Przepraszam, moja ukochana…

Jadzia, wybacz…

Wojtek przymrużył jedno oko i natychmiast zamknął je z powrotem. Niskie marcowe słońce celowało w niego bezlitosnym promieniem, który przedzierał się przez brudną szybę prosto w twarz. Wił się na pogniecionej pościeli, próbując uciec przed światłem.

— Ocknąłeś się, Herodzie? — rozległ się głos żony. — Otwórz te bezwstydne ślepia, chcę w nie spojrzeć. U wszystkich chłopy jak chłopy, kwiaty przynoszą, prezenty wręczają. A ty wczoraj upiłeś się jak bela. Pamiętasz w ogóle, że dziś święto?

Wojtek odsunął się pod samą ścianę i w końcu zdołał otworzyć oczy. Przez wąskie szpary powiek, przypominające strzelnice w bunkrze, ujrzał Jadzię. Stała w drzwiach, ręce wsparte na biodrach, wzrok pełen furii.

— J-jakie święto? — искренnie zdziwił się.

— Ósmy marca, kobiet święto! To ja powinnam świętować, a ty się zalewasz. Oczy bolą patrzeć. I nie wstyd? Myślałam, posiedzimy we dwoje, wypijemy. Córka mi wina dobrego przyniosła. Schowałam specjalnie na tę okazję. A ty, pasożycie, znalazłeś i wychlałeś w mgnieniu oka. Ci wódki mało?

Nie zdążył się zasłonić, gdy kapciem, rzuconym z wprawą godną zawodowego kucharza, Jadzia wymierzyła mu celną nauczkę w czoło.

— Masz…
Przed drugim kapciem schował się pod kołdrą. Dobrze, że miała tylko parę. Ostrożnie wysunął nos z kryjówki.

— Jadziu, wybacz. Przysięgam, naprawię to — Wojtek odbił się beknięciem i próbował wstać, ale zaplątał się w poszewce.

Żona machnęła na niego ręką i zniknęła w kuchni. Rozległ się dźwięk tłuczonej zastawy. Gdy zaczynała tak dzwonić, oznaczało to, że jest wściekła i awantura potrwa długo.

Wojtek postanowił nie kusić losu i wynieść się z domu, póki jeszcze żył. Przemknął bokiem koło kuchni do łazienki. Plusnął sobie w twarz wodą z kranu, uwolnił kubek spod szczotek, napełnił go i chciwie wypił. Mokrą dłonią przygładził przerzedzone włosy. W kuchni Jadzia wciąż filozofowała za pomocą garnków.

Cicho wślizgnął się z powrotem do pokoju, ubrał się i wyszedł do przedpokoju. Wkładając buty, stracił równowagę i omal nie upadł. Na hałas z kuchni wyjrzała Jadzia.

— Gdzie się wybierasz, alkoholiku?

— Jadziu, zaraz… Szybko… — Wojtek zdarł z wieszaka kurtkę i tyłem cofał się do drzwi.

— Stój! — warknęła Jadzia i ruszyła na niego z impetem godnym czołgu, ale on już był za drzwiami, które zatrzasnął tuż przed nosem żony.

— Tylko wróć do domu, ja ci… — dobiegło zza drzwi.
Wojtek nie czekał na dalsze groźby i zbiegł po schodach.

Na zewnątrz świeciło słońce, z dachów kapało, tu i ówdzie spod stopniałego śniegu wyzierał dziurawy asfalt. Mijał tłumy mężczyzn z żółtymi gałązkami forsycji lub kolorowymi tulipanami w dłoniach.

— Koledzy, nie powiecie, która godzina? — zapytał przechodnia z puszystą forsycją.

— Czas na klin — rzucił tamten przez ramię.

— To by się zdało — mruknął Wojtek i powlókł się dalej.
W sumie chciał zapytać, gdzie kupił kwiaty, ale jakoś wyszło mu inaczej.

— Chłopaku, gdzie te kwiatki kupiłeś? — zwrócił się do młodego chłopaka.

— Tam — tamten machnął ręką za siebie.

— Aha — odparł Wojtek i ruszył w wskazanym kierunku.
Wkrótce ujrzał kobietę stojącą przy skrzyżowaniu. U jej stóp stała kartonowa skrzynka, z której wyglądały puszyste główki forsycji, niczym pisklęta.

Przyspieszył kroku. Chciał kupić kwiaty, by udobruchać Jadzię, a jeśli się uda — wyłudzić owe upragnione sto gramów świątecznej racji. Lecz gdy podszedł, na dnie skrzynki została już tylko jedna marudna gałązka.

— Bierzcie, panie, oddam z przeceną — powiedziała kobieta, rzucając na niego bystre, zrozumiałe spojrzenie.

— Chciałbym bukiet. Dla żony. Więcej nie ma?

— Nie ma — przedrzeźniła go. — Jak chcecie, poczekajcie. Zaraz zadzwonię, dowiozą następną partię.

Wojtek pomyślał, że taką lichotą tylko rozzłości Jadzię. Tłumy mężczyzn z kwiatami wciąż snuły się po ulicy, więc gdzieś musiała być jeszcze sprzedaż. Ruszył dalej. Po drodze przyszło mu do głowy sprawdzić kieszenie. Nie pamiętał, czy w ogóle miał przy sobie pieniądze. A Jadzia mogła je zabrać, by nie lał dalej.

Przystanął i przeszukał kieszenie. Znalazł zmiętą stukę. Nie miał pojęcia, ile mogą kosztować kwiaty. Pod samochodem osobowym tłoczyli się klienci. Gdy usłyszał cenę bukietu tulipanów, zrobiło mu się smutno.

— Dla ciebie jeden? — zapytał sprzedawca z brodą i kresowym akcentem.

— Mam tyle — Wojtek pokazał zmiętą banknotę.

— Ech, za tę kasę mogę dać tylko jeden kwiat. Chcesz?

Wojtek uznał, że jeden tulipan, tak jak i mizerna gałązka forsycji, nie zmyje jego winy wobec Jadzi, i odszedł.

Zacisnął mózgownicę, próbując przypomnieć sobie, od kogo mógłby pożyczyć. *”Leszek winien mi pięć stówek! Niech odda dług”* — zdecydował i powlókł się do domu Leszka. Pili razem, ale na jego kasę, więc jak by nie liczyć, Leszek był mu winien.

— Kto tam? — spytała przez drzwi Zocha, żona Leszka.
Kobieta była niebywale złośliwa i trzymała męża krótko. Gdy tylko mu się udawało wyrwać, odreagowywał na całego. Leszek nazywał ją Zatrutą Strzałą.

Wojtek przedstawił się, nachylając się do dziurki od klucza.

— Czego chcesz? — spytała Zocha.

— Wołaj Leszka. On mi pięć stówek winien. Potrzebuję kasy na cito.

Przytknął ucho do drzwi, ale Zocha milczała. Najwyraźniej przetWojtek westchnął ciężko i ruszył w stronę parku, gdzie spróbował zerwać kilka przedwcześnie zakwitających krokusów, ale strażnik miejsWojtek westchnął ciężko i ruszył w stronę parku, gdzie spróbował zerwać kilka przedwcześnie zakwitających krokusów, lecz złapał go strażnik miejski, który—widząc jego rozpaczliwe miny—wzruszył ramionami i wręczył mu bukiet narcyzów, podarowany mu wcześniej przez wdzięczną mieszkankę osiedla.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − trzynaście =

Przepraszam, moja ukochana…