Przeczytałam wiele historii Polek, które dopuściły się zdrady małżeńskiej, i choć staram się nikogo …

Czytałam kiedyś mnóstwo opowieści o kobietach, które zdradzały swoich partnerów, i chociaż staram się nie osądzać nikogo, jest w tym coś, czego naprawdę nie potrafię pojąć. Nie uważam się za lepszą od innych, po prostu zdrada nigdy nie była dla mnie pokusą.

Mam trzydzieści cztery lata, jestem mężatką i prowadzę, wydawałoby się, zwyczajne życie. Pięć razy w tygodniu chodzę na siłownię, pilnuję co jem i dbam o siebie. Moje włosy są długie i proste, lubię dobrze wyglądać i wiem, że jestem atrakcyjną kobietą. Ludzie mi to mówią, i widzę to po ich spojrzeniach, które czasem są jak cienie przesuwające się po ścianie starej kamienicy.

Na siłowni w Warszawie tam gdzie chodzę nie jest niczym dziwnym, gdy jakiś mężczyzna próbuje zagadać. Jedni wypytują o ćwiczenia, inni rzucają komentarze zamaskowane jako komplementy, są też tacy, którzy mówią wprost. To samo dzieje się, gdy wychodzę z przyjaciółkami na drinka, gdzieś na Nowym Świecie wtedy zawsze ktoś się przysiądzie, pyta, czy jestem sama, nalega. Nigdy nie udaję, że to mnie nie dotyczy. Wręcz przeciwnie. Jednak nigdy nie przekraczam tej cienkiej linii. Nie z obawy, lecz po prostu nie mam na to ochoty.

Mój mąż, Wojciech, jest lekarzem-kardiologiem. Pracuje naprawdę dużo. Są dni, kiedy wychodzi z domu przed świtem i wraca, kiedy już jem kolację z naszą córką, Jagną, a niekiedy nawet później. Przez większość czasu jestem sama, zamykając drzwi mieszkania w bloku na Pradze, słysząc echo własnych kroków. Opiekuję się Jagną, dbam o dom, pilnuję swojej codziennej rutyny. W praktyce mam tyle przestrzeni, ile tylko zapragnę spokojnie mogłabym robić, co chcę, bez czyjejkolwiek wiedzy. Mimo tego nigdy przez myśl mi nie przeszło, żeby wykorzystać ten czas na zdradę.

Kiedy jestem sama, wypełniam ciszę czym się da ćwiczę, czytam powieści Olgi Tokarczuk, układam rzeczy w szafkach, oglądam dziwne seriale, gotuję kaszę z grzybami, wychodzę na spacer po Parku Skaryszewskim. Nie siedzę i nie szukam braków czy poklasku z zewnątrz. Nie twierdzę, że moje małżeństwo jest idealne. Bywają kłótnie, są różnice zdań, czasem przychodzi zmęczenie jak szary listopadowy deszcz. A jednak jest coś fundamentalnego moja lojalność.

Nie żyję wiecznie odwracając głowę za mężem. Ufając Wojciechowi, znam go, jego rytm, przyzwyczajenia, sposób rozumowania. Nie przeglądam mu telefonu ani nie tworzę w głowie nierealnych scenariuszy. Ten wewnętrzny spokój czuć, jakby w mieszkaniu zawsze stała świeca dająca łagodne światło. Jeśli nie szukasz ucieczki, nie potrzebujesz wiecznie uchylonego wyjścia na klatkę.

Kiedy więc czytam o zdradach nie z wyższością, ale z pewnego rodzaju zdziwieniem myślę, że to nie zawsze kwestia pokus, urody, nadmiaru wolnego czasu czy bycia zauważaną przez innych. W moim przypadku to nigdy nie była żadna opcja. Nie dlatego, że nie mogę, tylko dlatego, że nie chcę być taką kobietą. I z tą myślą śpię spokojnie.

A Wy, co o tym sądzicie?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × jeden =

Przeczytałam wiele historii Polek, które dopuściły się zdrady małżeńskiej, i choć staram się nikogo …