**Przeglądając życie**
Zawsze żyły we trzy: babcia Weronika, mama Władysława i Kinga. Ojca Kinga nie pamiętała, raz próbowała zapytać o niego mamę, ale ta tylko mocniej przytuliła córkę, a w oczach pojawiły się łzy. Kinga więc więcej nie pytała nie chciała jej smucić.
*Nie będę już mamy martwić* postanowiła wtedy. *Po co mi ojciec, skoro z babcią i mamą jest nam tak dobrze.*
Ale babcia Weronika odeszła, gdy Kinga skończyła dziesięć lat, i zostały tylko we dwie. Kinga od zawsze kochała rysować robiła to od małego, wszędzie, gdzie się dało. Władysława nie zwracała uwagi na te artystyczne zapędy, tylko czasem mruczała:
*Córciu, marnujesz papier zamiast się uczyć.*
W szkole nauczyciel plastyki często ją chwalił:
*Kinga, jeśli pójdziesz na studia artystyczne, czeka cię wielka przyszłość. Uwierz mi, znam się na tym. Powtórz to mamie.*
Ale matka nie potraktowała słów córki poważnie:
*Co tam jakiś nauczyciel od rysunków. Niech sobie maluje, byle była czymś zajęta.* Mimo to kupowała Kingi farby i pędzle, ile tylko było potrzeba.
Kinga z zapałem oddawała się swojemu hobby, szczególnie uwielbiała pejzaże. Gdy nadszedł czas wyboru studiów, postanowiła zdawać na akademię sztuk pięknych. Ale mama miała inne plany:
*Żadnej akademii! Idziesz na pedagogikę.*
*Mamo, ja nie chcę*
*Nie pytam, co chcesz. Jaki z tego zawód malarka?* Córka nie śmiała się sprzeciwić.
Kinga, jak każda młoda dziewczyna, marzyła o księciu z bajki. Wyobrażała go sobie: wysoki, przystojny, o czułym sercu. Pewnego dnia na pewno go spotka.
Gdy nadszedł czas matur, Kinga, by się odstresować, uciekała z sztalugą nad Wisłę. Tylko tam czuła się naprawdę szczęśliwa, malując krajobrazy. Na przeciwległym brzegu rzeki wznosiła się stroma skarpa, a za nią rozciągał się piękny sosnowy las. Czasem widywała tam wędkarzy jedni łowili z łódek, inni zarzucali wędki z brzegu. Wszystko to przenosiła na płótno, starając się uchwycić chmury odbijające się w wodzie.
Pewnego dnia jednak obraz jakoś nie wychodził. Stała zamyślona, wpatrzona w płótno, gdy nagle usłyszała głos:
*Farbę trzeba nakładać delikatniej, a ty przyciskasz za mocno. Dlatego chmury wyglądają nienaturalnie. Dotykaj płótna lekko, jak w tańcu. Patrz* Kinga osłupiała, gdy nieznajomy wziął z jej ręki pędzel, delikatnie musnął płótno i chmury ożyły.
Ale nie tylko chmury zadrżały. Jej serce zabiło mocniej. Spojrzała na młodego mężczyznę i oniemiała. To był jej wymarzony książę.
*Cześć, jak masz na imię, piękna? spytał. Jestem Krzysztof.*
Kinga zaniemówiła, słowa utknęły jej w gardle. W końcu wyszeptała:
*Kinga.*
Wyciągnął dłoń. Gdy podała swoją, ku jej zdumieniu, Krzysztof delikatnie pocałował ją w rękę. Nikt wcześniej tego nie robił.
Od tego dnia spotykali się nad rzeką. Uczył ją malarskich sekretów, bo sam był artystą. Okazało się, że przyjechał do ich małego miasteczka z Warszawy, odwiedzając ciotkę. Skończył akademię sztuk pięknych, ale jak wielu genialnych malarzy, nie doczekał się uznania. W jego głosie czuć było gorycz:
*Nic nie szkodzi. Jeszcze pożałują. Przyjdzie mój czas, a te bezduszne głupki zrozumieją, kogo odrzucili!*
Mówił to, obejmując Kingę, całując ją. Topniała w jego ramionach. I nawet nie zauważyła, kiedy między nimi *to* się stało. Nie opierała się była ślepo zakochana. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy, aż w końcu Krzysztof zniknął. Kinga czekała na niego dzień za dniem, ale nie miała już siły malować. Tylko czekała.
*Czyżby mnie porzucił? Czy naprawdę wyjechał na zawsze? Przecież mówił, że mnie kocha, że to na zawsze Nie mógł tak po prostu odejść*
Ale w końcu zrozumiała Krzysztof nie wróci.
Matury dobiegały końca, przed nią studia i nowe życie. Kinga nie miała ochoty na świętowanie, ale egzaminy zdała dobrze zawsze była pilną uczennicą.
Minęły dwa miesiące od zniknięcia Krzysztofa, gdy Kinga nagle źle się poczuła. Matka zaniepokoiła się:
*Dlaczego jesteś taka blada?*
*Nie wiem, mamo. Kręci mi się w głowie*
Kinga nie dostała się na studia okazało się, że jest w ciąży. Matka wpadła we wściekłość. Krzyczała, płakała, tupała nogami, aż w końcu oświadczyła:
*Znam lekarza. Za rozsądną cenę wszystko załatwi.*
Kinga przerażona zaprotestowała. Nie chciała stracić dziecka, nawet po zdradzie Krzysztofa.
*Mamo, nigdy się na to nie zgodzę.*
*A kto cię pyta? Nie potrzebujemy tego dziecka. Zbieraj się, idziemy dziś do lekarza.*
*Nie! Jeśli mnie zmusisz, ucieknę z domu. Albo coś sobie zrobię. Rozumiesz?*
Matka zbladła, a po chwili wybuchnęła płaczem:
*Wybacz mi, córeczko Wybacz. Wychowałam cię sama, i wnuka wychowamy.*
Pogodziły się. Władysława więcej nie wspominała o tamtej decyzji, wręcz z radością wyczekiwała narodzin dziecka. W końcu nadszedł ten dzień Kingę zabrano do szpitala.
Obudziła się na sali. Obok stała nieznana kobieta w białym kitlu:
*No, już dobrze.*
*Kto pani jest? wyszeptała Kinga. Gdzie moja córeczka?*
*Jestem lekarzem. Dziewczynki już nie ma. Zrobiłam, co mogłam, ale niestety nie przeżyła. Ale jeszcze będziesz miała dzieci.*
Kinga krzyczała, aż w końcu dostała zastrzyk i zapadła w ciemność. Później uparła się, by iść na pogrzeb córeczki. Widziała małą trumienkę, płakała. Pokazano jej nawet maleństwo ten obraz na zawsze zapadł jej w pamięć.
**Minęły lata**
Kinga nigdy nie wyszła za mąż i nie została malarką. Chęć tworzenia umarła w niej razem z córeczką. Czas jednak leczy rany. Kinga nauczyła się krawiectwa i pracowała w zakładzie odzieżowym.
Matka ciężko zachorowała. Kinga op



