„Przeklęty stary dom”

Dojechaliśmy! Wysiadamy! kierowca zatrzymał ciężarówkę przy starym, drewnianym płocie i wyłączył silnik.

Kinga delikatnie poklepała po ramieniu śpiącą Zuzannę, która wtuliła się w jej ramię i pochrapywała przez sen.

Córeczko, już jesteśmy. Otwórz oczka.

Zaspana Zuzia przetarła oczka piąstką i rozejrzała się nieco niepewnie.

Mamo, to tu będziemy teraz mieszkać?

Tak, kochanie. Chodź, musimy wypakować rzeczy i rozejrzeć się po nowym miejscu.

Kinga zeskoczyła z wysokiego stopnia na ziemię i podniosła córkę na ręce. Zza ciężarówki wyszedł Andrzej, który jechał za nimi swoim samochodem.

Wszystko w porządku?

Tak. A klucze gdzie?

Proszę były mąż podał jej pęk kluczy. Dokumenty do domu zostawiłem na stole, znajdziesz je. W sobotę przyjadę po Zuzę, tak jak się umawialiśmy.

W porządku.

Pomogę powynosić rzeczy i zmykam. Mam jeszcze dużo na głowie.

Kinga skinęła głową. W duchu czuła się, jakby ją rozszarpywały dziesiątki żyletek smutku, ale wiedziała, że trzeba wziąć się w garść nowe życie samo się nie zacznie, a ona nie zamierzała użalać się nad sobą w nieskończoność.

Przez pięć lat była z Andrzejem. A miesiąc temu dowiedziała się, że jej mąż ma kogoś innego. I nie żadną przelotną miłostkę, tylko poważny związek Plany na nową rodzinę…

Pierwsze dni po tej wiadomości były jak egzystencja w zamglonej alternatywnej rzeczywistości. Zupełnie nie miała pojęcia, co robić dalej. Jeszcze wczoraj wszystko było proste i poukładane solidny mąż u boku, dziecko, ciepłe mieszkanie Dziś pustka, jakby ktoś wyciął z niej wszystko co dobre. Straciła wiarę w ludzi. Skoro najbliższy człowiek potrafił tak po prostu zdradzić, to co myśleć o innych? Przecież z Andrzejem żyli spokojnie, nie kłócili się, rozmawiali Dlatego niczego nie zauważyła!

Ta zdrada nie tylko ją zraniła, ale całkiem wybiła z rytmu. Kinga funkcjonowała mechanicznie praca, dziecko, dom. Nie była w stanie spojrzeć choć o krok w przyszłość.

Mieszkanie, gdzie żyli, należało do rodziców Andrzeja.

Kinga miała tylko starszą ciotkę, Janinę, mieszkającą w sąsiednim mieście jedyną bliską osobę. Ponieważ rzadko mogła ją odwiedzać, zatrudniła sąsiadkę, która robiła cioci zakupy i pilnowała jej leków. Po rodzicach Kingi zostało jej mieszkanie, wynajmowane na długi termin czynsz dzieliła na pół między siebie i konto cioci Janki. Nie raz proponowała ciotce przeprowadzkę bliżej, ale ta zawsze odmawiała.

Andrzej, stawiając Kingę w obliczu zdrady, wiedział, że nie zrobi sceny. Znał ją na wylot. Kiedy już dłużej nie dało się ukrywać i życzliwi donieśli Kindze o wszystkim, Andrzej przyjechał i, gdy córka zasnęła, poprosił ją do kuchni.

Wiem, że już wszystko wiesz. Nie będę się tłumaczył. Tak wyszło. Mamy dziecko i trzeba pomyśleć, by Zuza jak najmniej ucierpiała. Co planujesz dalej?

Nie wiem Kinga tuliła dłonie do ciepłego kubka, nie odrywając oczu od blatu.

W środku kotłował się blizzard pytań dlaczego?, po co?, co teraz?, ale na zewnątrz nie pokazała nic. Nie chciała dać mężowi satysfakcji zobaczenia jej rozpaczy. Andrzej miał rację trzeba było myśleć o dziecku.

Nie musisz kończyć umowy z najemcami mieszkania.

Nie chcę. Wiem, że jestem winien tobie i Zuzi. Porozmawiałem z rodzicami co powiesz na przeprowadzkę?

Dokąd?

Wiesz, mama ma w Otwocku dom po dziadkach. Nie nowy, trochę roboty tam będzie, ale solidny i ciepły. No i ciocia Janina mieszka dwie ulice dalej. Mama chce przepisac dom na ciebie i Zuzę. Co o tym sądzisz?

Odprawka taka? uśmiechnęła się gorzko Kinga.

Ale była to najbardziej rozsądna opcja. Chodzić po osiedlu i wpadać na Andrzeja z nową rodziną tego nie chciała. Wszystko tu bolało. W parku z córką zaraz przypomniałyby się dawne rodzinne spacery… Lepiej więc zacząć gdzie indziej i od nowa dla siebie i dla Zuzy.

Kinga zdecydowała:

Zgadzam się.

Świetnie. Jutro dogadaj się z moją mamą i idziecie do notariusza. Zadzwoni do ciebie. Na razie odjeżdżam.

Przy wyjściu Andrzej zawahał się, nie patrząc jej w oczy:

Przepraszam. Nie chciałem, żeby tak to wyszło.

Kinga tylko kiwnęła głową i zamknęła za nim drzwi, po czym powoli osunęła się po ścianie i, przygryzając rękaw swetra, wyła cicho jak wilczyca, żeby nie obudzić córki.

To nie był płacz, a prawdziwy skowyt. W dzieciństwie widziała film dokumentalny o wilkach i właśnie tak się teraz czuła jak zraniona wilczyca.

Wypłakała chyba całą złość do Andrzeja. Została pustka w duszy i jedna myśl musi wypełnić to czymś dobrym, bo inaczej utonie w tym dole rozpaczy.

Kolejne tygodnie były wyczyszczone z emocji skupiona wyłącznie na przeprowadzce i załatwianiu spraw.

I tak oto Kinga stała teraz przed krzywym płotem nowego domu i patrzyła na zarośnięty ogród, zza którego nawet nie widać było budynku. Pomiędzy drzewami majaczył tylko kawałek dachu i werandy.

Zuzia pociągnęła ją za rękę:

Mamo, na co czekasz? Chodźmy!

Przeszły przez ścieżkę, minęły starą jabłoń i ich oczom ukazał się dom.

No dobra, dom pomyślała Kinga trochę zniszczony, ale solidny, z małym mansardem i piękną werandą z kolorowymi szybkami. Wśród jesiennego ogrodu wyglądał wręcz fotogenicznie. Kinga błyskawicznie wyjęła aparat i cyknęła kilka zdjęć. Swoją cegiełkę dorzuciła Zuza, która szeroko otwartymi ustami, z palcem w buzi, gapiła się na dom. Kinga delikatnie pociągnęła ją za pompon czapki:

Wyjmij palec z buzi, łobuziaro! Podoba ci się chatka?

Mamo, ale ona jest piękna!

Racja. Ale zobaczmy co w środku i wymyślimy, gdzie będziesz spać.

Tak! Chodźmy!

Weszły po schodkach, przez werandę do środka. Korytarz, z którego drzwi prowadziły do kuchni i dwóch pokoików, oraz dodatkowo pokój na mansardzie i duży salon z okrągłym stołem pod starym abażurem, przyozdobionym szydełkowaną chustą. Było wilgotno widać, dawno nie palono w piecu. Ale Kinga poczuła dziwne ciepło i przytulność.

Kingo! Wszystko rozładowane, z chłopakami się rozliczyłem. Andrzej zajrzał do dużego pokoju. Chodź, pokażę, jak odpala się ogrzewanie i bojler.

Krótko przeszkolił ją w temacie domu i odjechał.

Kinga poszła do kuchni.

Wstawiła wodę na herbatę i wyjęła pojemniki z gotowymi daniami przecież trzeba nakarmić dziecko. Wrzuciła gulasz do podgrzania, wyjęła środki czystości i zabrała się za stół.

Kuchnia była mała, ale bardzo przytulna. Dwa ogromne okna wychodziły na ogród, a pod jednym z nich stał stół. Zuza siedziała i majtała nogami, oglądając szafki oraz kolorowy abażur nad stołem.

Nagle w okno coś huknęło. Zuza pisnęła, Kinga zadrżała i spojrzała w górę. Na parapecie, po stronie ulicy, usiadł ogromny rudy kocur.

Dzień dobry panu! Tak się ludzi straszy? Kinga odetchnęła. Zuzka, zobacz, jaki przystojniak!

Kot gapił się na Kingę bez mrugnięcia.

No patrz i patrz! Wchodź, jak już przyszedłeś. Coś do jedzenia się dla ciebie zawsze znajdzie.

Kot zeskoczył z parapetu i zniknął.

Trzeba było zaprosić formalnie! zaśmiała się Kinga. Zuza, myj ręce, obiadek czas!

Kinga odwróciła się do drzwi i znieruchomiała. Na progu siedział kocur.

Jak wszedłeś? Przecież zamknęłam drzwi!

Kot milczał. W ogóle się nie bał patrzył na domowników żółtymi ślepiami z taką miną, że Kinga nie mogła się nie uśmiechnąć.

Wyjęła z pudełka kawałek gotowanego kurczaka, podzieliła i ułożyła na starej miseczce.

Częstuj się!

Kocur dostojnie podszedł i zaczął jeść.

Kinga sprawdziła drzwi. Wszystko pozamykane. Ale na samym dole odkryła nieduży otwór ewidentnie robiony kiedyś z myślą o kotach. A więc gość zna swoje wejścia…

Kiedy Kinga wróciła do kuchni, Zuza siedziała na podłodze i opowiadała kotu jakąś historię. Kot słuchał. Kinga pierwszy raz od dawna wybuchnęła śmiechem:

Kolegium!

Zuza i kot równocześnie spojrzeli na nią, i Kinga miała wrażenie, że nawet kot wzruszył ramionami niczym jej córka. Przekomiczne!

Wtedy rozległo się pukanie. Kinga pogroziła Zuzi palcem.

Siedź tu! i poszła otworzyć.

Dzień dobry! Jestem pani sąsiadka, Paulina Grygorowicz. Wołaj po prostu ciocia Paula. Masz tu, mleko od mojej kózki! Pijcie na zdrowie!

Dzień dobry! Kinga trochę się speszyła takim wejściem, ale popisała się manierami. Jestem Kinga. Miło poznać! Och, jeszcze ciepłe! Dziękuję! przyjęła słoik i zaprosiła gościa do środka.

Ciocia Paula weszła bez ceregieli.

Kinga postawiła mleko na stoliku przy kuchence, a Zuza zamachała ręką.

Dzień dobry! Mam na imię Zuza.

Dzień dobry! A ja ciocia Paula.

Czy pani wie, czyj to kot?

A jakżeby nie! Znam go! To mój łobuz. Nazywa się Bonifacy. Jak za dużo wcina, to go przeganiaj, bo w domu też ma dobrze jeszcze mu się nie będzie chciało myszy łapać!

A czy u nas są myszy? Zuza aż otworzyła buzię.

No pewnie. W domach zawsze jakieś się trafią zwłaszcza jesienią. Tak że…

Mamo, koniecznie potrzebujemy Bonifacego! Znaczy, własnego kota!

Kinga z uśmiechem:

Zaczekaj, Zuzka! Ciociu Paulu, może wie pani, czy ktoś tu nie dorabia? Potrzebuję kogoś do porządku w ogrodzie, z domem też sama nie podołam.

Znam kogoś. Idź do Pana Michała. Trzy domy dalej, zielona brama. Porządny facet, wszystko złota rączka, nie zedrze z ciebie.

Dziękuję! O, a może zostanie pani na herbacie? Dopiero się przeprowadziłyśmy, ale mam herbatniki i trochę cukierków.

Bardzo chętnie! ucieszyła się ciocia Paula.

Piły więc herbatę, ciocia Paula opowiadała o Otwocku, rodzinie, a po chwili zapytała:

Powiedz, Kingo, skąd się tu wzięłaś?

Spadek, Kinga zamaskowała wzruszenie. Nie chciała wdawać się w życiowe szczegóły.

Wiesz, ten dom przez dwadzieścia lat stał pusty! Młodzi już nie pamiętają, ale starsi wiedzą, że to dom z złą sławą.

Straszysz mnie! Co to za historia? Ktoś tu zginął?

Nic z tych rzeczy, nie bój się! Po prostu nikt tu długo nie mieszkał dwa, trzy lata i znikali. Jedni chorowali, inni tracili bliskich, kogoś szczęście omijało Sława poszła, że dom pechowy. Zbudował go kiedyś miejscowy handlarz dla swojej narzeczonej, a ona po ślubie nie doczekała roku, bo zmarła na febrę. Dom sprzedano, potem tylko dziwne przypadki. Przebudowy robiono, ale jakoś nikt tu nie zagrzał miejsca.

Kinga zamyśliła się, obracając łyżeczkę.

Ciekawe No, co zrobić? Taki się trafił. Zobaczymy, jak to będzie! My z Zuzą się nie damy! Prawda, córciu? Ot, odważne baby!

Minęły miesiące.

Kinga świetnie odnalazła się w nowym miejscu. Zuzia chodziła do przedszkola, a Kinga pracowała w otwockim foto-atelier, dorabiając jeszcze na sesjach świątecznych i urodzinowych. Fotografia była jej hobby, z którego, podczas ciąży, zrobiła kurs i zaczęła powoli zarabiać. Te umiejętności bardzo jej się teraz przydały.

Krok po kroku uporządkowała dom i podwórko. Pomógł jej rzeczywiście złoty chłop Pan Michał, którego przysłała ciocia Paula.

Wołaj na mnie Michałek. Tak wszyscy mówią.

Wysłuchał czego Kinga potrzebuje i wziął się uczciwie do pracy.

Pomagał jej porządkować ogród, w którym dopiero teraz okazało się, ile jest drzew owocowych i krzaków. Dzięki temu Zuzia na pewno będzie miała owoce i jagody prosto z krzaka przez cały rok. Naprawili razem dach, werandę i schody. Pracy było sporo, ale było warto.

Dom ożył i nabrał duszy. Rano Kinga wychodziła na ganek z kubkiem herbaty i z dumą głaskała nowiutką balustradę, czując, że właśnie tutaj jest jej miejsce spokojne i własne.

Zajęła się też ciocią Janką codziennie po przedszkolu z Zuzą zaglądała choć na chwilę do cioci, a potem wracały do domu. Decyzja o przeprowadzce okazała się strzałem w dziesiątkę. Kinga znalazła harmonię i niemal pogodziła się z Andrzejem.

On często przyjeżdżał, spędzał czas z córką i to trochę łagodziło sytuację. W końcu, nie zostawił dziecka. Pomagał A to, że z ich małżeństwa nic nie wyszło bywa! Kinga postanowiła nie roztrząsać dołujących tematów. Sama nie była ideałem, czasami tak pochłaniała ją Zuzia, że dla męża brakowało czasu. Teraz wiedziała nie ma sensu nocami drążyć przeszłości. Najważniejsze, by Zuza czuła, że ma rodziców i zaplecze, nawet jeśli rodzina w wersji patchworkowej.

Ciocia Janka radziła:

I dobrze, Kinguś! Nie noś żalu w serduchu. Choćby malutka zadra została, z czasem urośnie do ogromu, jak się ją pielęgnuje. Pamiętaj to, co dobre! Słodka ta twoja Zuzka to najważniejsze. Reszta zapomnij. Niech nie zatruwa duszy! Dziecko cię obserwuje i chłonie każdą emocję. I potem, jakie będziesz miała wspomnienia z tego czasu? No?

Kinga tylko skinęła głową.

Stopniowo poznała wszystkich sąsiadów. Młode mamy przychodziły z dziećmi, Zuzia miała towarzystwo. Starsi mieszkańcy też coraz częściej zaglądali.

Poznała m.in. ciocię Marię, mieszkającą kilka domów dalej. Maria nauczyła Kingę piec chleb, którym Zuzia się zachwycała. Od tego czasu nie marudziła nad mlekiem wystarczyło podać jej chrupiącą piętkę chleba, a szklanka mleka znikała, a Kinga śmiała się, wycierając Zuzi mleczny wąs spod nosa.

Potem zaprzyjaźniła się ze starszym sąsiadem panem Janem, który zjawił się z michą gigantycznych truskawek:

To nowa odmiana Brytańska. Spodoba ci się tu pokażę, jak ją sadzić i pielęgnować.

Kiedy Michał skończył remont werandy, Kinga postawiła tam duży stół, odczyściła kolorowe szyby i wypolerowała deski. W rogu stanął bujany fotel, który uwielbiała Zuzia. Wieczorami przesiadywała w nim z Bonifacym już półdomowym kocurem, który od razu uznał prawo do dwóch posesji. Kinga, po przeżyciu pewnego porannego niespodzianki w postaci rządka upolowanych myszy na schodach, wychodziła teraz z większą ostrożnością. Bonifacy odpracowywał swoje prawo do lodówki, choć Kinga i tak by go wpuściła Zuzia po prostu szalała na jego punkcie.

Z wszystkich sąsiadów jedynie Zofia nie przypadła Kindze do gustu. Starsza, wiecznie rozbiegana i, co najgorsze, zawodowa plotkara. Kinga najpierw nie zorientowała się, ale z czasem nauczyła się ucinać rozmowę po trzech zdaniach, by nie słuchać jadu.

Ciociu Paulo, co robić z tą Zofią? żaliła się Kinga. To już wyższy poziom logorei!

Kingo, na taką nie znajdziesz rady. Do domu jej nie wpuszczaj, ale nie drażnij, bo ploty jeszcze rozpuści! Już ja ją u siebie przegoniłam…

Jak to?

Mam koty, a ona ma alergię.

Może rzeczywiście trzeba przygarnąć kota… albo psa

Kinga zamyśliła się.

A Zofia już doskonale zauważyła, że Kinga chętnie wysłucha wszystkiego, a nie potrafi wyrzucić za drzwi, przez co nie zamierzała sobie odpuścić tej znajomości.

Kinga nalewała herbatę, wzdychała i w duchu śpiewała Sto lat, by nie słuchać sąsiadki. Zofia i tak trajkotała w kosmos, nie oczekując odpowiedzi.

Wkrótce Kinga zauważyła pewną prawidłowość kiedy Zofia pojawiała się na progu, zawsze spotykała ją jakaś drobna przykrość.

Pierwszy raz Zofia rozdarła nową spódnicę o zagadkowy gwóźdź czego Kinga dałaby głowę nie było, bo Michał dopiero co kończył robotę na schodach i nawet je szlifował!

Zofia od razu straciła animusz i prawie nic nie powiedziała.

Drugi raz staruszkę odwiedził pech znów siadła obok krzesła (zupełnie niewyjaśnione, bo krzesło nie miało prawa się przesunąć).

Może to pomogło, może znalazła lepsze ofiary ale Zofia zaczęła omijać Kingę.

Kiedyś Kinga, przycinając krzaki, przypadkiem usłyszała rozmowę Zofii z ciocią Paulą:

Słuchaj Paula, na pewno nie mieszka tam sama no nie uwierzę! Dom ogarnięty, ogród zadbany, musi mieć tam jakiegoś faceta. Nikt nie widział, ale jestem pewna!

Oj, Zofio, nie gadaj głupot! Michałek jej pomaga, a ona mu płaci. Wszyscy wiedzą.

Ale dom?! Cały Otwock wie, że przeklęty! Powinna już stąd uciec! A ona co? Siedzi i kwitnie. Że też ludzie do niej lgną! Do mnie nie, a do niej tłumy. Czemu?

Bo nie dom tworzy człowieka, a człowiek dom! Kinga jest dobra, to i ludzie ją lubią. Idź już, Zosiu, bo mi Mleko kipi!

Kinga wycofała się, uśmiechając pod nosem. O, są tacy ludzie…

Maaaamo! Mamo, gdzie jesteś? Zuzia wołała z ganku.

Tutaj jestem! Już się obudziłaś? Umyłaś buzię?

Zaraz! Patrz!

Kinga spojrzała we wskazanym kierunku. Bonifacy szedł ścieżką od ogrodu, taszcząc za kark puchatego, rudego jak on sam, kociaka. Gdy dotarli do Kingi, Bonifacy spojrzał na nią z wymówką w oczach. Kinga zgarnęła malucha w dłonie rozwrzeszczanego prezentu.

Dziękuję ci, Bonifacy! Uważasz, że trzeba było?

Kot pomruczał z powątpiewaniem i powędrował do domu cioci Pauli, misja wykonana.

Zuza, to co, tak ma być? Jak go nazwiemy?

Bonifacy!

Kinga podniosła kociaka na wysokość oczu:

Witaj na pokładzie, Bonifacy Młodszy! No sratajki do domu! Śniadanie czeka.

Zuzia wybuchnęła śmiechem, a wraz z nią cała weranda rozlała się ciepłem i zapachem domu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 2 =

„Przeklęty stary dom”