Z ojcem i bratem mamy świetne relacje. Jak rodzeństwo na całym świecie, także kłóciłem się ze swoim bratem, ale teraz to już przeszłość. Potem wszystko jakoś się poprawiło. Przeszliśmy przez ciężkie chwile w życiu: nie mieliśmy za dużo pieniędzy, oboje studiowaliśmy, a potem mieliśmy problem z tym, żeby znaleźć pracę. W życiu osobistym także nie mieliśmy łatwo. Rodzice musieli ciężko pracować, a jedyne wakacje, na jakie mogliśmy liczyć, to wakacje u dziadków. Dzięki temu jednak z bratem nauczyliśmy się być niezależni i dbać o siebie nawzajem. Moi rodzice mieli dom na wsi.
Potem, gdy dorośliśmy, kupiliśmy domy na tej samej ulicy. Tak było nam wygodnie. Wszyscy byliśmy w pobliżu, dzięki czemu mogliśmy w każdej chwili sobie pomóc – a to podlać kwiaty, podrzucić dzieci na godzinkę, kiedy było coś do załatwienia. W tym samym czasie każdy z nas miał własną działkę, a na niej ogród, dzięki czemu sadziliśmy, co chcieliśmy. Spędzaliśmy często razem wieczory, kiedy nie chcieliśmy być sami. Zeszłego lata moja żona miała jechać na delegację za granicę. Mogłem jechać z nią, dzięki czemu przy okazji mogliśmy trochę pozwiedzać. Poprosiłem więc rodziców o opiekę nad ogrodem. Brat też był gotowy pomóc. Szczególnie martwiłem się o moje ukochane borówki. Moje dzieci bardzo je lubiły, więc miałem ich sporo, bo aż 36 krzewów.
Nie da się wyrazić słowami tego, co poczułem, kiedy po powrocie zobaczyłem, że zostało tylko dziesięć krzaków. Zaniemówiłem.
Ojciec przybiegł do mnie krzycząc, że bardzo się nudził. Na moje pytanie o to, co jest nie tak z borówkami odpowiedział, że wszystko wyrwał, zostawił tylko kilka. Według niego tyle krzewów to przesada. Ledwo powstrzymywałem łzy. W tym momencie przyszedł brat i powiedział, że posadził sobie moje borówki u siebie. Powiedział, że rodzice poprosili go o pomoc w uporządkowaniu mojej działki. Widząc moją wyrwaną borówkę, zabrał krzaki i posadził u siebie. Oto jak uratował moją miłość…



