Przegapiłam swoje przeznaczenie.

Pracować w poszukiwaniu miłości – to nie jest poważne. A ja wcale jej nie szukałam. Ona znalazła mnie. I to nie w osobie eleganckiego kolegi z filiżanką kawy i krawatem, ale w postaci milczącego mężczyzny w czarnej Maździe w kolejce po benzynę. Pracowałam na stacji benzynowej.

Na początku po prostu patrzył w milczeniu. Potem zaczął się uśmiechać. A potem, jak mi się wydawało, nauczył się mojego grafiku i przyjeżdżał tylko wtedy, gdy byłam na zmianie. Miałam na imię Ewelina. Miałam 33 lata. Byłam typową dziewczyną z charakterem: platynowa blondynka, śmiała i bezpośrednia, zahartowana w męskim towarzystwie. A on… był inny. 42 lata, oczy koloru lutowego nieba, ramiona, które mogłyby przewrócić ściany. A uśmiech… ciepły, spokojny, z lekka chłopięcy.

Nazywał się Karol. Mieszkał w domu obok stacji benzynowej, z synem i psem o imieniu Rocky. Syn był z poprzedniego małżeństwa. Żona zostawiła ich obu. Karol nie pracował. Był rentierem, żył z czynszów z czterech mieszkań, które dostał w spadku po babci. Podróżował, spacerował, wypoczywał.

Pewnego dnia podjechał samochodem do dystrybutora i zaproponował: „Jedźmy, pokażę Ci miasto, które pokochasz”. A potem było kolejne miasto i następne. Piliśmy piwo w prawie pustych kawiarniach, jeździliśmy do hoteli nad morzem poza sezonem, spaliśmy przy szumie fal, spacerowaliśmy po bazarach w Gdańsku i Krakowie, słuchaliśmy jazzu we Wrocławiu.

Zakochałam się. Totalnie się w nim rozpłynęłam. Ja, która zawsze trzymała się na dystans, nie wierzyłam w formalności, po trzech miesiącach mieszkałam już z nim. Nie zalegalizowaliśmy tego związku, po prostu byliśmy razem.

Na początku mówiłam o dziecku. Marzyłam. Wyobrażałam sobie, jak spacerujemy we troje: ja, on i nasz maluch. Ale Karol był kategoryczny. Powiedział, że już „odsiedział swoje” w roli ojca i po raz drugi się na to nie zgodzi. Dzieci przeszkadzają w swobodzie.

„Nie polecisz przecież do Warszawy na weekend będąc w ciąży, a potem z wózkiem. To nie będzie życie, ale niewola”. Mówił to tak spokojnie, pewnie, że jakby pod hipnozą, sama zaczęłam się obawiać przyszłego dziecka.

Lata mijały. Stałam się tlenioną służącą jego beztroskiego życia. Gotowałam, prasowałam, kupowałam ulubione serki, śmiałam się w odpowiednich momentach, a on… coraz bardziej oglądał piłkę nożną, leniwie przeglądał gazetę i mówił, że jestem „tą jedyną”.

Jego syn dorósł. Najpierw mną gardził. Potem zaczął patrzeć z zaciekawieniem. A potem przyprowadził do domu dziewczynę — taką, jaką ja byłam sześć lat temu. Młoda, błyskotliwa, blondynka. Nocowała u nas, śmiała się z moich żartów, nazywała mnie „Ewelinka”.

Patrzyłam na nią i wszystko rozumiałam. Miałam ochotę krzyknąć: „Uciekaj! Nie prześpij swojego życia, jak ja! Nie rozpływaj się, nie trać głosu, nie porzucaj marzeń. Jeszcze możesz wszystko zmienić!”

A ja? Już nie wierzę. Mam 39 lat. Nie mam dzieci. Porzuciłam pracę, przyjaciół się wyalienowało, rodzice odeszli. Zostałam tylko ja, Karol, Rocky i zardzewiała miłość, która dawno stała się nawykiem.

On wciąż nie pracuje. Nadal żyje z wynajmu mieszkań, nadal piję piwo każdego wieczoru. A ja wciąż stawiam przed nim talerz sałatki i czekam. Czekam, aby znowu poczuć, że nie wszystko jest stracone. Ale to tylko złudzenie.

Czasami w nocy, gdy on śpi, wychodzę na balkon i patrzę w niebo. I wydaje mi się, że jeśli naprawdę, naprawdę mocno chcę, mogę wszystko zmienić. Tylko że jest za późno. Już zdecydowanie za późno.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × 3 =

Przegapiłam swoje przeznaczenie.