– Co ty wygadujesz, Aniu! – krzyknął Marek, wymachując rękami. – Gdzie ja podzieję swój warsztat? Narzędzia? Tam mam pół życia!
– A gdzie ja podzieję swoją pracę? – równie głośno odpowiedziała Anna, stojąc pośrodku pokoju zawalonego kartonami. – Dwadzieścia lat w jednej firmie! Znają mnie tam, doceniają!
– To znajdziesz inną! W Krakowie klimat lepszy, ludzie milsi, wszystko tańsze!
– Tak, w pięćdziesiąt lat znajdę! – Anna gorzko się zaśmiała. – Ty chyba kompletnie zwariowałeś, Marek!
Ich syn Bartosz siedział na kanapie i w milczeniu obserwował sprzeczkę rodziców. Miał trzydzieści dwa lata, ale w takich chwilach czuł się jak dziecko zmuszone wybierać między mamą a tatą.
– Bartek – zwróciła się do niego Anna – powiedz ojcu, że normalni ludzie w naszym wieku nigdzie się nie przeprowadzają!
– Mamo, nie wciągaj mnie w to – zmęczonym głosem odparł Bartosz. – To wasza sprawa.
– Jaka nasza! – wybuchnął Marek. – Rodzina powinna podejmować decyzje razem! A ty, Anka, twarda jak głaz! W niczym ustąpić nie chcesz!
Anna usiadła na skraju kanapy i zakryła twarz dłońmi. Miała pięćdziesiąt cztery lata, a w ostatnim miesiącu postarzała się o pięć. Wszystko zaczęło się tego dnia, gdy Marek wrócił do domu z błyszczącymi oczami i oznajmił, że jego kuzyn zaprasza ich do Krakowa.
– Wyobraź sobie, Aniu – mówił wtedy, przechadzając się po kuchni – Wojtek kupił tam duży dom. Mówi, że jest miejsce, możemy u niego pomieszkać, aż znajdziemy coś swojego. A tamtejszy klimat! Góry blisko! Własne owoce i warzywa!
Anna tylko kiwała głową, myśląc, że to kolejna fantazja męża. Marek często wpadał na różne pomysły – raz chciał hodować pszczoły, innym razem kupować domek na wsi. Ale po tygodniu czy dwóch ochłaniał i zapominał o planach.
Tym razem jednak było inaczej.
– Anka, już kupiłem bilety – powiedział Marek, wchodząc do kuchni. – Pojutrze jedziemy obejrzeć.
– Jakie bilety? Gdzie oglądać? – nie rozumiała Anna, mieszając zupę.
– Do Krakowa! Do Wojtka! Znalazł nam dom niedaleko siebie. Mówi, że właściciele sprzedają tanio.
Anna wyłączyła kuchenkę i odwróciła się do męża.
– Marek, o czym ty mówisz? Jaki dom? Jaki Kraków?
– No jaki?! – zdziwił się. – Przecież rozmawialiśmy! SamAnna westchnęła ciężko, patrząc na walizkę męża stojącą w przedpokoju, i w końcu zrozumiała, że czasem miłość wymaga nie tylko walki o swoje, ale też umiejętności puszczenia tego, co już nie da się naprawić.



