„Przeklęty stary dom”

Dojechaliśmy! Wysiadać! kierowca zatrzymał ciężarówkę przy starym, drewnianym płocie i wyłączył silnik.

Kinga delikatnie potrząsnęła Jagodą, która smacznie spała, opierając się o jej ramię.

Córeczko, jesteśmy na miejscu. Otwórz oczka.

Zaspana Jagódka przetarła oczy piąstką i z ciekawością obejrzała się po okolicy, szukając wzrokiem domu.

Mamo, to tutaj teraz będziemy mieszkać?

Tak, kochanie. Chodźmy! Musimy wypakować rzeczy i zobaczyć, jak tu jest.

Kinga zeskoczyła z wysokiego stopnia na ziemię i wzięła córkę na ręce. Zza ciężarówki wyszedł Michał, który przyjechał swoją osobówką zaraz za nimi.

Wszystko w porządku?

Tak. A klucze masz?

Trzymaj były mąż podał jej pęk kluczy. Dokumenty do domu zostawiłem na stole. Znajdziesz je. W sobotę przyjadę po Jagodę, jak się umawialiśmy.

Dobrze.

Pomogę rozładować rzeczy i jadę. Mam jeszcze kilka spraw do ogarnięcia.

Kinga skinęła głową. Czuła w sercu ciężar, ale wiedziała, że skoro nic już nie zmieni, trzeba żyć dalej! I najlepiej, bez łez.

Razem z Michałem żyli pięć lat. Miesiąc temu Kinga dowiedziała się, że jej mąż ma inną. I to nie jakiś przelotny romans, tylko poważny związek, w planach nowa rodzina…

Najpierw Kinga poczuła się, jakby wylądowała w innym świecie. Wszystko wydawało jej się spowite jakąś mgłą. Co dalej? Jak żyć?! Nie była w stanie nawet o tym myśleć. Jeszcze wczoraj miała stabilność, męża, z którym układało się dobrze. Dziś nic. I wszystko zniknęło… Przestała wierzyć ludziom. Skoro najbliższy człowiek potrafił tak ją zdradzić, to co powiedzieć o innych? Żyli spokojnie, prawie się nie kłócili i dobrze się dogadywali! Dlatego Kinga nie zauważyła niczego podejrzanego…

Ta wiadomość była dla niej nie tylko ciosem, ale zupełnym załamaniem.

Na automacie wykonywała codzienne czynności, opiekowała się córką, gotowała, sprzątała, pracowała, ale nie potrafiła się zebrać i spojrzeć choćby krok do przodu.

Mieszkanie, które dzielili z Michałem, należało do jego rodziców.

Kinga miała tylko starszą ciocię Wandę w sąsiednim miasteczku jedyną bliską osobę. Kinga nie mogła jej często odwiedzać, więc zatrudniła sąsiadkę, która robiła zakupy, przynosiła lekarstwa, doglądała starszej pani. Mieszkanie rodziców Kingi, odziedziczone po nich, wynajmowała, a pieniądze z najmu trafiały częściowo na konto Kingi, częściowo na konto cioci Wandy. Wiele razy proponowała zamienić domek ciotki na mieszkanie bliżej siebie, ale Wanda stanowczo odmawiała.

Michał, wyjawiając zdradę, wiedział, że nie będzie krzyków i awantur Kinga nie miała takiego charakteru. Był przekonany, że zamknie się w sobie. Kiedy już dłużej nie dało się tego ukryć, bo życzliwi wszystko powiedzieli Kindze, wrócił do domu i kiedy córka już spała poprosił ją na rozmowę do kuchni.

Wiem, że już wszystko wiesz. Nie będę się tłumaczyć. Tak wyszło. Mamy Jagodę. Trzeba pomyśleć, by jak najmniej to na nią wpłynęło. Masz jakiś plan na życie?

Jeszcze nie Kinga ściskała w dłoniach kubek, wpatrując się w blat.

W środku ją rozdzierało. Dlaczego?, Za co? te pytania nie pozwalały się skupić, ale na zewnątrz nie pokazywała nic. Nie chciała, by mąż widział, co ją dręczy. Otrzymanie bolało, aż trudno było oddychać. Ale miał rację trzeba było myśleć o córce.

Muszę, chyba, zerwać umowę z najemcami mieszkania.

Nie trzeba. Zawiniłem i wobec ciebie, i wobec Jagody. Porozmawiałem z rodzicami… Kinga, co byś powiedziała na przeprowadzkę?

Gdzie? Kinga spojrzała na niego zaskoczona.

Przecież wiesz, że mama odziedziczyła dom po dziadkach w sąsiednim mieście. Stary, nie nowoczesny, ale solidny i ciepły. A twoja ciocia Wanda mieszka tam na sąsiedniej ulicy, prawda? Mama chce ten dom przepisać na ciebie i Jagodę. Co o tym myślisz?

Odprawka? uśmiechnęła się krzywo, ale zaczęła się nad tym zastanawiać.

To chyba najlepsze wyjście. Nie chciała codziennie spotykać męża czy jego nowej partnerki. Cała znana okolica bolała. Spacery z córką po parku przy starym mieszkaniu od razu wywoływały wspomnienia, jak całą rodziną spędzali tam chwile…

Teraz trzeba było myśleć o przyszłości swojej i przede wszystkim Jagody.

Co właściwie traci? Miasteczko niewielkie, ale jest tam przedszkole, szkoła, przychodnia wszystko blisko. I ciocia, oparcie i wsparcie. Jagoda jeszcze mała, wymaga opieki. Michał nie będzie już tak dbał o nie jak przedtem. Trzeba będzie szukać nowej pracy

Kinga skinęła głową zdecydowanie:

Dobrze, zgadzam się.

Świetnie! Michał wstał. Jutro umówisz się z mamą, ustalicie termin u notariusza. Zadzwoni do ciebie. Lecę!

Wychodząc, zawahał się na progu. Nie patrząc na żonę, rzucił cicho:

Przepraszam Nie chciałem, żeby to tak wyszło.

Kinga nie odpowiedziała. Zamknęła za nim drzwi, osunęła się po ścianie i, gryząc rękaw swetra, cicho, żeby nie obudzić córki, wyła.

To nie był płacz, to było wycie. Przypomniał jej się dokumentalny film o wilkach oglądany dawno temu w dzieciństwie. Czuła się teraz bardziej jak ranna wilczyca niż kobieta.

Długo płakała. Po łzach przyszło poczucie pustki zupełnie wypalonej przestrzeni. Została tylko jedna myśl, krążąca w głowie jak spłoszony motyl: znaleźć coś dobrego i wypełnić tę pustkę, bo inaczej ugrzęźnie w czarnej otchłani rozpaczy już na zawsze.

Następne tygodnie były tak trudne, że Kinga wolała nie myśleć o niczym poza przeprowadzką i załatwianiem formalności.

I tak stoi teraz przed przekrzywionym płotem swojego nowego domu i patrzy na ogromny, dziki sad, zza którego ledwie widać dach i kawałek werandy.

Jagoda pociągnęła ją za rękę:

Mamo, czemu stoisz? Chodźmy!

Poszły ścieżką, minęły starą jabłoń i zobaczyły dom.

Nie, pomyślała Kinga. Dom z wielkiej litery. Trochę podstarzały, ale solidny, z małym poddaszem i piękną, przestronną werandą z kolorowymi szybkami. Otoczony jesiennym sadem, aż prosi się o zdjęcie. Kinga wyjęła aparat i zrobiła kilka ujęć. Patrząc na przyszłe schronienie, poczuła, że to miejsce jej się podoba, a ogrom pracy do wykonania to właśnie to, czego jej trzeba. Jagoda stała z otwartą buzią, wkładając palec do ust. Kinga pociągnęła ją za pompon na czapce:

Wyjmij palec, malutka! Zadziwił cię domek?

Mamo, ale on jest piękny!

Zgadzam się. Ale zobaczmy, co jest w środku. Trzeba wybrać ci pokój.

Tak! Chodźmy!

Po schodkach weszły na werandę i do środka. Przestronny korytarz, z którego prowadziły drzwi do kuchni i pokoi. Kinga z ciekawością zwiedzała dom, planując ustawienie mebli.

Dom był niewielki. Kuchnia, dwa pokoiki na dole, jeden na poddaszu oraz duży salon z okrągłym stołem i starym abażurem opatulonym szydełkowaną chustą. Wnętrze było nieco wilgotne, chyba dawno nie palono w piecu. Ale Kinga od razu poczuła przytulność i ciepło.

Kinga! Wszystko wyładowane i rozliczyłem się z chłopakami. Michał zajrzał do dużego pokoju. Chodź, pokażę ci, jak włączać ogrzewanie i bojler.

Szybko wytłumaczył, pożegnał się i pojechał.

Kinga została sama.

Postawiła czajnik na kuchni, wyjęła zapakowane jedzenie, żeby nakarmić córkę. Gdy podgrzewała gulasz, rozpakowała pudełko ze środkami do sprzątania. Trzeba było przetrzeć stół.

Kuchnia była mała, ale przytulna. Dwa duże okna wychodziły na sad. Przy jednym oknie stał stół, który Kinga zaczęła pucować. Jagoda siedziała na krześle, machając nóżkami i oglądając szafki oraz kolorowy abażur nad stołem.

Nagle coś głośno stuknęło w szybę. Jagoda pisnęła, Kinga podskoczyła i spojrzała w okno. Na parapecie siedział wielki, rudy kot.

No witaj! odetchnęła Kinga. Jagódko, zobacz, jaki piękniś!

Kot patrzył na Kingę bez mrugnięcia.

No, i czego się tak gapisz? Chcesz wejść? Coś dla ciebie się znajdzie.

Kot zeskoczył z parapetu i zniknął.

Grzeczność go nie obowiązuje zaśmiała się Kinga. Jagoda, ręce myć! Jemy obiad.

Kinga odwróciła się w stronę drzwi i zamarła. W progu siedział kot.

Jak tu wszedłeś? Przecież drzwi zamknęłam!

Kot milczał. Nie bał się wcale, patrzył na domowniczki złotymi ślepiami, mrużąc je tak słodko, że Kinga musiała się uśmiechnąć.

Wyjęła z pojemnika kawałek gotowanego kurczaka, podzieliła na części i wyłożyła na stare talerzyko:

Proszę, częstuj się!

Kot dumnie podszedł i zaczął jeść.

Kinga sprawdziła drzwi. Wszystko zamknięte, ale w drzwiach wejściowych na dole zobaczyła mały otwór, chyba kiedyś specjalnie dla kotów.

No proszę! Wiedział gość, jak tu wejść.

Kiedy wróciła do kuchni, Jagoda siedziała na podłodze i rozmawiała z kotem. Ten słuchał z powagą. Kinga, pierwszy raz od dawna, zaśmiała się szczerze:

Rozmówcy od rzeczy!

Córka i kot równocześnie spojrzeli na nią i Kindze wydawało się przez moment, że kot wzruszył ramionami, zupełnie jak dziecko.

Ktoś zapukał do drzwi. Kinga pogroziła palcem Jagodzie:

Siedź tu! i poszła otworzyć.

Dzień dobry! Jestem sąsiadka Paulina Grzegorzewska. Mów mi po prostu ciocia Paula. Proszę, tu litr mleka od mojej kozy! Na zdrowie!

Dzień dobry! Kinga nieco zaskoczona, ale szybko odzyskała ogładę. Ja nazywam się Kinga. Miło mi! Ojej, jeszcze ciepłe! Dziękuję bardzo! wzięła mleko i zaprosiła gościa do środka. Proszę, wejdź.

Ciocia Paula weszła do kuchni. Kinga odstawiła mleko na stolik przy kuchence, a Jagoda się odwróciła:

Dzień dobry! Ja jestem Jagoda.

Dzień dobry! Paula z tej strony.

Przepraszam, a pani wie, czyj to kot?

Jak nie wiem? Wiem! To mój łobuziak. Nazywa się Feliks. Jeśli będzie za dużo jeść poganiaj, w domu też nie głoduje. Bo się rozleniwi i przestanie łapać myszy.

Tu są myszy? Jagoda aż otworzyła buzię.

Jasne. U was też. W każdym domu na wsi czy w miasteczku są, zwłaszcza jesienią. Więc…

Mamo, koniecznie potrzebujemy Feliksa! W sensie, własnego kota!

Kinga się uśmiechnęła:

Zaczekaj, Jagódko! Pomyślimy. Ciociu Paulo, może pani wie, czy ktoś z okolicy chce dorobić? Muszę uporządkować sad i zrobić porządek z domem. Sama sobie nie poradzę, przydałaby się męska ręka.

Jest! Idź do pana Kazika, mieszka trzy domy dalej z zieloną bramą. Porządny fachowiec, wszystko zrobi i nie za drogo.

Dziękuję! A może napije się ciocia herbaty? Dopiero co się wprowadziłam, mam cukierki i ciastka.

Chętnie! uśmiechnęła się Paula.

Piły herbatę, Paula opowiadała o miasteczku i rodzinie, a potem nagle zapytała:

Powiedz, Kingo, jak trafiłaś do tego domu?

Przez spadek Kinga starała się ukryć emocje, ale uśmiechnęła się nieco smutno. Nie chciała zdradzać szczegółów.

Wiesz, ten dom stał pusty już z dwadzieścia lat. Młodzi nie pamiętają, ale starsi wiedzą, że to tzw. zły dom.

Straszysz mnie! Czemu zły? Coś się tu stało?

Nie bój się, nic strasznego! Tylko ludzie długo tu nie mieszkali. Dwa, trzy lata i wyprowadzali się. Jedni chorowali, inni kogoś tracili, jeszcze inni szczęścia nie znaleźli… I tak się mówiło o tym domu. Zbudował go dawny kupiec dla narzeczonej, ale ta po ślubie nawet roku nie przeżyła zmarła na gorączkę. On sprzedał dom, wyjechał, potem już tak zostało. Dom ma prawie sto lat. Przebudowywano go kilka razy, ale nikomu się tu nie wiodło.

Kinga zamyśliła się, obracając w dłoni łyżeczkę.

Ciekawe… No cóż, taki dostałam! Zobaczymy, jak będzie! otrząsnęła się z zapałem. My się nie boimy, prawda, Jagódko? Łatwo nas nie nastraszą! Zobaczymy, co to za dom!

Minęło kilka miesięcy.

Kinga odnalazła się w nowym miejscu. Jagoda poszła do przedszkola, a Kinga pracowała w lokalnym zakładzie fotograficznym i nieźle zarabiała, fotografując uroczystości. Kiedyś fotografia była jej hobby, ale potem zapragnęła robić to na poważnie. Jeszcze w ciąży z Jagodą skończyła kursy i zaczęła powoli się przebijać robiła zdjęcia dzieciom, próbowała sesji w studio. Teraz te umiejętności bardzo jej się przydały.

Powoli doprowadzała dom i ogród do ładu. Pomocnik naprawdę się sprawdził.

Wysoki, silny facet, którego przyprowadziła ciocia Paula, przedstawił się krótko:

Mów mi Kazik. Wszyscy tak wołają.

Wysłuchał, co Kinga chce zrobić i zabrał się do pracy. Pomógł jej uporządkować sad były tam jabłonie, grusze, porzeczki, agrest, wiśnie. Kinga zrozumiała, że jak zadba o krzaki i drzewa, Jagoda będzie miała owoce bez wydatków na sklep czy rynek. Potem naprawili dach, werandę, schody. Zajęło to sporo czasu, ale warto było.

Dom ożył. Rano, wychodząc z kubkiem gorącej herbaty i gładząc nową poręcz, Kinga czuła, że znalazła swoje miejsce. Miejsce spokoju…

Zajęła się ciotką Wandą, z Jagodą codziennie po przedszkolu wpadały do cioci choć na chwilę i dopiero potem wracały do domu. Kinga zrozumiała, że decyzja o przeprowadzce była najlepsza. Uspokoiła się i prawie pogodziła z przeszłością.

Michał często przyjeżdżał do córki, co trochę oswajało Kingę z sytuacją. Nie zostawił przecież dziecka! Pomagał A to, że ich małżeństwo się rozpadło bywa. Kinga uznała, że nie warto roztrząsać przeszłości. Była daleka od ideału. Czasem łapała się na tym, że troszcząc się o dziecko, zaniedbywała męża. Postanowiła, że najważniejsze, by Jagoda wiedziała, iż ma rodzinę, i że rodzice choć osobno, oboje ją kochają.

Ciocia Wanda wspierała ją:

Dobrze, Kingo. Nie noś urazy w sercu. Puść to. Nawet mały żal, gdy za dużo się z nim chodzi, może urosnąć do wielkiej tragedii. Zapomnij o złym! Myśl, ile macie dobra. Taką śliczną córeczkę urodziłaś! To najważniejsze! Reszty szkoda pamiętać! Nie chowaj urazy złe długi serce trują, a winny i tak nic z tego nie ma. Jagoda patrzy na ciebie, uczy się od ciebie, widzi wszystko Co zapamięta z tych dni? Jakaty będziesz we wspomnieniach?

Kinga tylko przytaknęła, zgadzając się.

Z czasem poznała sąsiadów na ulicy. Młodzi z dziećmi zaglądali do niej, Jagoda znalazła koleżanki. Starsi także ją odwiedzali.

Tak zaprzyjaźniła się z ciocią Marią, mieszkającą nieco dalej. To ona nauczyła Kingę piec domowy chleb. Jagoda była zachwycona. Nie marudziła już przy mleku. Wystarczył kawał chrupiącej piętki i szklanka znikała. Kinga śmiała się, widząc mleczne wąsy u córeczki.

Potem zaprzyjaźniła się z panem Stasiem sąsiadem, który wpadł się przywitać z miską wielkich truskawek.

To odmiana Polska Wielka. Jak się zadomowisz, pokażę ci, jak sadzić i pielęgnować takie cuda.

Kinga, gdy Kazik pomógł jej odnowić werandę, ustawiła tam duży stół, wyczyściła kolorowe szyby, wywoskowała podłogę. W rogu postawiła fotel bujany, w którym Jagoda siadała wieczorami z rudym, pewnym siebie Feliksem, który od pierwszego dnia uznał, że będzie miał dwa domy. Kinga zaczęła rano ostrożnie wychodzić na schody raz nieuwaga skończyła się potknięciem o rządek myszy, które Feliks dumnie przyniósł jako trofea. Kot uczciwie zasłużył na gościnę, choć i tak byłby mile widziany, bo Jagoda szalała za nim.

Spośród sąsiadów tylko Zofia jej nie przypadła do gustu. Trochę starsza, bardzo namolna i gadatliwa. Do tego zawodowa plotkara. Kinga długo nie rozumiała o co chodzi, potem, wszelkimi sposobami starała się kończyć rozmowy, by nie słuchać złośliwości o innych.

Ciociu Paulo, jak się jej pozbyć? poskarżyła się któregoś dnia.

Kinga, nic nie poradzisz. Przestaniesz wpuszczać obgada cię gorzej, choć już cię tu wszyscy znają. Taka jest, u mnie się nie pojawia…

Jak to?

Mam koty, a ona ma alergię. Proste.

Może powinnam kupić kota albo psa…

Kinga zamyśliła się.

Zofia wyczuła, że Kinga nie umie jej odmówić i nie zamierzała odpuszczać.

Kinga stawiała jej herbatę, wzdychała, a w duchu zaczynała śpiewać, by nie słyszeć kolejnych plotek. Zofia gadała i nie potrzebowała żadnej odpowiedzi.

Upłynęło trochę czasu i Kinga zauważyła coś dziwnego. Gdy Zofia przychodziła, zawsze coś jej się przytrafiało.

Za pierwszym razem rozerwała nową spódnicę o jakiś wystający gwóźdź, choć Kazik niedawno remontował schody i poręcz, więc to niemożliwe! Następnym razem siadła obok krzesła co było fizycznie nierealne, bo stało w kącie.

Nie wiadomo, czy to pomogło, czy znalazła lepszą słuchaczkę, ale wizyty Zofii stały się rzadsze.

Pewnego ranka, przycinając krzaki przy bramie, Kinga usłyszała rozmowę Zofii z ciocią Paulą:

Paula, nic nie rozumiesz. Żyje sama, z dzieckiem, no i bez faceta? Nie wierzę! Dom zadbany, ogród jak malowany, ktoś jej na pewno pomaga. Przecież byśmy zauważyli, jakby był!

Plotkara jesteś, Zofia! Wszyscy wiedzą, że pomagał Kazik, Kinga mu płaciła. Co wymyślasz?

A dom?

Co dom?

Całe miasto wie, że ten dom jest przeklęty! Że już pora stąd uciekać, a ona mieszka i dobrze jej. Czemu? I jeszcze ludzie do niej lgną. Do mnie nie przychodzą, do niej drzwi się nie zamykają. Czemu?

A bo to nie dom czyni człowieka, tylko człowiek dom. Kinga jest dobra, dlatego wszyscy ją lubią. Idź już lepiej do siebie, bo mi mleko wykipi! zakończyła Paula.

Kinga cicho odeszła od bramy i uśmiechnęła się. Ludzie…

Mamo! Gdzie jesteś? wołała Jagoda z progu.

Tutaj! Już się obudziłaś? Umyłaś buzię?

Jeszcze nie! Ale patrz! wskazała ręką na ścieżkę w sadzie.

Po dróżce szedł Feliks, niosąc za kark małego, rudego jak on kociaka. Gdy podszedł, spojrzał na Kingę z wyrzutem. Kinga przykucnęła i dostała w ramiona mruczący, obrażony pakunek.

Dzięki, Feliksie! Uważasz, że powinniśmy?

Kot wymruczał coś pod nosem i poszedł w stronę domu Pauli. Uważał misję za skończoną.

No i co, Jagódko, chyba jednak musimy. Jak nazwiemy?

Feliks!

Kinga podniosła kociaka do twarzy:

Witaj, Feliksie Feliksowiczu! Dzieci! Do domu! Czas na śniadanie!

Jagoda rozśmiała się, pchnęła drzwi do werandy i z domu buchnęło ciepło.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − jedenaście =

„Przeklęty stary dom”