzywiane. Jedzenie na wynos żarło portfel i żołądek. Mieszkanie powoli obrastało kurzem, bo Justyna sprzątała tylko swoje kąty, on z zasady nie ruszał szmaty.
Ale prawdziwy lęk przyszedł we wtorek wieczorem. Marek wrócił wcześniej, po opierniczu w pracy. Chciał odreagować, pokrzyczeć, ale nie miał na kogo. Odpalił bank internetowy, żeby zapłacić ratę za auto swoją dumną, prawie nową Skodę, kupioną na kredyt dwa lata wcześniej.
Na ekranie wyskoczyło: Brak wystarczających środków.
Zmarszczył brwi. Jak to? Przecież dzień wcześniej wpłynęła pensja. Przejrzał przelewy i zamarł. Zwykle przelewał swoją część na wspólne konto, z którego szły rachunki, zakupy, rata, a resztę wydawał na benzynę i własne drobiazgi. Justyna zawsze dopłacała na opłaty, jedzenie, chemię domową.
Na koncie leżała równo jego kwota. Ani grosza więcej. A to nie starczało na ratę w tym miesiącu bowiem sam sobie podarł zderzak i kilka razy imprezował z kolegami, licząc, że Justyna wyrówna.
Wpadł do salonu. Justyna siedziała z książką.
Co to ma znaczyć?! wrzasnął, trzęsąc telefonem przed jej twarzą. Czemu nie ma kasy? Jutro spłata kredytu!
Powoli opuściła książkę.
Gdzie twoje pieniądze, Justyna? Czemu nie wpłaciłaś?
Cisza.
Niema jesteś? Bank da mi karę! Będzie opóźnienie!
Westchnęła, odłożyła książkę, z szafy wyjęła teczkę, podała mu kartkę.
Był to pozew rozwodowy.
Marek przebiegł oczami wiersze. Litery tańczyły: …nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa…, …relacje małżeńskie wygasły….
Ty… na poważnie? głos drżał, przeszedł w piskliwą nutę. Przez żart? Przez toast? Justyna, zwariowałaś? Dwadzieścia lat do śmieci przez głupstwo?
Wzięła notes i długopis, szybko coś napisała i odwróciła w jego stronę.
*Nie przez żart. Przez brak szacunku. Już od dawna. Mieszkanie jest moje dostałam je po babci. Samochód kupiony razem, ale kredyt na ciebie. Składam wniosek o podział majątku. Auto możesz zatrzymać, ale połowę wpłaconych rat mi zwrócisz. Przeprowadzam się do mamy na działkę na czas sprawy. Masz tydzień na znalezienie mieszkania.*
Marek przeczytał to i poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg. Mieszkanie. Rzeczywiście, ta trójka w kamienicy była Justyny jeszcze przed ślubem. Zapomniał, uznał ją za swoją. Zameldowany był, ale prawa własności żadnego.
Jaka działka? Jakie mieszkanie? jęknął, osuwając się na fotel. Justyna, dokąd ja pójdę? Przecież mam kredyt, alimenty na Tomka jeszcze rok… Nie stać mnie na wynajem!
Patrzyła bez triumfu, tylko wycieńczona. Znów napisała w zeszycie:
*Jesteś dorosły. Poradzisz sobie. Przecież mówiłeś na urodzinach, że jestem 'starym wrakiem’. Po co ci żyć z wrakiem? Poszukaj energicznej młodej. Ja chcę spokoju.*
Przecież tylko żartowałem! zawył. Wszyscy tak żartują! Jutka, przepraszam, na kolanach przeproszę!
Naprawdę zsunął się na dywan, próbując złapać ją za rękę, ale Justyna cofnęła się z niechęcią i podeszła do szafy. Zaczęła pakować ubrania, swetry, spodnie, bieliznę, wszystko poukładane równiutko.
Dopiero wtedy przeszył go autentyczny strach. Lepki, mroźny niepokój. Poczuł, że traci nie tyle żonę, co cały swój świat: kto będzie gotował? Przypominał o lekarzu? Kogo będzie zadręczał żalami na szefa? Kto w końcu będzie ratował domowy budżet, który notorycznie rozwalał nie licząc pieniędzy?
Zrozumiał, że został całkiem sam. Koledzy? Do wódki dobrzy, tylko żaden nie przygarnie na dłużej. Matka? Mieszka na drugim końcu Warszawy z trzema kotami, z humorem gorszym niż Bierut.
Wbiegł za Justyną do sypialni: Justyna, proszę, nie rób tego. Porozmawiajmy. Możemy pójść do terapeuty, teraz to modne. Zmieniam się. Przestanę pić. Nawet się zakoduję. Jutro!
Nie odwróciła się. Zamek od walizki kliknął zabrzmiał jak strzał.
Justyna, gdzie ty po nocy pójdziesz? Zostań chociaż do rana. Pogadamy jak ludzie.
Spojrzała mu w oczy. Po raz pierwszy od miesiąca miała w oczach coś żywego. Żal. Taki, jaki czuje się wobec potrąconego gołębia, którego nie da się uratować.
Wyjęła telefon, napisała krótką notkę i pokazała mu:
*Bliscy nie upokarzają się publicznie. I nie gnoją tych, którzy dbają o nich. Znosiłam to dziesięć lat, myślałam, że taki masz charakter. Ale to nie charakter, tylko rozpasanie. Myślałeś, że zawsze będę. Pomyliłeś się. Zejdź mi z drogi.*
Delikatnie, ale stanowczo, przesunęła go ramieniem i potoczyła walizkę do przedpokoju.
Samochodu nie oddam! wrzasnął za nią, próbując ostatni raz ugryźć. I pieniędzy też nie!
Zatrzymała się w drzwiach, zarzuciła płaszcz. Obróciła się i po raz pierwszy od miesiąca odezwała się swoim zachrypniętym, mocnym głosem. Marek aż się wzdrygnął:
Oddasz, Marek. Oddasz przez sąd. I za koszty też zapłacisz. Mam dobrego, drogiego adwokata. Premię, którą chciałeś wydać na nowy spinning, przeznaczyłam na niego. Klucze zostaw w skrzynce na listy, jak się wyprowadzisz. Masz czas do niedzieli.
Drzwi się zamknęły. Zamek zaszczękał.
Marek został w ciemnym korytarzu. Cisza w domu rozlała się nagle ciężka i dusząca. Słyszał tylko buczenie lodówki i kapanie kranu z kuchni, który miał naprawić pół roku temu.
Usiadł przy stole na miejscu Justyny. Na stole leżał pozew. Wziął go do ręki. Pieczęć, podpis, data. Wszystko prawdziwe.
Telefon zabrzęczał SMS z banku: Przypomnienie: jutro termin spłaty kredytu. Kwota…
Marek zasłonił twarz dłońmi. Po raz pierwszy w pięćdziesięciu latach zapłakał. Nie z żalu po miłości, ale z litości nad sobą i bolesnej pewności, że sam zapracował na tę katastrofę swoim gadaniem.
Następne trzy dni płynęły jak sen. Dzwonił do Justyny blokada. Dzwonił do teściowej Pani Jolanta, zawsze miła, powiedziała sucho: Sam zgotowałeś sobie ten los. Justyny nie ruszaj, ma ciśnienie.
W czwartek zaczął się pakować. Okazało się, że ma zaskakująco mało rzeczy. Kilka koszul, wędki, trochę narzędzi, laptop. Cały domowy urok firanki, wazony, obrazy, pledy, naczynia wszystko było Justyny. Bez niej mieszkanie zamieniło się w pustą betonową skrzynkę.
Zbierając skarpetki, natknął się na stary album ze zdjęciami. Otworzył zdjęcie sprzed dekady: są nad morzem. Justyna śmieje się, obejmuje go, on dumny. Kiedy to się skończyło? Kiedy przestał widzieć w niej kobietę, a zaczął widzieć funkcję? Przynieś, podaj, wyprasuj, nie przeszkadzaj.
Idiota powiedział do pustego mieszkania. Stary idiota.
W niedzielę wyniósł ostatnią torbę. Klucze wrzucił do skrzynki na listy, jak kazała. Przed wyjściem obejrzał się na okna już jej. W mieszkaniu było ciemno.
Wsiadł do samochodu, odpalił. Mało benzyny, na karcie parę złotych. Nie miał gdzie jechać, tylko do matki. Już wyobrażał sobie jej krzyk, koty i wonny dym papierosa: Mówiłam ci, że ona nie dla ciebie.
Zacisnął pięść na kierownicy, ból go otrzeźwił. Otworzył telefon, zjechał po kontaktach. Nikogo, komu mógłby się wyżalić, kto po prostu by posłuchał.
Ruszył powoli z podwórka. Przed nim długa, samotna codzienność; musiał nauczyć się gotować zupę, prasować koszule i może choć trochę pilnować języka. Ale najbardziej bolała świadomość, że własnoręcznie zrujnował jedyne miejsce, gdzie był kochany za nic.
Justyna siedziała wtedy na werandzie mamy na działce, owinięta grubym kocem, piła herbatę z miętą. Miała w sobie pustkę, ale i spokój. Telefon był wyłączony. Przed nią niepewność, sądy, dzielenie majątku ale wiedziała, że da sobie radę. Bo najtrudniejsze życie z kimś, przy kim czujesz się samotna miała już za sobą. W ogrodzie śpiewał słowik, a powietrze pachniało bzem i wolnością. Po raz pierwszy od lat ten zapach nie mieszał się z oparami alkoholu męża. Wzięła głęboki wdech i pierwszy raz od miesiąca szczerze się uśmiechnęła.



