Przełomowe Spotkanie

Warszawa, wczesne lata 2000. Kasia i Marek Kowalscy pobrali się zaraz po studiach. Ich miłość była tak intensywna, że zdawała się wypełniać cały wszechświat. Rodzice, widząc ich szczęście, pomogli parze kupić przestronne mieszkanie na Pradze.

Jedno z pomieszczeń urządzili z drżeniem serca jako pokoik dziecięcy. Stanęły tam dwa łóżeczka, bo już wyobrażali sobie, jak ich pierworodny smacznie śpi. Wybrali nawet imię – Mikołaj. Jakoś byli pewni, że pierwsze będzie chłopcem. Na dziewczynkę mieli w zanadrzu imię Zuzanna, ale wszystkim opowiadali tylko o Mikołaju, jakby córka była odległą ewentualnością.

Dowiedziawszy się o tym, babcia Kasi, Bronisława, surowo ją zbeształa:
– Kasieńko, nie wolno tak! Nadawać imię przed narodzinami to zły znak! Imię daje się dopiero dziecku, które przyszło na świat!
– Babciu, czy ty w te zabobony jeszcze wierzysz? – odparła Kasia, śmiejąc się lekceważąco.

Minęły trzy lata, a pokój dziecięcy wciąż stał pusty jak zaklęty. Kasia nie mogła zajść w ciążę. Leki, lekarze, niekończące się badania – nic nie pomagało. Nadzieja topniała jak marcowy śnieg, zostawiając tylko chłód i pustkę.

Bronisława, widząc cierpienie wnuczki, namówiła ją na wizytę u znachorki, cioci Heleny. Kasia nie wierzyła w takie rzeczy, ale desperacja sprawiła, że się zgodziła. „A nuż?” – przemknęło jej przez myśl.

Ciocia Helena, wysłuchawszy Kasi, spojrzała na nią głębokimi, niemal przerażającymi oczami i rzekła:
– Wymarzyliście sobie synka, nadaliście mu imię – Mikołaj. Ale imię urodziło się przed dzieckiem. Ktoś je zabrał. Teraz i wy, i ten, kto nosi to imię, jesteście nieszczęśliwi. Uczyńcie to dziecko szczęśliwym – a szczęście zawita do was.

Kasia słuchała, a jej serce ściskało się z niepokoju. Jakoś słowa starej kobiety brzmiały prawdą.
– Ciociu, co mam zrobić? – głos Kasi drżał.
– Sama zrozumiesz – odpowiedziała tajemniczo znachorka. – Zrozumiesz – a szczęście zagości w waszym domu.

Minął kolejny rok. Dziecka wciąż nie było. Kasia prawie zapomniała o słowach znachorki, ale iskierka nadziei tliła się w jej sercu. Marek też nie tracił wiary, choć smutek coraz częściej gościł w jego oczach.

Pewnego dnia Kasia załatwiała sprawy na drugim końcu miasta. Szła właśnie obok Teatru Lalka, gdy podjechał autobus z napisem „Dom Dziecka”. Wysypała się z niego gromadka rozgadanych trzylatków. Kasia zatrzymała się, zauroczona ich beztroskim śmiechem. Nagle rozległ się krzyk wychowawczyni:
– Mikołaj!

Chłopczyk pognał za uciekającą czapką wprost na jezdnię. Kasia, stojąca najbliżej, rzuciła się, złapała go i przytuliła mocno, czując szalone bicie serca.
– Mikołaj! – wyszeptała, sama nie wiedząc dlaczego nazwała go po imieniu.
– Mamo – szepnął malec, oplatając jej szyję wątłymi rączkami.

Nadbiegła wychowawczyni:
– Dziękuję pani z całego serca!
Próbowała zabrać chłopca, ale ten kurczowo trzymał się Kasi.

– Mikołaj, chodźmy na spektakl! – powiedziała Kasia, wciąż drżąc po przeżyciu.
– Dlaczego nazwał mnie mamą? – zapytała wychowawczynię, nie mogąc oderwać wzroku z wielkich oczu dziecka.
– Tak nazywają wszystkich, którzy im się podobają – odpowiedziała kobieta i nagle dodała: – Nie ma pani własnych dzieci?
– Nie – głos Kasi zadrżał, oczy napełniły się łzami. – Tak bardzo z mężem marzymy…
Wychowawczyni spojrzała na nią ciepło.
– Mikołaj to wspaniały chłopiec. Niech pani nas odwiedzi.

Wieczorem Kasia powitała Marka zapłakana.
– Co się stało, kochanie? – przytulił ją mocno.
– Pod Teatrem Lalka był autobus z domu dziecka – zaczęła, powstrzymując łzy. – Jeden chłopiec wybiegł na ulicę za czapką. Złapałam go. Przytulił mnie i nazwał mamą. A ma na imię… Mikołaj.

Kasia wybuchnęła płaczem, chowając twarz na ramieniu męża.
– Marku, zabierzmy go do nas. Będzie naszym synkiem.

Marek zamyślił się, lecz po chwili twarz rozjaśnił uśmiech.
– Ile ma lat? – spytał.
– Trzy lub cztery. Takie światłe, dobre dziecko. Coś się we mnie przewróciło, gdy go trzymałam.
– Dobrze, uspokój się – pogładził ją po głowie. – Jutro pojedziemy do domu dziecka, wszystko się wyjaśni.

Następnego dnia, zaopatrzeni w słodycze i zabawki, udali się do placówki. Dyrektor, pani Jolanta, powitała ich serdecznie. Wiedziała już o wczorajszym zdarzeniu.
– Dzień dobry! Proszę wejść – powiedziała. – Dziękuję za wczoraj, Kasiu.
– Dzień dobry – Kasia walczyła z drżeniem, ale zapanowała nad sobą. – Jestem Kasia, to mój mąż Marek. Chcielibyśmy poznać Mikołaja.
– Zaraz go przywołam – skinęła pani dyrektor.

Czekali w pokoju, gdzie sekundy dłużyły się w wieczność. Drzwi się otworzyły i mały Mikołaj, ujrzawszy Kasię, podbiegł z okrzykiem:
– Mamo!

Kasia objęła go, a łzy spływały po jej twarzy.
– Mikołaj, mój złoty…

Marek wyciągnął z torby zabawki. Chłopiec podszedł z ciekawością.
– Otwieramy? – zaproponował Marek.
W pudełkach czekały autko, robot i pluszowy miś. Mikołaj promieniał. Pani dyrektor szepnęła:
– Przejdźmy do mojego gabinetu. Niech oni się pobawią.

Po pół godzinie Kasia wróciła z teczką dokumentów. Marek i Mikołaj wciąż byli pogrążeni w zabawie.
– Już jesteśmy kumplami – uśmiechnął się Marek.
– Mikołaj, idziemy spać – powiedziała dyrektor, lecz chłopiec spojrzał na Kasię przerażony.
– Przyjdziemy jutro – pochyliła się Kasia. – Będziesz czekał?
– Będę – szepnął, obejmując ją.

Rozpoczął się proces adopcyjny. Kasia i Marek spędzali z Mikołajem każdą wolną chwilę. Chłopiec wyczekiwał ich, rozpromieniony przy każdym spotkaniu.

W jedyny piątek Marek przyjechał sam. Wziął Mikołaja na ręce:
Chłopiec przytulił się mocno, a jego oczy rozbłysły radością na myśl o nowym domu, który od teraz miał stać się jego prawdziwym miejscem na ziemi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − dziesięć =

Przełomowe Spotkanie